fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Ćwiąkalski: Łapownictwo uważam za plagę

Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Nie może być tak, że funkcjonariusze chodzą po ministerialnych pokojach z kopertą i sprawdzają, kto weźmie - mówi Zbigniew Ćwiąkalski, Minister Sprawiedliwości w rozmowie z "Rzeczpospolitą"
Rz: „Ćwiąkalski – obrońca oligarchów” – taki tytuł dał jeden z tygodników, przedstawiając pańską sylwetkę...
Bardzo wielu rzeczy na swój temat dowiaduję się ostatnio z mediów. Dowiedziałem się nie tylko, że sporządziłem opinię dotyczącą sytuacji prawnej pana Ryszarda Krauze oraz że byłem obrońcą Henryka Stokłosy, co jest prawdą, ale również, że byłem prawnikiem pani Barbary K., zwanej śląską Alexis, czy pana Piotra Bykowskiego, o czym pojęcia nie miałem. Nieprawdą jest również, że byłem obrońcą Ryszarda Krauzego. Fakt, że sporządziłem opinię ekspercką w jego sprawie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Takich opinii profesorowie prawa sporządzają wiele. Dość powiedzieć, że minister Michał Kamiński z Kancelarii Prezydenta przyznał, że takie opinie sporządzał również Lech Kaczyński, który, jak wiadomo, również jest profesorem prawa. Dodam tylko, że moja ekspertyza miała charakter tzw. opinii prywatnej. Ma ona dla sądu mniejszą wartość dowodową niż opinia biegłego. Sytuacja się jednak zmieniła. Autor opinii prywatnej stał się zwierzchnikiem prokuratorów.
Kiedy pisałem opinię, nie miałem pojęcia, że zostanę prokuratorem generalnym. Nie wypieram się jednak tego, co napisałem. Prokuratura musi mieć świadomość, że zarzuty trzeba obronić przed sądem. Orzeczenia w sprawach Kaczmarka, Kornatowskiego i Netzla pokazują, że jeśli prokuratura postawiła panu Krauzemu identyczne zarzuty, to obronienie ich przed sądem będzie trudne. Zaznaczam jednak, że nie będę się domagał, by prokuratorzy w jakiś szczególny sposób brali pod uwagę to, co napisałem, zanim zostałem ministrem. Powiem więcej. Mają oni prawo zamówić również inne opinie i brać je pod uwagę. Ta sprawa stała się głośna tylko dlatego, że sprawa ma wydźwięk medialny. Może się narażę dziennikarzom, ale powiem, że jestem przeciwny medialnym linczom. Opowiada się pan za rozdziałem stanowiska prokuratora generalnego od funkcji ministra sprawiedliwości. Ubiegł pana jednak Jan Widacki z LiD, który ma już gotowy projekt. Czy był pan tym zaskoczony? Absolutnie nie. Obaj jesteśmy z Krakowa i nieraz rozmawialiśmy o tym, że dotychczasowa praktyka jest zła. Nie traktuję tego więc w kategoriach wyścigu. Dla mnie jest najistotniejsze, by problem został rozwiązany. W jaki sposób, jest dla mnie rzeczą drugorzędną. W najbliższym czasie powołam zespół ekspercki, który zajmie się pomysłami, jak przeprowadzić taki rozdział. Wszystkie poważne opinie będą brane pod uwagę, również zgłaszane przez opozycję. Nie ma pan żadnych wątpliwości co do rozdziału? W międzywojniu instytucje te były połączone. Znieśli to komuniści. Na nowo połączono funkcję prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w 1990 roku. Tradycja to jedno, a realia to drugie. Ostatnie dwa lata dobitnie pokazały, że takie rozwiązanie ma swoje zalety, ale również szereg wad. Podkreślano, że w ten sposób rząd może realizować politykę kryminalną. Ja uważam, że polityka kryminalna jest określona w kodeksie karnym i tam trzeba szukać rozwiązań, a nie w ręcznym sterowaniu prokuraturą. Nie bez powodu prokuratury nie ma w konstytucji. Poseł Kalisz, który był w zespole przygotowującym odpowiednie przepisy ustawy zasadniczej, powiedział mi, że był wówczas spór o miejsce prokuratury. W rezultacie z tego zrezygnowano. Amerykańscy naukowcy, w tym przeciwnicy kary śmierci, ogłosili właśnie wyniki badań, które dowodzą, że jedna egzekucja zapobiega 18 zabójstwom. Kara śmierci to rozwiązanie populistyczne. Wszczynanie w XXI wieku w Europie dyskusji o karze śmierci może służyć tylko pozyskiwaniu głosów w wyborach. Owszem, badania opinii publicznej wskazują, że większość jest za karą śmierci. Pewnie znaleźliby się tacy, którzy opowiadaliby się za jej publicznym wykonywaniem. Ja jednak nie jestem zwolennikiem kierowania się we wszystkich sprawach głosem opinii publicznej. Nie bardzo wierzę w odstraszającą funkcję kary śmierci. Warto przypomnieć, że w czasie obcinania ręki złodziejowi kieszonkowcy opróżniali kieszenie gapiów. Jaki system prawny jest panu najbliższy? Bez wątpienia kontynentalny. Jego zaletą jest to, że daje przestępcy szansę na powrót do społeczeństwa, a jednocześnie jest surowy dla osób, którym szansę dano, lecz z niej nie skorzystały. Innymi słowy, jestem zdecydowanym zwolennikiem zaostrzania kar dla recydywistów. Jestem natomiast za dawaniem szansy tym, którzy po raz pierwszy uwikłali się w przestępstwo, a dla których stało się to często osobistą tragedią. Nie jestem za tym, żeby wszystkich wsadzać za wszystko. W wielu przypadkach znacznie korzystniejsze byłoby i dla skazanego, i dla społeczeństwa, by wykonywał on prace publiczne. Wiem na przykład, że bardzo dobrą metodą jest wysyłanie skazanych do pracy w zakładach opieki społecznej. Wielu z nich bardzo dobrze się sprawdza w pracy z upośledzonymi czy niepełnosprawnymi. Gdy stają oko w oko z jakąś wielką tragedią, często ujawniają się w nich wielkie pokłady człowieczeństwa. Podobają się panu propozycje zmian w kodeksie karnym zgłaszane przez Zbigniewa Ziobrę? Propozycje mojego poprzednika zmierzały w kierunku rozwiązań przyjętych w PRL w 1969 roku. Cały szereg instytucji było wzorowanych na tamtym komunistycznym kodeksie, choć oczywiście nikt się do tego nie przyznawał. Klasyczny przykład to sądy 24-godzinne. Tak naprawdę to nazwa handlowa, która dobrze się sprzedaje. Tymczasem to nic innego jak tryb przyspieszony z k.p.k. z 1969. W projekcie nowego kodeksu znalazły się rozwiązania, które byłby śmieszne gdyby nie to, że są straszne. Wymienię tylko artykuł 199a. Na jego podstawie można byłoby skazać na trzy lata nastolatka, który za pośrednictwem Internetu umówił się ze swoją niespełna piętnastoletnią koleżanką i wprowadził ją w błąd, na przykład mówiąc, że może się z nim spotkać, bo jutro nie będzie klasówki. Gdyby okazało się, że klasówka była, można by go było wsadzić do więzienia, nawet gdyby jej nic innego poza okłamaniem nie zrobił. To kuriozum. Ja nie chcę zajmować się tylko prawem karnym. Reforma powinna objąć też prawo cywilne. Należy określić priorytety – krótko-, średnio- i długoterminowe. Czy kontrolowane wręczenie korzyści majątkowej, z jakim mieliśmy do czynienia choćby w przypadku posłanki Beaty Sawickiej, jest dopuszczalne? Jeszcze kiedy nie byłem ministrem, mówiłem, że moim zdaniem ocierało się to o podżeganie do przestępstwa. Dziś muszę być ostrożniejszy w formułowaniu sądów. Powiem tylko, że tego typu działania mogą być jedynie ostatecznym potwierdzeniem przestępstwa. Nie może być tak, że funkcjonariusze chodzą po ministerialnych pokojach z kopertą i sprawdzają, kto weźmie, a kto nie. Jeżeli pracuje się nad nimi kilka miesięcy, to nawet uczciwi ludzie w pewnym momencie mogą popełnić błąd i ulec pokusie. Niemniej jednak łapownictwo uważam za plagę i jedną z podstawowych dolegliwości naszego życia społecznego. Wiemy, że dr. Mirosława G. nie będzie można skazać za zabójstwo. W mocy pozostają jednak inne zarzuty, w tym łapownictwa. Nie mogę się wypowiadać na temat, czy dr G. powinien zostać skazany, czy nie. O tym będzie decydował sąd. Powiedziałem prokuratorom, że mają pełną swobodę w granicach prawa. Do tej pory w jednostkowych przypadkach nie musiałem interweniować. Czyli nie interweniowałby pan, domagając się zwolnienia z aresztu sprawców linczu we Włodowie, którzy zabili przestępcę, który im zagrażał? Rozumiem, że konkretne rozstrzygnięcia mogą obrażać społeczne poczucie sprawiedliwości. Ja jednak w tym przypadku zachowałbym się inaczej niż mój poprzednik. Jemu raczej chodziło o zdobycie popularności. Ja najpierw poprosiłbym o wyjaśnienia prokuratorów. Oczywiście, jestem na dziennikarzy otwarty, ale nie będę codziennie organizował konferencji prasowych. Kadry decydują o wszystkim, mawiał klasyk. Jakie dymisje i powołania pan planuje w najbliższym czasie? Dziś zdymisjonowano prokuratora krajowego Dariusza Barskiego. Na mój wniosek na jego miejsce powołano pana Marka Staszaka. Odejście prokuratora Jerzego Engelkinga też jest przesądzone. Rozmawiałem z nim o tym. Jednak do czasu podpisania nowych nominacji musi być zachowana ciągłość, choćby dlatego, że przed Trybunałem Konstytucyjnym musi występować ktoś przynajmniej w randze zastępcy prokuratora generalnego. Na razie mianowałem jednego zastępcę – dr. Zbigniewa Wronę. O innych nominacjach nie mogę jeszcze mówić. Zasada polityki kadrowej będzie jasna: nie będę tolerował pochlebców. Podobno zablokował pan nominacje Elżbiety Janickiej i Marzanny Podlewskiej-Muchy na prokuratorki IPN. Dlaczego? Nic o tym nie wiem. Nie przedłożono mi takich wniosków. Chce się pan spotkać ze zbuntowanymi prokuratorami z warszawskiej Prokuratury Okręgowej? Dowiedziałem się o tym z mediów. Nie planuję takiego spotkania. Będzie pan zarabiał mniej niż jako adwokat. Czy nie będzie pan tego żałował? Moja rodzina była temu do końca przeciwna. Z kancelarii musiałem zrezygnować. Z uczelni nie muszę. Uznałem jednak, że przez ostatnie dwa lata źle się działo w wymiarze sprawiedliwości. Uznałem, że mam szansę sprawdzenia się w nowej sytuacji, i dlatego przyjąłem propozycję. Nie może być tak, że funkcjonariusze chodzą po ministerialnych pokojach z kopertą i sprawdzają, kto weźmie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA