fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

W euro jak w banku

Fotorzepa, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Błędny jest postulat, że do ratowania strefy euro trzeba wspólnej polityki fiskalnej i harmonizacji podatków
Strefa euro może działać podobnie do systemu bankowego – każdy robi swoje interesy, ale w granicach ostrych reguł i z centralnym systemem wsparcia płynnościowego.Tymczasem coraz częściej można przeczytać, że strefa euro nie przetrwa, jeżeli nie stanie się wielkim superpaństwem, które zabierze rządom narodowym gros  ich kompetencji i suwerenności. Szczególnie po ostatnim szczycie francusko-niemieckim. Padły tam pozornie mocne, ale realnie mało znaczące deklaracje o powstaniu quasi-rządu gospodarczego czy o harmonizacji polityki podatkowej.

Nic  z nich nie będzie, służyły bowiem jedynie wsparciu pozycji Nicolasa Sarkozy'ego na francuskiej scenie politycznej oraz wytworzeniu wrażenia, że politycy reagują na kryzys. W Europie nie będzie nigdy harmonizacji podatków i jednego rządu, gdyż jest to niepotrzebne. Ale za kulisami wykuwają się  różne koncepcje integracji gospodarczej w strefie euro, którym warto się przyjrzeć. W jakiejś formie po długich i bolesnych zmianach te koncepcje będą zapewne realizowane, a Polska powinna bardziej aktywnie zabierać głos w tej sprawie.
Europa podzieliła się na dwa obozy. Z jednej strony stoją Niemcy, którzy naciskają na wprowadzenie twardych reguł fiskalnych do krajowych konstytucji oraz ostrych sankcji za ich łamanie. W tej akurat sprawie szczyt przyniósł ważną konkluzję: do lata 2012 r. wszystkie kraje mają zobowiązać się do wprowadzenia reguł ograniczających zadłużenie do swoich konstytucji. Postulat jak najbardziej leży w naszym interesie, gdyż Polska takim wpisem konstytucyjnym już dysponuje. Jednocześnie Niemcy i ich sojusznicy sprzeciwiają się udzielaniu dalszych kredytów czy gwarancji państwom peryferyjnym Europy. Uważają, że groziłoby to zbyt łatwym dostępem do finansowania i zbyt silnymi bodźcami do zadłużania się.
Z drugiej strony jest zróżnicowana grupa polityków, ekonomistów i publicystów z różnych krajów, którzy nawołują Niemcy do łagodniejszego traktowania rządów, które podejmują wysiłek reform, ale zmagają się z odpływem kapitału. Chodzi o to, żeby Berlin zgodził się na emisję euroobligacji lub podwojenie europejskiego funduszu stabilizacyjnego. Ta grupa większy nacisk kładzie na zwiększenie wspólnej odpowiedzialności za zadłużenie, twierdząc, że w strefie euro nawet ambitne rządy podejmujące odpowiedzialne reformy mogą się zmagać ze stopami procentowymi przekraczającymi możliwości danej gospodarki.
*
Wydaje się, że możliwe byłoby pogodzenie tych dwóch grup. Elity krajów peryferyjnych doskonale rozumieją potrzeby zmian strukturalnych, elity niemieckie  zaś są coraz bardziej przychylne koncepcji euroobligacji.  Kluczowe wyzwanie dla polityków to przekonać wyborców oraz uniknięcie wrażenia, że ulega się naciskom innych. Jeżeli połączy się obie koncepcje, strefa euro będzie mogła działać podobnie do systemu bankowego. Analogia jest oczywiście ograniczona, ale chodzi o system niezależnych podmiotów, które działają według ostrych reguł i posiadają wspólny mechanizm wsparcia płynnościowego.
*
Pierwszy krok to podjęcie działań zmniejszających ryzyko kryzysów zadłużeniowych. Poszczególne kraje strefy euro muszą być bezpieczniejsze. Tak jak banki podlegają bardzo ścisłym regułom zarządzania ryzykami, które zostaną w nadchodzących latach jeszcze zaostrzone, tak rządy będą musiały bardziej kontrolować zadłużenie sektora publicznego i prywatnego. I tak jak banki działają poprzez wewnętrzne procedury, tak poszczególne kraje eurolandu powinny wpisać do swoich konstytucji reguły fiskalne (jak Polska) oraz zwiększyć nadzór makroostrożnościowy nad systemem bankowym. Narzucanie reguł z Brukseli nie ma sensu, jest nieefektywne i budzi opór wyborców. Wielce pouczający jest w tym zakresie przykład Chile. Tam deficyt strukturalny jest z góry ustalony, a dwie niezależne politycznie i niezależne od siebie rady ekspertów, które można nazwać radami polityki fiskalnej, decydują, czy rząd może zwiększyć ten deficyt czy nie.
Kolejny krok to wprowadzenie mechanizmów płynnościowych, np. euroobligacji, choć w krótszym okresie może to być zwiększenie potencjału funduszu stabilizacyjnego. Wsparcie płynnościowe polega na udostępnieniu poszczególnym krajom tańszego finansowania, np. poprzez możliwość emisji obligacji gwarantowanych przez wszystkie państwa strefy euro. Bez mechanizmów wsparcia płynnościowego linia oddzielająca bezpieczny kraj od bankructwa jest ekstremalnie cienka. Tak jak w banku – kiedy większość klientów naraz zechce wybrać pieniądze, potrzebuje on wsparcia z zewnątrz. Podobnie kiedy rynki zaczynają wątpić w wypłacalność kraju, ten, nie mając własnej waluty, doświadcza wzrostu stóp procentowych, spowolnienia gospodarczego i wpada w spiralę zadłużenia. Inwestorzy nie muszą sprzedawać krajowej waluty, żeby się wycofać z kraju, i płynność wysycha. Nie ma żadnych buforów – z nieba spada się prosto do piekła.
To jest przykład Hiszpanii, która popełniła wiele błędów, ale nie na tyle dużo, aby rząd miał zbankrutować. Dzięki euroobligacjom sfera przejściowa i bufory bezpieczeństwa znacznie by się powiększyły. Kraj, który znalazł się w sferze wątpliwości co do jego stabilności, mógłby skorzystać z nisko oprocentowanych euroobligacji, aby przejść przez okres reform suchą nogą. Tak jak bank może skorzystać ze wsparcia płynnościowego banku centralnego. W tej sprawie politycy nie zrobili nic, zdając się na Europejski Bank Centralny, który udziela Hiszpanii i Włochom wsparcia płynnościowego poprzez skup ich obligacji. Tymczasem to nie powinna być jego rola.
Zgadzamy się, iż taki mechanizm rodzi ryzyko, że niektóre kraje czy rządy zechciałyby maksymalnie skorzystać z niskiego oprocentowania euroobligacji, a następnie przerzucić na inne rządy ciężar ich spłaty. Lecz nie zgadzamy się, że tego ryzyka nie można ograniczyć. Modyfikując nieco krążące propozycje, można podzielić zadłużenie każdego kraju częściowo na euroobligacje, a częściowo na krajowe papiery. Kiedy różnica między rentownością obu obligacji osiągałaby określony poziom, warunkiem emisji kolejnych euroobligacji byłoby wprowadzenie określonego planu oszczędnościowego.
*
Pozornie te propozycje zmierzają w kierunku ograniczenia suwerenności państw narodowych. To zaś wywołuje oburzenie wśród niektórych polityków. W Polsce powinna rozpocząć się szersza debata nad tym, jak widzimy nasze miejsce w nowych warunkach. Ważne, żeby nie dać się skusić opiniom, że strefa euro wymusza dalsze ograniczanie suwerenności. Argumenty o ograniczonej suwerenności są mało trafne, a francuskie koncepcje narzucania Europie swoich mało efektywnych rozwiązań upadną. Ale Polska powinna aktywnie zabierać głos w tej sprawie, a nie siedzieć jak ciele i patrzeć na malowane wrota.
Taka strefa euro, jaką my chcielibyśmy widzieć, rzeczywiście wymaga nałożenia większego kagańca na poszczególnych ministrów finansów. Ale jest to potrzebne w strefie euro i poza nią, także w Polsce. W ostatnich latach coraz częściej mówi się, że polityka fiskalna, tak jak polityka pieniężna, powinna w większej mierze zależeć od niezależnych od rządu instytucji. Rząd powinien mieć swobodę, na co przeznaczyć pieniądze z podatków i jakie podatki ustawić – to jest pole jego suwerennych decyzji. Ale nie powinien mieć swobody w decydowaniu, jak się zadłużać. O tym powinna decydować specjalna rada polityki fiskalnej, taka, jaka istnieje np. w Chile. Ekonomiści dawno udowodnili, że nadmierne zadłużenie wynika z przewagi bodźców krótkookresowych nad długookresowymi, jakie istnieją w większości systemów politycznych. Wydaje się, że tak jak kryzys inflacyjny lat 70. wymusił w krajach rozwiniętych uniezależnienie polityki pieniężnej od bieżących wpływów politycznych, tak obecny kryzys wpłynie na ograniczenie swobody rządów w prowadzeniu polityki fiskalnej.
Nie ma zatem co straszyć dzieci, że za dziesięć lat rząd nie będzie mógł emitować tyle obligacji, ile mu się żywnie spodoba. Oby tak było, czy będziemy w strefie euro, czy też nie. Każdy kraj w Europie powinien posiadać rady fiskalne na wzór Chile, czy strefa euro przetrwa, czy też nie. Lepiej, żeby przetrwała.*
Maciej Stańczuk, prezes Polskiego Banku Przedsiębiorczości Ignacy Morawski, ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA