fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Krzysztof Stępiński: Jestem za wojną z kibolstwem, ale...

Rzeczpospolita, Paweł Gałka
O pozytywnych skutkach działania ustawy o dostępie do informacji publicznej, choć doświadczonych w niecodziennych okolicznościach – pisze adwokat Krzysztof Stępiński
Po raz pierwszy poszedłem na Legię ponad pół wieku temu. Miałem wtedy osiem lat. Teraz chciałbym na stadion piłkarski zabierać wnuka. Wstrzymuję się. Mam poczucie dyskomfortu, bo na naszych stadionach, jak Polska długa i szeroka, padają obelgi i wyzwiska. W tle sportowej rywalizacji kwitnie rasizm i antysemityzm. A trybuny – zwłaszcza te zapełniane przez ultrasów – żywią się nienawiścią.

W 1981 roku i dzisiaj

Kiedy 13 grudnia 1981 roku usiłowałem wytłumaczyć córce, dlaczego nie zobaczy „Teleranka", wiedziałem, że jestem zdany na wyobraźnię mojej żony i moją. Byliśmy w trudnym położeniu, bo w kontaktach z czterolatką zawsze stawialiśmy na szczerość i dialog, a dzieci – zwłaszcza inteligentne – zadają trudne pytania.
My musieliśmy odpowiedzieć, dlaczego z telewizora płynie muzyka, bardzo zresztą poważna, a od czasu do czasu pokazują pana w ciemnych okularach, który tłumaczy, dlaczego on i jego koledzy musieli uporządkować nasze życie, z „Telerankiem" włącznie. Zwracam uwagę, że w tamtych czasach obywatel nie miał żadnych narzędzi, by dochodzić swoich praw w zakresie dostępu do informacji, na podstawie których władza decydowała o jego losie. Myślę, że gdybym napisał do WRON, aby wyjaśniła mi, dlaczego Rada Państwa wprowadziła stan wojenny, że nie wspomnę o żądaniu wydania mi raportów odpowiednich służb, na podstawie których określono różne zagrożenia naruszenia porządku prawnego uzasadniające drastyczne decyzje polityczne, wylądowałbym w internacie, a immunitet sędziowski, który mi ówcześnie przysługiwał, okazałby się słabą zasłoną.
Wojewoda mazowiecki, Jacek Kozłowski 5 maja 2011 r. wydał decyzję o odbyciu meczu piłkarskiego na stadionie Legii przy ul. Łazienkowskiej 3 w Warszawie 6 maja 2011 r. bez udziału publiczności. Zdarzenie zdarzeniu nierówne, ale poczułem się tak jak moja córka 30 lat wcześniej. No i chciałem wiedzieć dlaczego? Bo – podobnie jak ona – miałem świadomość, że spotkała mnie kara niezasłużona i wymierzona bezprawnie. Ktoś, a konkretnie wojewoda, odebrał mi cząstkę wolności. Skazał mnie na siedzenie w domu i gapienie się w telewizor, na co nie miałem ochoty. Z informacji podawanych przez wolne media wynikało, że decyzja została wydana na postawie raportu komendanta stołecznego policji, który uznał, że tak zwana impreza masowa na stadionie Legii zaplanowana na 6 maja 2011 r. zagraża naruszeniem porządku prawnego.

Interesująca lektura

Moja sytuacja była dużo lepsza niż 30 lat temu, choćby dlatego, że dzisiaj zadawanie władzy pytań nie grozi internowaniem. Więcej, władza przyznała nam prawo dostępu do informacji publicznej, co jest standardem państwa prawnego. Zatem poprosiłem pana wojewodę, aby wydał mi decyzję i raport (wniosek) stołecznego komendanta policji i już po trzech tygodniach listonosz doręczył mi przesyłkę poleconą zawierającą oba interesujące mnie dokumenty.
W uzasadnieniu decyzji WBZK – IV. 6110/2011/WSz. z 5 maja 2011 r. zakazującej przeprowadzenie imprezy masowej między drużynami Legii Warszawa i Korony Kielce z udziałem publiczności pan wojewoda powołał się na stosowny wniosek komendanta stołecznego policji, który wpłynął do urzędu wojewódzkiego 5 maja 2011 r. Wniosek jest interesującą lekturą. A jest to dokument ważny, bo na jego podstawie została wydana decyzja wywołująca skutki prawne wobec około 25 000 osób. Zgodnie z wnioskiem pana komendanta ostatnie naganne zachowanie kibiców Legii na jej stadionie miało miejsce 20 kwietnia 2011 r., a więc 15 dni przed sporządzeniem wniosku i 13 dni przed finałowym meczem o Puchar Polski, który został rozegrany w Bydgoszczy.
Termin sporządzenia i przekazania wojewodzie wniosku ma oczywisty związek z tym meczem, ponieważ sprawny policjant powinien napisać wniosek w godzinę, nie więcej. Niektóre sformułowania zawarte we wniosku jako żywo przypominają dowcipy o milicjantach z okresu PRL. Na przykład komendant dwukrotnie posługuje się we wniosku stwierdzeniem „... gdzie na teren imprezy masowej wtargnęła osoba". Konia z rzędem temu, który pojmie, co autor miał na myśli. Bez pomocy autora nie sposób ustalić, kto, kiedy, gdzie i dlaczego wtargnął, a zwłaszcza jaki był skutek owego wtargnięcia, które było jedną z przyczyn zamknięcia stadionu!
Ten fragment wniosku brzmi śmiesznie, wręcz nieporadnie. Ale przestaje być śmiesznie, kiedy w wyniku uwzględnienia wniosku wojewoda skazał dwadzieścia kilka tysięcy osób na siedzenie w domu!
Z decyzji nie wynika, dlaczego „wtargnięcie osoby" było groźne dla porządku publicznego i późniejszej decyzji wojewody. Innego dnia, jak pisze pan komendant, „na teren imprezy masowej weszły osoby bez biletów w stanie nietrzeźwości". Z wniosku nie wynika, ile takich osób było (równie dobrze mogły to być dwie osoby, jak i kilkadziesiąt), w jakich okolicznościach weszły na stadion, jak bardzo były nietrzeźwe i w jakich okolicznościach zostały zatrzymane? Czy zostały wobec nich skierowane wnioski do sądu o ukaranie za wykroczenie etc.? Jak można się domyślić, decyzja milczy na temat „... osób bez biletów w stanie nietrzeźwości" i zagrożenia, jakie te osoby wywołały dla bezpieczeństwa imprezy masowej.
Z wniosku wynika również, że 6 marca 2011 r. kibice – niestety, nie wiadomo, której drużyny, Legii czy Polonii – rozbujali na stacji wagon metra. Niestety, policja nie ustaliła, czy owo rozbujanie miało jakikolwiek związek z ruchem metra, czy było groźne, a jeśli tak, kogo policja zatrzymała i jakie postępowanie w tej sprawie się toczy. W decyzji o incydencie w metrze wojewoda nie wspomniał.
Czytając wniosek, a przeczytałem dziesiątki tysięcy dokumentów procesowych, miałem wrażenie, że pan komendant się nie napracował. Dziwi zwłaszcza to, że we wniosku nie ma słowa o błędach popełnionych przez organizatora imprez masowych rozgrywanych na stadionie Legii i braku decyzji naprawczych, które powinien podjąć klub – organizator imprezy masowej napominany przez policję. Być może pan komendant zakładał, że byle jaki wniosek wystarczy, bo potrzebna jest podkładka.

„Well done"

Posługiwanie się ogólnikami w uznaniowych decyzjach administracyjnych jest bezpieczne, przynajmniej do czasu, gdy decyzja nie staje się przedmiotem publicznej dyskusji. Pewnie dlatego wojewoda, podobnie jak komendant, nie wysilił się. W rezultacie z uzasadnienia decyzji wynika jedynie, że wojewoda „.... dokonał analizy informacji dotyczących bezpieczeństwa podczas meczów piłki nożnej na Stadionie Legii Warszawa oraz stadionach w innych miastach z udziałem kibiców Legii Warszawa" i uznał, że „... naruszenia opisane we wniosku przez komendanta policji stanowią uzasadnioną podstawę do wydania niniejszej decyzji". Wojewoda nic nie sprawdzał. Nie miał na to czasu. Uznał, że „wtargnięcie osoby na teren imprezy masowej" to powód, by zamknąć stadion. Decyzja została wydana w dniu wpłynięcia wniosku, na dzień przed meczem. Skoro podlegała natychmiastowemu wykonaniu, rodziła nieodwołane skutki prawne. Dlatego dziwi, że została wydana nie na podstawie dowodów, tylko danych operacyjnych policji, które wykorzystał komendant, pisząc wniosek. „Well done" – powiedziałby w takiej sytuacji znany trener.

Ani słowa o dowodach

Impreza masowa, której dotyczą wniosek i decyzja, miała odbyć się na stadionie Legii w Warszawie. Dlatego dziwi, że we wniosku są opisane zdarzenia z meczów Legii w Poznaniu, gdzie jej kibice mieli odpalić race, i w Bydgoszczy, gdzie „wdarli się na murawę boiska, dążąc tym samym do konfrontacji ze służbami ochrony". Podkreślam, że oba ww. zachowania nie miały żadnego związku z meczem Legii z Koroną, który odbył się na zupełnie innym obiekcie i w ramach zezwolenia wydanego przez prezydenta m. st. Warszawy, a nie prezydenta Bydgoszczy. To tak, jakby pan wojewoda zamknął drogę Warszawa – Kraków dlatego, że na drodze z Warszawy do Poznania zdarzyła się katastrofa, której przyczyną była źle ułożona nawierzchnia. Dodam wreszcie, że pan komendant twierdzi, że kibice zniszczyli wyposażenie bydgoskiego obiektu, niestety, nie wskazuje, czy zniszczeń dokonali kibice Legii czy też Lecha, choć na podstawie przekazu TV, że o monitoringu nie wspomnę, nie powinien mieć żadnych wątpliwości.
We wniosku, który zajmuje nieco więcej niż stronę, nie ma ani jednego słowa o dowodach, co szokuje. Dlatego gdyby mój wnuk zapytał mnie, czy rozumiem wniosek i przyczyny ustanowienia zakazu udziału publiczności, poczułbym się jak 30 lat temu. Zwłaszcza po przeczytaniu dokumentów wytworzonych przez funkcjonariuszy publicznych.
Stąd rada: panowie urzędnicy, skoro obywatel ma prawo pytać i wiedzieć dlaczego, a następnie komentować wasze działania, uważajcie, co piszecie. Jestem za totalną wojną z kibolstwem. Ale wniosek i wydana na jego podstawie decyzja, z uwagi na niską jakość, nieprzystającą do standardów państwa prawnego, nie powinny w ogóle zaistnieć w obrocie prawnym. Zwłaszcza że decyzja miała mieć charakter edukacyjny.
Czytaj też artykuły:
Więcej w serwisie:
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA