fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Lewicki po wizycie prezydenta USA Baracka Obamy

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Podczas wszystkich spotkań polsko-amerykańskich powinniśmy podnosić sprawę gazu łupkowego. Zjednoczony front Rosji, Francji i Niemiec na pewno nie porzuci starań na rzecz uniemożliwienia eksploatacji polskich złóż – pisze amerykanista
Oczekiwana z nadmiernym zainteresowaniem wizyta prezydenta Obamy zakończyła się bez konkretnych rezultatów, ale prowadzone wokół niej debaty dobrze ukazały stan polskiej polityki zagranicznej i możliwe perspektywy jej rozwoju.
Powody, dla których amerykański prezydent przybył do Europy, stawały się coraz wyraźniejsze w miarę ujawniania kolejnych elementów podróży. Ton nadała jej oczywiście wizyta w irlandzkiej wiosce, gdzie Obama poszukiwał swych „europejskich korzeni". Jeśli pamiętamy znamienny fragment jednej z jego książek, w którym opisuje całkowity brak emocjonalnej reakcji na pierwszą w swym życiu podróż do Europy, obecny gest nabiera szczególnego znaczenia.
Obama zrozumiał, że zainteresowania obszarem leżącym po drugiej stronie Pacyfiku nie można realizować kosztem więzi transatlantyckich – i dał temu mocny wyraz w przemówieniu wygłoszonym w Londynie, gdzie jednoznacznie określił NATO jako „najskuteczniejszy sojusz w historii".

Marucha jedzie do USA

Na tym tle włączenie Warszawy do planu podróży nabrało szczególnego znaczenia, przy czym były to protokolarnie i merytorycznie dwie wizyty. Pierwsza z nich, czyli uczestnictwo w szczycie państw europejskich, była mało udana. Obama nie znosi spotkań, podczas których przedstawiciele kolejnych państw wygłaszają monologi bez jakiejkolwiek wspólnej myśli przewodniej.
Spotkanie warszawskie potwierdziło jego najgorsze obawy: nie było spójne, nie pojawiła się żadna wspólnota problemów. Trudno było oczywiście narzucać gościom tematykę wystąpień, ale gdyby Polska rzeczywiście pełniła rolę lidera obszaru, jak się lubi przedstawiać, mogłaby silniej zaznaczyć swoją funkcję koordynującą i zaproponować wspólny temat rozmów. To zaś ukazałoby region w lepszym świetle i skuteczniej przyciągnęło uwagę Obamy.
Drugi dzień jego pobytu nosił już wyraźnie charakter spotkania dwustronnego. Samopoczucie osób przygotowujących to spotkanie po polskiej stronie było znakomite. W jednym z wywiadów doradca prezydenta prof. Roman Kuźniar opowiadał o wyjątkowym jakoby przebiegu grudniowego spotkania w Waszyngtonie. Tyle tylko, że konkretem wynikającym z tamtych rozmów miało być ustanowienie stałej amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. Mówiło się wówczas o bazie lotniczej, później o dywizjonie F-16, następnie o skrzydle, a wreszcie o 20 mechanikach. Nawet jednak taka minimalistyczna wersja nie została zrealizowana i żadnego porozumienia nie podpisano.
A przecież w innej swej wypowiedzi prezydencki doradca mówił też: „Czasami sam się dziwię, jak dobrze radzimy sobie w polityce zagranicznej". Niestety, takie głaskanie się samemu po główce to czysty prowincjonalizm. Można by tę manierę wybaczyć, gdyby rzeczywiście doszło do jakichkolwiek konkretów. Bez nich mamy do czynienia z czystą tromtadracją.
Co gorsza, jak zauważyli już inni komentatorzy, szła ona w parze z pogardą dla wszystkich poprzedników, których strateg prezydencki określił mianem jelenie. Cóż, jeśli przyjąć tę nomenklaturę, to radzi bylibyśmy zobaczyć, jakie to rzeczywiste, a nie słowne, sukcesy mają na swoim koncie gajowi.
Nasza polityka zagraniczna cierpi na chroniczną niezdolność do określania priorytetów
Bo przecież nawet gajowy Marucha, gdyby kiedyś przyszło mu do głowy złożyć roboczą wizytę w Stanach Zjednoczonych, nie może mieć nadziei, że uczyni to bez wizy. Projekt zmiany kryteriów zwalniania państw z tego obowiązku już od dawna został ogłoszony, a wsparcie go przez demokratycznego prezydenta nie ma większego znaczenia dla nieprzychylnej mu większości republikańskiej w Izbie Reprezentantów. Obama będzie natomiast mógł twierdzić z żalem w głosie, że robił, co mógł, ale ta paskudna opozycja sprawę storpedowała.

Łupki są najważniejsze

Nie sądzę zatem, by ktoś wstrzymywał oddech, czekając na prezentację domniemanych wielkich osiągnięć polityki zagranicznej Kancelarii Prezydenta. Czas zająć się konkretami. A właściwie jednym konkretem, czyli kwestią gazu łupkowego.
Nasza polityka zagraniczna w stosunku do Stanów Zjednoczonych, i zapewne nie tylko wobec nich, cierpi na chroniczną niezdolność do wyraźnego określania priorytetów. Politycy i analitycy odczuwają przemożną potrzebę gry solowej, formułowania i prezentowania propozycji możliwie jak najbardziej oryginalnych, bez względu na możliwość ich urzeczywistnienia.
Takim priorytetem jest, i powinien konsekwentnie pozostać, gaz łupkowy. Cenię wiele diagnoz Włodzimierza Cimoszewicza, ale myli się on fundamentalnie, twierdząc, że sprawa jest już przesądzona i nie ma potrzeby, by polski prezydent dalej się nią zajmował. Tak, niestety, działa wielu naszych polityków, niezdolnych do dłuższego utrzymania koncentracji na jednej kwestii.
Sprawa gazu łupkowego jest jeszcze daleka od zakończenia. Zjednoczony front Rosji, Francji i Niemiec na pewno nie porzuci starań na rzecz uniemożliwienia eksploatacji polskich złóż, a poza Stanami Zjednoczonymi i, w pewnym zakresie, Wielką Brytanią nie znajdziemy sobie sojuszników. Pod żadnym pozorem nie wolno nam odstępować od podnoszenia tej kwestii we wszystkich spotkaniach polsko-amerykańskich i nie powinniśmy przyjmować fałszywej perspektywy, że jest to wyłącznie kwestia prywatnych firm wydobywczych. Gaz łupkowy jest przede wszystkim kwestią polityczną o najwyższym znaczeniu dla mierzonej pokoleniami przyszłości Polski.

Polska ekspertem świata

Cimoszewicz postuluje natomiast, by na spotkaniach prezydentów Polski i USA omawiać kwestie z zakresu polityki globalnej. Brzmi to nader atrakcyjnie, problem w tym, czy w takiej rozmowie mamy do zaoferowania idee interesujące dla rozmówcy.
Wbrew grzecznościowej formule użytej przez Baracka Obamę Polska nie stanie się gospodarczym liderem świata; nie będziemy też na pewno potęgą militarną. Jeśli chcemy się liczyć w świecie, jeśli chcemy, by naszego głosu w kwestiach globalnych słuchano z zainteresowaniem, mamy na to szansę jedynie na polu wiedzy eksperckiej. Tymczasem państwo w minimalnym tylko zakresie wspiera taką działalność, a funkcjonujące w Polsce instytucje tego typu większość czasu i energii wykorzystują nie na prace merytoryczne, lecz na wyżebrywanie funduszy – za granicą.
I dlatego, choć należy się cieszyć, że prof. Kulesza służy teraz swoją samorządową wiedzą Afryce Północnej, symptomatyczne było wysłanie do Tunezji Lecha Wałęsy i towarzyszących mu osób. Bez znajomości lokalnych uwarunkowań, historii, tradycji czy wreszcie języka usiłowali oni doradzać Tunezyjczykom, co robić z ich rewolucją. Czy naprawdę zapomnieliśmy już o niesławnej pamięci „brygadzie Marriotta", czyli pożal się Boże doradcach, którzy kompletnie nie znając Polski, usiłowali swego czasu nam mówić, jak ją zreformować?
A przecież gdyby istniały odpowiednie instytucje, których koszt w skali budżetu byłby niezauważalny, można by na przykład prowadzić prace wyprzedzające wobec obszarów, na których w dającej się przewidzieć przyszłości na pewno dojdzie do zmian ustrojowych: na Kubie, w Birmie czy też obszarów, które będą wymagały pomocy, np. w Kosowie. Gromadzić dane, nawiązywać kontakty z różnymi odłamami spektrum politycznego, zawczasu określać obszary krytyczne.
Wspólnota demokracji to piękna idea – ale z definicji mało konkretna i niemal niezauważalna. Prawdziwie cenna jest natomiast konkretna wiedza ekspercka w odniesieniu do obszaru, gdzie rodzi się demokracja.
Wtedy dopiero, i nie wcześniej, podczas podejmowania decyzji w Waszyngtonie naturalne stanie się pytanie: „a co o tym myśli Warszawa?". Nie jest to jednak zamierzenie mieszczące się w perspektywie jednych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich i wymaga poważnego, długoterminowego działania na rzecz pozycji Polski w świecie.
Czas przestać fantazjować o własnej wielkości i zająć się tworzeniem warunków dla prawdziwej obecności Polski w międzynarodowej wymianie politycznej. Czas zapomnieć o jeleniach i pozostawić gajowych własnemu losowi. Czas na polskich jajogłowych.
Autor jest profesorem w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych UW i Instytucie Stosunków Międzynarodowych UKSW
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA