Polityka

Leszek Miller: Na miejscu Donalda Tuska dałbym ludowcom więcej, niż oczekują

Rzeczpospolita
Rz: Był pan w dwóch rządach z PSL. Jak się panu układała współpraca z ludowcami?
Leszek Miller, były premier z SLD: Z premierem Waldemarem Pawlakiem miałem bardzo dobre relacje. Jako minister pracy miałem dużo swobody. Pawlak nie oczekiwał ode mnie drobiazgowych raportów i nie trzymał mnie za rękę. Jednak wielu polityków SLD twierdzi, że w pierwszej koalicji z PSL współpracowało się bardzo ciężko.
Rzeczywiście, iskrzyło w tej koalicji nieustannie. Kwaśniewski, który pozostał poza rządem, narzekał, że ludowcy nieustannie go zaskakują jakimiś decyzjami. Doszło do konfliktu z ministrem finansów Markiem Borowskim, który postanowił odejść z rządu, gdy Pawlak wyrzucił mu wiceministra Stefana Kawalca. Ale mnie te problemy nie dotykały. Koledzy nawet mieli do mnie pretensje, że dobrze współpracuję z Pawlakiem i nie biorę udziału w ich podjazdowych wojnach z PSL. Jak wyglądała współpraca z ludowcami w drugim rządzie w latach 2001 – 2003? Wtedy kością niezgody był podatek importowy, który forsowało PSL. Import był rzeczywiście dosyć duży i hamował krajową produkcję. Ale dla mnie było jasne, że wprowadzenie takiego podatku zostanie bardzo źle odebrane przez Unię Europejską, która uzna, że polska gospodarka nie jest gotowa na integrację. Zawarliśmy więc z ludowcami kompromis, że na jakiś czas wstrzymamy się z decyzją w tej sprawie. A dlaczego wasza koalicja się rozpadła? Głównie z powodu trudnej sytuacji w samym PSL. Jarosław Kalinowski, który zdecydował o wejściu PSL do rządu, miał w klubie grupę przeciwników tego pomysłu z Januszem Wojciechowskim na czele. Oni cały czas starali się rozwalić koalicję i nieustannie pchali Kalinowskiego do konfrontacji. Efekt był taki, że nigdy nie byliśmy pewni zachowania PSL. Szliśmy do Sejmu z ustawami i nie wiedzieliśmy, czy zostaną uchwalone. Z perspektywy czasu sądzę jednak, że rozpad tej koalicji był błędem. Trzeba było zacisnąć zęby i utrzymać porozumienie z ludowcami. Ale byłem trochę między młotem a kowadłem, bo gdyby z rządu nie odeszli ludowcy, to wyszłaby Unia Pracy. Czy koalicja PO – PSL ma szanse na przetrwanie całej kadencji? Sądzę, że tak. W PSL nie ma już drużyny Wojciechowskiego. Sam Pawlak bardzo się zmienił – zna się na gospodarce, jest orędownikiem nowych technologii, a o jego znajomości giełdy krążą legendy. Dziś prezes PSL jest bardziej socjalliberałem niż konserwatystą. Nie będzie iskrzyć w tej koalicji? W to nie wierzę. Szczególnie jeżeli Platforma będzie szła w kierunku podatku liniowego, a PSL progresywnego. Poza tym ludowcy zawsze mieli skłonność do bycia jednocześnie w opozycji i w rządzie. Jeżeli się z tego nie wyleczyli, to Tusk będzie miał problem. Ale kto wie, może będzie to pierwsza koalicja, która przetrzyma cztery lata. A gdyby Tuskowi przyszło do głowy robić reformę KRUS? Gdyby Platforma chciała zlikwidować KRUS, to ludowcy się krzyżem położą w jego obronie. Ale sądzę, że można namówić Pawlaka na zróżnicowanie składki. PSL zdaje sobie sprawę, że to nie jest sprawiedliwe, gdy Balazs płaci taką samą składkę jak biedny rolnik. Na początku lat 90. utarła się opinia o ludowcach, że są pazerni na stanowiska i wykorzystują każdą okazję, żeby coś dla siebie utargować. Każdy ma swoje oczekiwania. Na miejscu Tuska dałbym ludowcom więcej, niż oczekują. Jeżeli chcą dwa ministerstwa, dałbym im trzy po to, żeby zdjąć ten temat i skupić się na sprawach programowych. PO stać na taki gest, a ludzie z PSL przyjęliby to z dużym uznaniem i Tusk miałby spokój na dłuższy czas. Czy ludowcy są obraźliwi? Nie. To są twardzi, doświadczeni ludzie. W koalicjach SLD – PSL częściej obrażał się Sojusz. Jeżeli Tusk będzie traktował ludowców po partnersku, to będzie miał z tego korzyści.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL