Film

Broszka w kształcie sadzonego jajka

Elliott Erwitt
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Należy do międzynarodowej elity fotografii reportażowej, jako członek prestiżowej agencji fotograficznej Magnum przemierzył cały świat, uwieczniając najciekawsze wydarzenia ostatniego półwiecza. Elliott Erwitt to człowiek-legenda dla każdego fotografa na świecie.
Stawiany jest obok tak wybitnych artystów jak Henri Cartier Bresson czy Robert Doisneau. Większość jego prac charakteryzują niesamowite pokłady wręcz komiksowego humoru. Humoru, który dzięki genialnemu zmysłowi obserwacji życia codziennego jest w stanie przenieść wprost na kliszę fotograficzną.
Jego niezwykłą umiejętność dowcipnego portretowania rzeczywistości mogłem w pełni docenić w październiku, będąc gościem na gali Pilsner Urquell Lucie Awards 2007 w Nowym Jorku nazywanej również „Oskarami fotografii”. Podczas uroczystości Elliott Erwitt miał zostać uhonorowany statuetką za „życiowe osiągnięcia”. Przed wyjazdem miałem okazję w jednej z warszawskich księgarni obejrzeć świetny album Erwitta „Personal Best” - obszerny zbiór zdjęć, które sam twórca uważa za najlepsze w swojej 50-letniej karierze. Wśród nich znalazła się fotografia, która zwróciła moją szczególną uwagę. Dwie małe, ubrane na biało dziewczynki idą chodnikiem, w oddali na tle letniego nieba unosi się drewniany krzyż oraz posąg Matki Boskiej. Pod zdjęciami nie było żadnej adnotacji. Musiałem sięgnąć do spisu treści. Okazało się, że zdjęcie zostało zrobione w Warszawie w 1964 roku. Od tamtej chwili chodził mi po głowie temat związków Erwitta z Polską.
Dzień przed wielką galą zostałem zaproszony na wernisaż zdjęć mistrzów fotografii, którzy mieli być uhonorowani statuetkami Luicie za swoje życiowe osiągnięcia. Był wśród nich również Elliott Erwitt. Wernisaż połączono ze spotkaniem dla prasy. Przede mną okazję do zadania pytań oraz zrobienia obszernego wywiadu miało kilku zawodowych dziennikarzy z różnych państw. Kiedy przyszła moja kolej, byłem - z oczywistych powodów - bardzo spięty i zdenerwowany. Stałem przecież przed legendą fotografii. Przed człowiekiem, którego zdjęcia dla mnie i dla tysięcy innych fotografów na całym świecie były inspiracją od początku naszej pasji. Eliott Erwitt siedział przy niewielkim, połyskliwym stoliku i popijał kawę. Zdawał się być lekko zmęczony tłumem pielgrzymujących do niego dziennikarzy. Przedstawiłem się jako dziennikarz z Polski, na co on ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu odpowiedział swojsko brzmiącym „Dzień dobry”. Nie chciałem zadawać standardowych pytań o styl pracy twórczej, przebieg kariery. Wciąż przed oczami miałem to czarno–białe zdjęcie, zrobione gdzieś w Polsce w latach 60. Pamiętając, że Erwitt odwiedził nasz kraj także w 2005 roku, zapytałem go jak postrzega zmiany, które zaszły w naszym kraju między tymi dwoma odległymi w czasie wizytami. Odpowiedział, że spędził w Polsce cały miesiąc w 1964 roku w ramach trzymiesięcznego projektu fotograficznego, którego celem było przedstawienie zachodniej opinii publicznej specyfiki życia codziennego w państwach bloku wschodniego. Odwiedził Warszawę, Częstochowę i Kraków. Z dumą stwierdził, że fotografował Kardynała Stefana Wyszyńskiego. „Polska zawsze wydawała mi się bardzo religijnym krajem – ciągnął - krajem przesiąkniętym niebywałą, wręcz niezrozumiałą dla wielu mieszkańców zachodu religijnością. Gdy myślę lub słyszę o Polsce, widzę przed oczami dziesiątki tysięcy ludzi podążających do Częstochowy, widzę krakowskie kościoły wypełnione wiernymi do tego stopnia, że nie sposób do nich wejść. Wydaję mi się, że obecnie Polska uległa laicyzacji. W 2005 roku byłem w waszym kraju tylko parę dni, ale właśnie takie odniosłem wrażenie”. Na sam koniec (kawa w filiżance skończyła się, a tłum dziennikarzy wokół wciąż gęstniał) zapytałem go, czy cały czas fotografuje tak intensywnie jak kiedyś. Erwitt z wyrazem lekkiego oburzenia na twarzy, odparł, że tyle samo, a może nawet jeszcze więcej. Pomimo widocznego zmęczenia pozwolił mi sportretować się na tle wieżowców Nowego Jorku. Czerwone dywany wyściełają drogę do Lincoln Center. W nocnym powietrzu błyskają flesze. Antoni Kratochvil plotkuje przy drinku z Alexem Webbem. Wita się z nimi japoński fotograf-wizjoner i filantrop Kenro Izu. W oddali przemyka z kolorowym drinkiem Lou Reed, który niebawem wręczy nagrodę Ralphowi Gibsonowi. Oprawa całej uroczystości rzeczywiście przypomina galę filmowych Oskarów. Wreszcie na scenę wkracza mój wczorajszy rozmówca – Elliott Erwitt. Ubrany w wytworny garnitur, z muszką w biało-czarną kratę i plastikową broszką w kształcie jajka sadzonego przypiętą do piersi. Erwitt odebrał statuetkę Lucie 2007, a swój występ skwitował stwierdzeniem, że gdyby nie fotografia, musiałby szukać normalnej pracy. Wieczorem na uroczystej kolacji fotografował się w tym samym stroju ze statuetką odwróconą do góry nogami. W ten sposób potwierdził dla mnie swój wizerunek jedynego i niepowtarzalnego błazna współczesnej fotografii, niestrudzonego demaskatora absurdów życia społecznego i towarzyskiego, a przede wszystkim człowieka obdarzonego niezwykłym, osobliwym poczuciem humoru, nie bojącego otrzeć się we własnej kreacji o pastisz. Cztery dni spędzone w Nowym Jorku przekonały mnie, że fotografia w Ameryce jest w pełni autonomiczną, niepodważalną gałęzią sztuki, a fotoreportaż pozostaje szeroko komentowanym, wpływowym i opiniotwórczym środkiem do rejestrowania najważniejszych doświadczeń społecznych. Pozostaje mieć nadzieje, że taka atmosfera na stałe zagości i w Polsce.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL