Muzyka

Klniemy jak szewcy i pijemy jak... rockandrollowcy

Rzeczpospolita
Nie lubię słuchać własnych nagrań, wyjątkiem jest najnowsza płyta, która mi się po prostu podoba. Może już jestem stara albo przeżywam rozkwit megalomanii? - rozmowa z Małgorzatą Ostrowską.
Rz: „Słowa, jak węże do ucha” to tytuł przeboju z pani najnowszego albumu. Chciała pani zaśpiewać o tym, że kłamstwo otacza nas w życiu publicznym, czy chodziło raczej o relacje międzyludzkie?
Małgorzata Ostrowska: Nie chcę uderzać w wielki dzwon i poruszać spraw społecznych, nie jestem socjologiem. Płyta jest bardzo osobista i oczywiście chodzi o relacje damsko-męskie. Śpiewa pani o trójkącie?
Raczej jestem tą trzecią, która obserwuje sytuację z dystansu, nie do końca poważną, chodzi przecież o zabawę kłamstewkami i jeśli obie strony dobrze się bawią, nie ma w tym nic złego. Źle jest, jeśli ktoś kogoś wpuszcza w maliny. Pracuję w męskim gronie, zespół tworzą sami mężczyźni, dlatego obserwacje mam dość bogate.To pani muzycy wpuszczają kobietom węże do ucha?Przebywanie z kolegami w trasie koncertowej to sytuacja niełatwa, ale zawsze sobie z tym dawałam radę. Jeszcze w początkach Lombardu przyjęłyśmy z Wandą Kwietniewską zasadę, że w naszym zespole... nie ma kobiet. Jak to? A wy? Ustaliliśmy, że nie wchodzimy w relacje damsko-męskie, co pozwalało chociaż częściowo uniknąć seksistowskich zachowań, zwłaszcza że żarty w środowisku rockowców bywają niewybredne, czasem boleśnie utrudniające życie. To był skuteczny mechanizm obronny przed samczymi odruchami kolegów i ich testosteronem. Takie rozwiązanie wzięło się pewnie z nieumiejętności dojrzałej obrony. To była asekuracja. A teraz, gdy jedzie pani z zespołem na koncerty, trwa polowanie muzyków na młode dziewczęta? A skąd! Są ważniejsze rzeczy. Muzyka przede wszystkim. Moje kobiece prawa są szanowane, świetnie się razem czujemy. Króluje bon ton i cmok nonsens? Kochamy się jak bracia, klniemy jak szewcy i pijemy jak... rockandrollowcy. Płyta jest jednak wołaniem o szczerość i prośbą o chwilę samotności, intymności — bycia razem bez zbędnych słów. Często zastanawiają mnie negatywne skojarzenia związane z samotnością, tak jakby trzeba było się jej bać i unikać za wszelką cenę. Jestem przeciwnego zdania. Są chwile, kiedy lubię samotność i szukam jej, im większy otacza nas zgiełk, w im większym żyjemy pośpiechu. Samotności zaczyna nam brakować. A przecież tylko sam na sam ze sobą możemy głębiej zastanowić się nad własnym życiem, nad czymkolwiek. Choć kocham moją rodzinę, lubię się od niej czasami odizolować. Mam pracownię, Abbey Road na pięterku, i znajduje w niej spokój. Kiedy pracowałam nad płytą i pisałam teksty, spędzałam tam prawie całe noce. Wracałam do domu o czwartej nad ranem. Kiedy koncertuję, gdy jestem w tłumie ludzi, przychodzi czas, że potrzebuję chwili sam na sam ze sobą w hotelowym pokoju. Czy „Białe konie” to piosenka o tym, jak piją kobiety? Tak, o tym też. Jest White Horse, gatunek whisky dość rockandrollowy. Ale pyta pan o alkohol i kobiety pewnie dlatego, bo mówi się, że się lubią napić same. A mężczyźni nie? To jest takie ludzkie, tylko kobietom na mniej się pozwala, a wcale nie musimy być świętsze od facetów. Jak czuła się pani w machinie promocyjnej, która została uruchomiona przed premierą płyty — najpierw w konkursie Radia Zet, a potem w TVN, która pokazywała Sopot Festival? Zanim piosenka trafiła na antenę Radia Zet, zadzwonił do mnie prezes Robert Kozyra z gratulacjami — powiedział, że piosenka „Słowa jak węże do ucha” mu się podoba. Byłam zaskoczona, to miła i jakże rzadka sytuacja w naszych czasach, kiedy ludzie mówią sobie częściej złośliwości niż komplementy. Moje zaskoczenie było tym większe, że w tym przypadku była to dywersja ze strony wytwórni fonograficznej i menedżera, którzy bez mojej wiedzy zgłosili piosenkę do konkursu. Miałam o to żal i pretensje. Ogólnopolskiego zamieszania nie robiłam, bo byłam pewna, że przy dużej konkurencji młodych wykonawców nie mam w konkursie żadnych szans i szybko będę miała spokój. Tymczasem stało się inaczej. Miałam do wyboru: demonstracyjnie nie wziąć udziału w sopockim festiwalu albo godnie stanąć do walki i pokazać się z najlepszej strony. Wybrałam drugą opcję, bo tylko tak może postąpić zawodowiec. Gdy młody zespół nagrywa piosenkę i chce zaistnieć na antenie komercyjnej stacji, musi przejść przez sito selekcji, a czasami nawet zmienić aranżacje piosenki pod dyktando nadawcy. Podoba się to pani? To wielki dramat. Moja płyta „Przed świtem” była promowana taneczną wersją piosenki „Głupi świat”. Uważam, że stało się to z krzywdą dla albumu. I pani się na to zgodziła? Wytwórnia naciskała. Doszło do kompromisu. Teraz jestem bogatsza o doświadczenia. Czy na sopockim festiwalu słyszała pani dyskusję jurorów, kiedy Maryla Rodowicz mówiła Robertowi Kozyrze, że Radio Zet nigdy nie zagra ostrych rockowych kompozycji? Byłam w garderobie. Ale jak powiedziała — tak jest. Wszystko zależy od radia. Na szczęście można wybierać. Wybór jest coraz większy, co jest korzystne dla słuchaczy. A w jakiej stacji słucha pani swoich piosenek? Nie lubię słuchać własnych nagrań, wyjątkiem jest najnowsza płyta, która mi się po prostu podoba. Może już jestem stara albo przeżywam rozkwit megalomanii? Zauważam błędy w nagraniach, ale podoba mi się produkcja albumu. To dobra popowa płyta. A jak się pani podoba produkcja współczesnych festiwali? To już nie są festiwale — tylko telewizja na żywo. Wszystko jest podporządkowane transmisji. Nigdy nie lubiłam festiwali. Wyjście na scenę z jedną, a nawet z trzema piosenkami nie pozwala zbudować żadnego nastroju ani więzi z publicznością. Przeszkadza mi, że zmienił się klimat także w garderobach, barach i kulisach. Co prawda w Opolu byłam w grupie, która bawiła się świetnie — przypomniał mi się klimat dawnych imprez, ale już w Sopocie, pośród młodych wykonawców, wyczuwałam ogromne napięcie. Przed laty w podobnych sytuacjach chłonęłam atmosferę wydarzenia, bo była niezwykła. Teraz młodzi koncentrują się na walce. Trzeba się uśmiechać do fotoreporterów, zachowywać jak w strefie czerwonego dywanu. Media wytwarzają taką atmosferę, że nigdzie nie można się czuć bezpiecznie. Zawsze i wszędzie błyskają flesze. Nie wykorzystuje pani tego do promocji własnej osoby? Kiedy nie jestem przygotowana — uciekam. Nie wydaje mi się, żebym była łakomym kąskiem. Mnie już obfotografowano milion razy, a w dodatku nie skandalizuję. Nuda. Pamiętamy kostiumy, makijaże. To było kiedyś. Teraz makijaży nie robię, włosy mam długie, proste. Wszystko naturalnie. Nie obmyśla pani strategii skandali, które pomogą zaistnieć w mediach? To bywa tylko tematem żartów. Każdy wie, że nie pójdę na taką łatwiznę. Czy przychodzą na pani koncerty młodzi fani, którzy nigdy nie słyszeli o Lombardzie? Niedawno kilka godzin z kimś takim rozmawiałam. To jest całkiem nowy rodzaj publiczności. Czasy się zmieniają. Informacje muszą być krótkie, a zmiana tematu częsta. To zmieńmy temat. Czy jeszcze pamięta pani muzykowanie w grupie Koliber w rodzinnym Szczecinku? To był big band działający przy szkole muzycznej. Graliśmy muzykę lekko jazzująca, tak to prowadził Krzysztof Powalisz, nasz nauczyciel i dyrygent. Śpiewałam coś Niemena, coś Wandy Warskiej. Szczecinek to piękne miejsce, lasy, jeziora. Jestem z nim dalej emocjonalnie związana, tam mieszkają moi rodzice, duża część rodziny. To dlaczego wyjechała pani do Poznania? W Szczecinku chodziłam do liceum, szkoły muzycznej, domu kultury, które rozbudzały artystyczną wrażliwość, ale gdy kończyło się edukację na poziomie szkoły średniej, nie wiadomo było, co zrobić z rozbudzonymi ambicjami. Trzeba było wyjechać, żeby kontynuować naukę, rozwijać się. Tak już jest z pięknymi, ale małymi miastami. Ale nie zdawała pani na studia muzyczne, tylko na biologię. Bo kocham przyrodę i chciałam ją poznać dogłębnie, rozłożyć na atomy, dlatego chciałam studiować biochemię, biologię molekularną. W tej chwili wydaje mi się to głupie, dziękuje Bogu, że nie zdałam. Ostatnio odrodziło się Genesis, The Police. A co Lombardem? Obawiam się, że w naszym przypadku nie jest to możliwe. Utrzymuję z wszystkimi kolegami dobre kontakty. Z wyjątkiem Grzegorza Stróżniaka, który występuje pod szyldem Lombardu jako jedyny z dawnego składu. Można by złożyć alternatywny skład, ale nie zrobię tego.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL