Kraj

Wiwaty, śpiewy i euforia w Platformie

Rzeczpospolita
Zrobimy wielkie rzeczy, bo to miłość, a nie władza jest najważniejsza w życiu – mówił Tusk po ogłoszeniu wyników
– Mogę panu, panie profesorze, uczciwie zameldować: przyzwoitość po raz kolejny się opłaciła i wygrała – tak lider PO zwracał się do prof. Władysława Bartoszewskiego, trawestując wypowiedź Lecha Kaczyńskiego z wieczoru wyborczego sprzed dwóch lat, kiedy ten meldował bratu wykonanie zadania.
Sala w biurowcu Focus już godzinę przed planowanym ogłoszeniem sondażowych wyników pękała w szwach. Nastroju nie popsuło nawet kilkakrotne przesuwanie ogłoszenia końca ciszy wyborczej. „Donald Tusk” skandował tłum, gdy na scenę wszedł lider PO w towarzystwie żony i córki. – Ja widzę w waszych oczach, że jesteście gotowi poczekać nawet trzy godziny – żartował Tusk. I się nie pomylił. Politycy Platformy z przecieków znali już wyniki i nie potrafili ukryć euforii. – Właśnie dojechałem z Kalisza – mówił Rafał Grupiński, który wpadł do sali z płaszczem na ręku. W tłumie pełno było dziennikarzy z krajowych i zagranicznych redakcji, ale przede wszystkim pojawili się przyszli posłowie i świeżo nawróceni sympatycy, wśród nich urzędnicy państwowi. Można też było spotkać Jana Dworaka, byłego prezesa TVP, i kilku byłych ministrów z rządu AWS.
– Tylko żebyśmy nie wpadli w rewanżyzm i triumfalizm – przestrzegał w wieczór wyborczy jeden z prominentnych działaczy PO, szykowany na ministra. Za to VIP-y Platformy głęboko się pochowały. Kiedy PKW oznajmiła przesunięcie zakończenia ciszy wyborczej na 22.55, część sali zaczęła pustoszeć. Ale nie na długo. Tuż przed 23 znów się zapełniła. Na czterech telebimach można było zobaczyć wysokie słupki poparcia dla PO. Z sufitu posypało się kolorowe konfetti, a tłum zahuczał z radości. Na podium stali znów liderzy PO. Donald Tusk wpadł w objęcia żony i córki, a potem... Grzegorza Schetyny. – Chcę podziękować za ten wieczór wszystkim tym, którzy poszli wybierać lepszy los – zaczął Tusk. – To najwyższa frekwencja od czasów obalenia komunizmu – kontynuował lider PO. – Jestem dzisiaj najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi – mówił Tusk podniesionym głosem – nie tylko dlatego, że udało się zwyciężyć, ale dlatego, bo spotykałem dzisiaj moich uśmiechniętych rodaków – przekonywał. – Zrobimy wielkie rzeczy, bo wierzymy dzisiaj, że to miłość, a nie władza, jest najważniejsza życiu – zapewniał. Potem lider PO przeszedł do bardziej prozaicznych deklaracji: – Od jutra idziemy do ciężkiej roboty, bo Polska potrzebuje naszej pracy. Jak tłumaczył Tusk, „ludzie w Polsce poszli wybierać własny los i nałożyli na Platformę wielki obowiązek i wielką służbę. Przede wszystkim obowiązek pojednania”. Tłum odśpiewał przewodniczącemu sto lat. Tusk w biało-czerwonym szaliku z napisem „Polska” schodził ze sceny. Na koniec poprosił o odśpiewanie hymnu narodowego. Kiedy telewizje przestały pokazywać kadry ze sztabu PO, a na telebimach pojawił się Jarosław Kaczyński, sala zaczęła buczeć na znak dezaprobaty. W pobliżu sztabu Platformy pojawili się też jej przeciwnicy. Gdy jeszcze nieznane były sondażowe wyniki wyborów, przed siedzibą sztabu PO przechadzał się starszy pan z wilczurem. Pies w pewnym momencie zatrzymał się i zaczął szczekać. A jego pan, wymachując ręką, krzyczał: „Żebyście tak przegrali”.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL