fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kościół a polska prezydencja UE

Sławomir Sowiński
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Pogrążona w kryzysach Unia ma prawo oczekiwać, że w ojczyźnie Jana Pawła II, „Solidarności”, Norwida, Kieślowskiego i Kołakowskiego znajdzie świeży głos dotyczący jej przyszłości i zagubionej nieco tożsamości – pisze politolog
Zbliżająca się prezydencja Polski w Unii Europejskiej ma być wydarzeniem nie tylko rządowym, ale także ogólnopaństwowym.
W tej perspektywie warto postawić kwestię ewentualnego zaangażowania się w to wydarzenie także polskiego Kościoła. Jeśli bowiem Kościół katolicki był wielkim społecznym promotorem unijnej akcesji Polski, to zasadne wydaje się pytanie o jego możliwą rolę w wykonywaniu unijnego przewodnictwa.
Wobec stricte politycznej istoty prezydencji zasadna może się wydawać wątpliwość co do roli, jaką odegrać może tu apolityczny ze swego powołania Kościół. Wątpliwości te wzmagać może pogłębiająca się sekularyzacja państw starej Unii.
A jednak mimo to wydaje się, że istnieją ważne powody, dla których Kościół katolicki w Polsce mógłby odegrać rolę poważnego sojusznika i mecenasa polskiej prezydencji, wspierając zarówno polskie państwo, jak i samą Unię.

Czy sponsorować rolnika

Po pierwsze zaangażowanie takie nie naruszałoby żadnych europejskich standardów. Traktat lizboński dekretuje wyraźnie, że Unia prowadzi z Kościołami regularny dialog.
Po drugie w perspektywie ogólniejszej zauważmy, że istotnym źródłem problemów Unii, z którymi zmagać się będzie musiała nasza prezydencja, jest paradoksalnie unijna aksjologia. Mieszkańcy wspólnego europejskiego domu czują się w nim bowiem coraz bardziej obco, lekceważąc wspólny los i wspólny dorobek.
Urzędnik i przedsiębiorca z Niemiec czy Francji coraz mniej jest przekonany, że powinien nadal sponsorować studenta czy rolnika z Grecji, ci ostatni zaś dawno już zapomnieli, czym jest wspólna odpowiedzialność za los Unii. W wielu głowach i na niektórych stołach pojawiają się pomysły o powrocie do „starych dobrych" narodowych czasów.

Wspólna tożsamość

Innymi słowy, być albo nie być Unii jest dziś powrót do poważnej debaty o wartościach podstawowych. Zadanie to wziąć mogą na siebie tylko społeczne autorytety, które rozumieją sens wspólnej europejskiej aksjologii i mają szansę oddziaływać zarówno na uboższych, jak i na bogatszych członków Unii.
Warunek taki – choć zapewne nie tylko – spełnia właśnie Kościół. Trudno bowiem kwestionować, że chrześcijaństwo pozostaje jednym z najważniejszych, o ile nie najważniejszym, źródłem wspólnej tożsamości Greków, Niemców, Polaków, Słowaków, Hiszpanów czy Włochów. Trudno nie dostrzec także znaczenia chrześcijańsko-demokratycznej międzynarodówki w europarlamencie oraz partii chadeckich w kilku co najmniej europejskich krajach.
Dlatego w interesie polskiej prezydencji wydaje się zainicjowanie takiej właśnie debaty i zaproszenie doń też Kościoła.
Po trzecie wreszcie pamiętajmy, że potężnym wyzwaniem, jakie stoi przed polskim przewodnictwem w Unii, są nadchodzące parlamentarne wybory. Bo każdy na świecie demokratyczny rząd mieć będzie w takiej sytuacji pokusę wykorzystania prezydencji jako swej wyborczej trampoliny, a każda opozycja stawiać będzie z kolei prezydencję pod pręgierzem, często populistycznej, krytyki.
Aby częściowo choćby uniknąć tego politycznego pata, potrzebna jest jakaś presja z zewnątrz politycznego ringu.
W warunkach polskich  może i powinien zająć się tym także Kościół. Swoje kompetencje i skuteczność w tym zakresie pokazał on zarówno dwadzieścia kilka lat temu, kiedy wspierał pokojowe wychodzenie z komunizmu, jak i dziesięć lat później, kiedy stał się mecenasem polskiej akcesji do Unii.
Odważne, a jednocześnie przemyślane i kompetentne wsparcie polskiej prezydencji może być wielką szansą także dla samego Kościoła. To jedna z pierwszych od kilku lat okazji do jego aktywnej obecności w polskim życiu publicznym.
Ponadpartyjne zaangażowanie się polskiego Kościoła w prezydencję pokazać może także, że chrześcijaństwo nie jest ani sprawą prywatną, ani nie musi być w życiu społecznym sprawą polityczną. A jego potencjał ma charakter nie tylko narodowy czy historyczny, ale także obywatelski i europejski.
Wydaje się, że przy ewentualnym udziale Kościoła w mecenacie prezydencji i ze strony państwowej, i kościelnej wskazana byłaby daleko posunięta zręczność i ostrożność. Chodziłoby tu więc nie o jakieś nagłe spektakularne ruchy czy deklaracje, ale przede wszystkim o umiejętne i zręczne korzystanie z już istniejących możliwości i instrumentów.

Naturalny kapitał

Warto zatem w tym kontekście przypomnieć, że usytuowaną przy Komisji Europejskiej Komisją Episkopatów Wspólnot Europejskich (COMECE) od dwóch lat z powodzeniem kieruje na co dzień ksiądz profesor Piotr Mazurkiewicz. Warto też zwrócić uwagę, że od kilku już dobrych lat biskup Tadeusz Pieronek inicjuje w Krakowie doroczne konferencje dotyczące obecności Kościoła w Unii Europejskiej, na których bywają liderzy rządzącej w europarlamencie chadeckiej EPP i najważniejsi polscy politycy.
Poza tym przy Konferencji Episkopatu Polski działa specjalne biuro ds. europejskich, a w instytucjach z Kościołem związanych lub kojarzonych działają inicjatywy, takie jak jezuickie OCIPE, Studium Generale Europa (UKSW) czy Forum św. Wojciecha.
Wszystkie wymienione i podobne im osoby, doświadczenia, instytucje oraz związane z nimi europejskie kontakty tworzą naturalny kapitał, który w perspektywie prezydencji może być wykorzystany.
Jak zawsze w takich przypadkach potrzebne jest też połączenie rozwagi z odwagą. Skuteczny głos Kościoła w sprawie prezydencji musi bowiem zakładać rozważny dobór języka, sposobu argumentacji i perswazji, tak aby był on adekwatny do sytuacji współczesnej Unii i miał szanse być zrozumiały przez współczesnych, także poszukujących, Polaków i Europejczyków. Ale równie ważna jest odwaga. Gotowość pójścia pod prąd  wobec  antyklerykalnych krytyków, negatywnych doświadczeń i przekonania, że zjednoczona Europa musi być wroga Kościołowi.
Pogrążona w kryzysach Unia ma prawo oczekiwać, że w ojczyźnie Jana Pawła II, „Solidarności", Norwida, Kieślowskiego i Kołakowskiego znajdzie nie tylko sprawne administracyjne przywództwo, ale także świeży głos dotyczący jej przyszłości i zagubionej nieco tożsamości. Głos, który będzie także głosem polskiego Kościoła i polskich katolików.
Autor jest wykładowcą w Instytucie Politologii UKSW
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA