fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Jak Stasiuk zdobywał Niemcy

Andrzej Stasiuk, DOJCZLAND Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007
Archiwum
"Dojczland" jest nie tylko autoironiczną spowiedzią literackiego gastarbeitera. To poradnik dla podróżnika, który nie radzi sobie w kraju pomyślanym zbyt serio, i przypowieść o konfrontacji z przeszłością. Książka trafi do sprzedaży za tydzień
Andrzej Stasiuk trafia w czas. Rumieńców nabiera kampania wyborcza, w której, jak można się spodziewać, zarzuty antyniemieckich fobii konkurować jeszcze będą z oskarżeniami o zbyt ugodowe stanowisko wobec zachodniego sąsiada. Dzięki "Dojczlandowi" możemy nabrać do tego sporu zdrowego dystansu. Na początek proponuję zastanowić się nad słowami: "Tak po cichu myślę, że sąsiedzi mają do nas trochę pretensji o to, że nie nagrandziliśmy tyle co oni i że teraz odgrywamy jedynych niewinnych na wschód od Renu".
Powodem, dla którego Stasiuk, beznadziejnie zakochany w tym, co omijane i zapomniane, wyprawił się w końcu na Zachód, są wieczory autorskie. Po setkach podróży do Albanii, Mołdawii i Rumunii, musiał - dla miłego grosza - przekroczyć granicę Niemiec. Stara się oswoić kraj, do którego Polak "nie może pojechać bezkarnie", gdzie na kolorową bajkową współczesność i tak nałożą się przesądy czy budzące trwogę historie rodzinne. By się do szczętu nie pogubić, szuka pomostu między uporządkowanym germańskim światem a rozpasaną słowiańszczyzną. Okazuje się nim... była NRD, region wzgardzony przez Niemców z Zachodu. Rytm dnia człowieka pióra okazuje się jednostajny. Pobudka w sterylnym i urządzonym w zimnych szarościach pokoju. Papieros na czczo, włóczęga po mieście, wieczór autorski, po którym szmugluje się do hotelu Jima Beama i kilka piw. Stasiuk podrwiwa, pisząc, że podczas spotkań z publiką czuł się jak muzykujący na dworcu Cygan z Wołoszczyzny, który zabawia publiczność, bierze kasę i rankiem wsiada do pociągu. Otwierający "Dojczland" opis dworca z powodzeniem mógłby się znaleźć w "Jadąc do Babadag": "Trzeba być wcześniej w Tulczy, żeby uporać się z widokiem Frankfurtu nad Menem, gdy pociąg wjeżdża od północy i przez pięć - sześć sekund widać z mostu sploty torowisk, wieżowce i elektrownię, i to jest wielkie, groźne i piękne niczym babilońska alegoria". Książka, której swobodny ton przywodzi na myśl autobiografię "Jak zostałem pisarzem", ma również partie liryczne. Stasiuk kpi, ale do czasu. Obserwując wiekowych podróżnych, których spotyka w pociągu z Heilbronn do Frankfurtu, przyznaje, że nie zależy mu na ich bliskości. Chce, by te twarze mieszały się z jego myślami, ze wspomnieniami wuja o zdobytym po wojnie samochodzie DKW i opowieściami babki: "Już miała umrzeć, już stała pod ścianą, ale oficer z jakiegoś powodu się rozmyślił, schował pistolet i poszedł sobie". Najbardziej przejmującą sceną jest opis pielgrzymki Benedykta XVI do Auschwitz, którą Stasiuk obserwował na ekranach telewizorów w hallu stuttgarckiego lotniska. "Sam kiedyś dojechałem pod bramę, ale wymiękłem - pisze. - Stchórzyłem i tyle. Wróciłem do domu i powtarzałem sobie, że nie dam rady. A on sobie dawał. Klęczał jako Niemiec oraz capode tutti capi religii wszechogarniającej miłości bliźniego, i jakoś się wyrabiał". Obraz Niemiec pisarz układa z migawek, kalejdoskopowych obrazów i luźnych spostrzeżeń. Tak powstaje literacki kolaż. Czy jednak z wielowymiarową, postmodernistyczną rzeczywistością można sobie poradzić za pomocą tradycyjnej narracji? Stasiuk rejestruje powierzchnię zdarzeń, ale przecież zauważono już, że o kraju można powiedzieć coś konkretnego, gdy się w nim spędzi albo 24 godziny, albo 24 lata.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA