Komentarze

Polska także dla bogatych

Przedsiębiorcy nie mogą być uważani za przestępców, bo wtedy nawet świetne perspektywy inwestycyjne nie zachęcą ich do pozostania w Polsce – uważa europoseł Paweł Piskorski
W odróżnieniu od braci Kaczyńskich uważam, że Polska jest także dla zamożnych. Ludzie, którzy się bogacą, dzięki swojej pracy lub pomysłowość nie powinni z góry być uznawani za podejrzanych. Nagonka na nich, którą PiS rozpoczął w czasie kampanii wyborczej, jest ogromnym błędem. Będzie on pokutować w świadomości biznesmenów, zwłaszcza tych poważniejszych, którzy nie myśląc wiele, ulokują swoje kapitały za granicą. W dzisiejszych realiach, zwłaszcza w ramach Unii Europejskiej, nie stanowi to już żadnego problemu.
Posiadacze funduszy inwestycyjnych pozostawią je w Polsce tylko wtedy, gdy będą spełnione dwa warunki. Przede wszystkim, gdy będą oni przekonani, iż można tu robić lepsze interesy niż gdzie indziej. Na razie nie musimy się jeszcze o to martwić. Jednak łatwość przerzucania kapitału z kraju do kraju może spowodować odpływ funduszy. Biznesmeni, mając nadzieję na lepszy zarobek w innym zakątku naszego regionu – chociażby na Ukrainie, w krajach nadbałtyckich czy Rosji – będą woleli inwestować tam. Aby temu zapobiec, należy zliberalizować system podatkowy, dokończyć prywatyzację i ułatwić dostęp inwestorów do rynku poprzez ograniczenie regulacji administracyjnych. Jak powinny wyglądać relacje świata polityki z biznesem? Odpowiedź jest prosta: im bardziej są one oficjalne, tym lepiej Poza tym przedsiębiorcy nie mogą być uważani za przestępców, bo wtedy nawet świetne perspektywy inwestycyjne nie zachęcą ich do pozostania w Polsce. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w kilku krajach Ameryki Południowej, choćby w Argentynie. Doszło tam do ogromnej ucieczki kapitału, gdyż władzę przejęły ugrupowania populistyczne, które uważając biznes za wyzysk i eksploatację kraju, zaostrzyły wobec niego politykę, a nawet zrenacjonalizowały niektóre branże. Nie znam szczegółów śledztwa dotyczącego prezesa Prokomu Ryszarda Krauzego, ale jest to klasyczny przykład na to, jak nie należy reagować w podobnych sprawach na forum publicznym. Nie powinno się zapowiadać zatrzymania podejrzanego czy rozsyłać za nim listów gończych. Takie działania sprawiają, że człowiek od razu – bez sądu – jest dla opinii publicznej „spalony”. A przecież rola Ryszarda Krauzego w tej konkretnej sprawie wcale nie jest jednoznaczna, a już na pewno nie jednoznacznie zła. Pikanterii dodaje jej fakt, że biznesmen był pupilkiem braci Kaczyńskich. Niedawno Lech Kaczyński gwarantował, iż jest to jedyny uczciwy biznesmen, którego zna. Teraz okazuje się on przestępcą. Nagły zwrot akcji jest wielce zaskakujący. Nie przesądzam, czy Krauze jest winny czy nie, ale sposób postępowania organów państwa wobec niego jest absolutnie skandaliczny. Czy można się więc dziwić, że niektórzy biznesmeni z pierwszej dwudziestki najbogatszych ludzi w Polsce już relokują pieniądze za granicą? Pytanie, które pojawia się przy okazji sprawy Krauzego, brzmi: jak powinny wyglądać relacje świata polityki z biznesem? Odpowiedź jest prosta: im bardziej są one oficjalne, tym lepiej. Nie można jednak popadać w paranoję. W Polsce zaś miotamy się między skrajnościami. W latach 90. istniała w tej sferze duża swoboda. Nie widziano więc nic dziwnego w tym, że prezydent i premier jeździli na wspólne obiady do domu jakiegoś biznesmena. Teraz podobny kontakt jest uważany za coś nagannego, bo rzekomo w jego wyniku rodzi się korupcja. Dziś to unijne standardy rozwiązują wiele problemów, z którymi Polska borykała się w epoce „dziecięcej demokracji” A wystarczyłoby znaleźć złoty środek między zbyt ścisłymi relacjami a absolutnie szkodliwą fobią panującą obecnie. Można by na przykład powierzyć pieczę nad tymi relacjami grupom przedsiębiorców, takim jak Rada Biznesu Lewiatan czy Krajowa Izba Gospodarcza. Powinny one prowadzić dialog z rządem i opiniować jego propozycje, choć ostateczna decyzja o kształcie ustaw i tak należy do rządu oraz parlamentu. Aby nie wzbudzać podejrzeń, byli i czynni politycy nie powinni prowadzić działalności gospodarczej, która byłaby związana z decyzjami rządowymi. Ale już trudno zakazać firmie prywatnej zatrudniania osoby, która ma za sobą doświadczenie polityczne. Jestem przekonany, że z czasem także w Polsce zasady i standardy w tym zakresie będą się kształtowały na modłę zachodnioeuropejską i amerykańską. Tam przejście polityka do biznesu to one way ticket, czyli bilet w jedną stronę. Mam kilku kolegów, którzy jako wysokiej rangi urzędnicy amerykańskiego Departamentu Stanu przeszli do biznesu i nikogo to nie zgorszyło. Jednak ich powrót do polityki byłby naprawdę nie na miejscu. Z naszego podwórka można wskazać przykład choćby Wiesława Walendziaka, najbardziej znanego polskiego polityka, który wszedł do biznesu. We Francji cały przemysł lotniczy jest zdominowany przez byłych wojskowych i urzędników rządowych. Tam nie jest to naganne. Firmy te startują w przetargach, które są transparentne. Gdyby jednak któryś z urzędników próbował działać na rzecz swojego byłego kolegi, skazałby się na polityczną śmierć. Sprawą do rozwiązania pozostaje też sposób przyznawania zadań na realizację ogromnych zamówień pochodzących od administracji rządowej. Należy zaznaczyć, że podstawą wszystkich kontrowersyjnych przetargów w latach 90. była stara ustawa o zamówieniach publicznych. Dziś jednak polskie przepisy – pod wpływem Unii Europejskiej – bardzo się zmieniły. Procedury są nowoczesne – czasem tylko jest problem z ich implementacją. Widać to chociażby po stopniu zaawansowania budowy autostrad. Jestem gotowy założyć się z każdym chętnym, że przez najbliższych pięć lat największe rzekome lub prawdziwe skandale będą dotyczyły właśnie dużych projektów infrastrukturalnych, takich jak autostrady. W innych dziedzinach – poza Rejestrem Usług Medycznych – większość przetargów mamy już za sobą. Nadzieję daje także to, iż od pewnego czasu wszystkie przetargi o znaczącej wartości są otwarte dla firm z wszystkich krajów Unii Europejskiej. Nie będzie więc powtórki z poprzedniej dekady, gdy przy zamkniętym rynku i quasi-monopolu przetarg rozstrzygał się między kilkoma podmiotami polskimi zdolnymi do zrealizowania tak dużego zamówienia. Dziś to standardy Unii Europejskiej rozwiązują wiele problemów, z którymi Polska borykała się w epoce „dziecięcej demokracji”. Ponieważ sytuacji potencjalnie podejrzanych będzie nieporównanie mniej, ważne, aby politycy wykazali się odpowiedzialnością i nie odwoływali się do populistycznego potępienia bogatych i wytykania ich jako zawsze podejrzanych.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL