Opinie

Narkotyki: nie legalizujmy narkotyków

Fotorzepa
Rządowy projekt zmiany ustawy antynarkotykowej mnie nie zachwyca. Nie wykluczam, że za zmianą przepisów może stać biznes narkotykowy – mówi szefowa Monaru w rozmowie z Moniką Gębalą
Rz: Jak się pani podoba rządowy projekt ustawy antynarkotykowej? Nowelizacja ustawy ma przyczynić się do karania dilerów, a nie osób uzależnionych od narkotyków.
Jolanta Łazuga-Koczurowska: Powiem szczerze, że średnio. Wiem, że intencje osób piszących projekt ustawy są takie, aby każdego uzależnionego leczyć, a nie kierować do więzienia. Monar zawsze o to walczył i cieszę się z tego zapisu. Będzie można odstąpić od wykonywania wyroku, zamieniając go na tzw. adaptację społeczną, rehabilitację, która może odbywać się też poza więzieniem. Co do ścigania dilerów nie mam wątpliwości: znajdą sposób na obejście nowych przepisów. Mogą nosić przy sobie choćby działkę na własny użytek. Jednak zastanawia mnie inna kwestia: czy mamy odpowiednie instrumenty i procedury, które pozwoliłyby postępować w sposób możliwie najbardziej adekwatny w stosunku do osoby zatrzymanej za posiadanie narkotyków?
Adekwatny, czyli jaki? Tak, aby jak najlepiej dostosować oddziaływanie wychowawcze, medyczne, terapeutyczne czy kary do konkretnej sytuacji i stanu psychofizycznego osoby zatrzymanej za posiadanie narkotyków. Z moich doświadczeń wynika, że wśród zatrzymanych osób z niewielką ilością narkotyku będą młodzi ludzie, którym zdarzyło się eksperymentować, ale których nazywanie uzależnionymi byłoby nieuprawnione. Będą osoby uzależnione potrzebujące pomocy medycznej. Ale będą też osoby niebiorące, jednak zajmujące się rozprowadzaniem narkotyków. Każda z tych grup wymaga innego potraktowania. Zgodnie z projektem ustawy będzie możliwe zrezygnowanie z jakiegokolwiek oddziaływania wobec zatrzymanego. Takie podejście na pewno zaoszczędzi czasu i pieniędzy organom sprawiedliwości, ale często będzie ze szkodą dla osoby, która ma kontakt z narkotykami. Czego brakuje nowym przepisom? Wiele zależy od rozporządzeń do ustawy. Niestety, tu doświadczenia nie są najlepsze. W myśl ustawy obecnie obowiązującej też było możliwe niekaranie za posiadanie niewielkiej ilości, kierowanie na leczenie itd. Zawodziły jednak przepisy wykonawcze, brak współpracy pomiędzy odpowiedzialnymi resortami i śmiem twierdzić, także brak dobrej woli osób, które w takich sprawach podejmują decyzję. Wiele zależy też od współpracy organizacji pozarządowych, służby zdrowia, służb penitencjarnych, policji, sądów, prokuratury. A sama ustawa? Jak się pani podoba? Zawsze ryzykowne wydają mi się przepisy, które niosą w sobie podwójny komunikat: że coś jest nielegalne i legalne zarazem, dozwolone i niedozwolone. Ludzie po raz pierwszy stykają się z narkotykami zazwyczaj w okresie dorastania. W tym czasie dla prawidłowego rozwoju ważne są jasne granice i przejrzyste normy. Zwolennicy liberalizacji mówią, że zakazany owoc lepiej smakuje. Jako człowiek, rodzic i specjalista nie zgadzam się z tym. Wiem, że po narkotyk sięga się nie dlatego, że jest dozwolony lub niedozwolony, nie. Powody są zawsze o wiele poważniejsze. Natomiast zatarcie granic między tym, co wolno, a czego nie, jest szczególnie niebezpieczne dla najmłodszych osób używających narkotyków – nie dlatego, że zostaną zatrzymani przez policję, ale dlatego, że skutkiem będzie błędne rozumienie przez te osoby pojęcia wolności. Kim zazwyczaj są ludzie zatrzymywani z narkotykami? Większość z nich to osoby używające narkotyków, a nie uzależnione od nich. To także ci, którzy dorabiają sobie, sprzedając je w małych ilościach. Nie są żadnymi wielkimi dilerami. Zresztą, nie znam uzależnionego od narkotyków dilera. Problem leży gdzie indziej: czy dopuszczać do tego, by młodzi ludzie mogli legalnie posiadać przy sobie narkotyki. No więc warto czy nie warto? Tak jak mówiłam przed chwilą – raczej nie. Poznałam tysiące takich ludzi i wiem, jak łatwo wpada się w nałóg i jak ciężko się z niego wychodzi. Nie pomoże wtedy nawet najlepszy system pomocowy. A jak radzą sobie z tym problemem inne państwa? W Polsce mamy bogate doświadczenie w pomocy osobom uzależnionym. Choć oczywiście potrzebujemy więcej programów wspomagających rodziny uzależnionych, specjalistycznych programów dla osób zażywających np. kokainę, a także projektów, które ułatwiałyby powrót do normalnego życia osobom kończącym terapię. Wciąż nie ma też programów dla tych, którzy chcą się leczyć, równolegle pracując czy kształcąc się. Włochy mają ciekawy projekt pokazujący, jak postępować z osobą, przy której znaleziono porcję środka psychoaktywnego. Uczący, że zanim poślemy zatrzymanego na leczenie lub do więzienia, należy poddać go diagnozie i sprawdzić, czy jest on rzeczywiście uzależniony oraz jakiej pomocy potrzebuje. Zaoszczędza to pracy całemu systemowi penitencjarnemu, pozwala skorzystać z pomocy psychologów i terapeutów. A przykład holenderski? Na doświadczenia Holandii powołują się zwolennicy legalizacji narkotyków, ale to opinie tendencyjne. Monar współpracuje z organizacjami holenderskimi zajmującymi się pomocą osobom uzależnionych. Od nich wiem, że Holandia na legalizacji miękkich narkotyków wcale dobrze nie wyszła. Jak to? Duża liczba osób, które brały miękkie narkotyki, z czasem uzależniła się od twardych narkotyków. Skąd w takim razie w Polsce pomysł pójścia w podobnym kierunku? Komu na tym zależy? Nie wiem. Ale przypuszczam, że w jakieś mierze stoi za tym biznes narkotykowy. Jolanta Łazuga-Koczurowska jest przewodniczącą zarządu głównego Stowarzyszenia Monar, psychologiem klinicznym, specjalistką terapii uzależnień, twórczynią ośrodka Monaru w Gdańsku
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL