fbTrack

Publicystyka

Andrzej Nowak o pomniku w Ossowie

Andrzej Nowak
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Czy pomnik w Ossowie miał być rzeczywiście rycerskim gestem wobec poległych przeciwników? Czy też chodzi tu raczej o racje polityczne (zgoda z Rosją Putina)? – zastanawia się historyk
Śmierć na polu bitwy jest w naszej kulturze obiektem specjalnej pamięci. Przynajmniej od czasu śmierci 300 Spartan. Ludzie, którzy stają naprzeciw siebie, by walczyć w imię jakiejś idei, by narażać się dla jakiegoś celu uznanego za większy od ich indywidualnego życia, zasługują na współczucie, a także na szacunek. Współczucie może być identyczne – dla wszystkich ofiar. Szacunek zależy w jakiejś przynajmniej mierze od idei, od owego celu, w imię którego walczyli i zginęli.
Może dlatego do dziś pod Termopilami jest pomnik 300 Spartan właśnie, a obok nie ma pomnika tysięcy poległych w walce z nimi żołnierzy Kserksesa? Ci pierwsi bronili bowiem wolności greckich sposobów życia. Ci drudzy, pędzeni przez rozkaz namiestników króla królów, mieli poszerzyć granice jego imperium. Upłynęło już 2490 lat od tamtej bitwy, emocje chyba już wygasły, a jednak jeszcze ją pamiętamy. Rozumiemy jej sens. Nie domaga się on dopełnienia przez nowy pomnik, pomnik grecko-perskiej zgody, pomnik – symboliczną mogiłę poległych żołnierzy wschodniego imperium. A przecież leżą tam – nieupamiętnieni. [srodtytul]Lepsza pamięć o "innych" [/srodtytul] Wyobrażam sobie dwa rodzaje sytuacji, w której mogłoby się to zmienić. Ramy jednej z nich wyznacza geopolityka. Gdyby np. Iran stał się dziś mocarstwem na miarę państwa Kserksesa i rozciągając swoje wpływy na całe pogranicze azjatycko-europejskie zaczął realizować zagraniczną politykę pamięci, domagającą się uhonorowania wszystkich zwycięstw dawnego imperium perskiego i wszystkich ofiar, które padły w walce o jego powiększenie, może wtedy maleńka Grecja byłaby skłonna rozważyć zmianę tablicy w Termopilach? Może lepiej wczułaby się we wrażliwość historyczną wielkiego sąsiada? A może znów by się opierała? Nie wiem, ale sądzę, że realny nacisk wielkiego, realizującego swoje imperialne cele mocarstwa może być czynnikiem wpływającym na politykę pamięci państw znajdujących się w zasięgu jego oddziaływania. Innym czynnikiem, który może wpływać na tę politykę, jest cywilizacyjna zmiana (a raczej pewna jej ideologiczna wizja). Zmiana, o której piszę, podważa znaczenie przywiązania do jakichkolwiek wartości wspólnotowych, które mogłyby zostać uznane za wyższe od indywidualnego życia, a nawet od indywidualnego dobrobytu, od jednostkowej – od mojej – wygody. Śmierć na polu bitwy jest w tej perspektywie tylko absurdem – równym po każdej z walczących stron. Usprawiedliwianie, uzasadnianie czy usensownianie tej śmierci jakąś ideą, jakąś wartością uznawane jest za przejaw niebezpiecznego fanatyzmu. Nie ma dobrej i złej strony w walce. Są tylko ofiary. Im należy się pamięć. Ale czy równa? Niezupełnie. Wyznawcy owej zmiany cywilizacyjnej, którą tutaj w publicystycznym skrócie przybliżam, stosują pewną pedagogikę pamięci. Zgodnie z jej logiką więcej uwagi należy się tym ofiarom, o których w naszej zbiorowej pamięci dotąd zapominaliśmy, "innym", nie "naszym". Jeśli bowiem będziemy się upierać przy wspominaniu "naszych" ofiar, to trudniej będzie przezwyciężać niebezpieczeństwo owego zbiorowego "fanatyzmu", przywiązania do własnej historycznej wspólnoty jako pewnej istotnej, pozytywnej wartości. [srodtytul]Putinowska polityka historyczna [/srodtytul] Mam wrażenie, że oba wymienione wyżej czynniki spotkały się w pomyśle pomnika nagrobnego żołnierzy Armii Czerwonej poległych w sierpniu 1920 roku pod Ossowem. Rosja Władimira Putina realizuje swoją politykę historyczną. Opiera się ona na próbie syntezy dorobku imperialnego ZSRR z czasów jego największego, stalinowskiego triumfu – z dziedzictwem Rosji carskiej, ufundowanej na prawosławnej tożsamości. Triumfy ZSRR są nazywane triumfami Rosji, zbrodnie ZSRR są nazywane zbrodniami komunistycznymi albo sowieckimi. Ofiary poniesione w walce o umocnienie i poszerzenie imperium (nawet jeśli było to imperium Stalina) są usprawiedliwiane lub relatywizowane, umniejszane ("takie były czasy", "a u nich Niegrow bijut" itp.). Czczone i wyolbrzymiane są ofiary własne, czyli rosyjskie – poniesione w starciu z obcymi, czyhającymi na wielkość imperium lub stającymi na drodze do tej wielkości. Do owych "własnych", rosyjskich, godnych upamiętnienia ofiar w zdumiewający sposób zaliczani są także przedstawiciele wszystkich nierosyjskich narodowości sowieckiego imperium, jeśli tylko przyszło im "walczyć za ojczyznę", czyli za ZSRR. W ten sposób 9 maja stał się wyłącznym świętem Rosji – jakby to Rosjanie tylko stanowili Armię Czerwoną, która pobiła Hitlera. Katyń, jeśli w ogóle może być przypomniany, jako zbrodnia sowiecka oczywiście, przeciwstawiany jest w owej pamięci rzekomo analogicznej i wcześniejszej zbrodni – polskiej: śmierci żołnierzy Armii Czerwonej w polskich obozach jenieckich w 1920 roku. Przypomnijmy, że to kłamstwo zostało powtórzone z całą mocą przez premiera Putina po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem w Smoleńsku na konferencji prasowej 7 kwietnia. W centrum tego kłamstwa pozostaje nie tylko uparta relatywizacja zbrodni katyńskiej (a przez to szerzej – zbrodni stalinowskich), ale także utożsamienie żołnierzy Armii Czerwonej jako ofiar – wyłącznie z Rosją, z Rosjanami. Stałe, uparte przypominanie zbrodni katyńskiej nie było tylko wyrazem "polskiego fanatyzmu". Było również apelem do pamięci rosyjskiej o ostateczne potępienie najgorszej i najbardziej niebezpiecznej spuścizny stalinowskiej – by nie relatywizować jej w żadnym kontekście. Rozumieli to doskonale wspaniali, uczciwi Rosjanie – historycy z Memoriału, bohaterscy dysydenci, tacy jak Natalia Gorbaniewska czy Władimir Bukowski i tysiące innych. Wstrząs związany z polską tragedią w Smoleńsku złączył się z nową fazą wewnętrznej debaty historycznej w Rosji. Wtedy dopiero, po 10 kwietnia, do milionów Rosjan mogła dotrzeć, choćby na chwilę, świadomość tego, czym była zbrodnia katyńska, świadomość, że wielkość czy racje imperium nie mogą być usprawiedliwieniem dla zbrodni na "innych". Dla dobra i spokoju nie tylko Polaków, ale także Rosjan, jak również milionów mieszkańców całego obszaru bliskiej zagranicy Federacji Rosyjskiej, bezcenne byłoby odcięcie drogi powrotnej do relatywizacji zbrodni sowieckich popełnionych (lub usprawiedliwianych ex post) w imię wielkości imperium. [srodtytul]Po trupie białej Polski [/srodtytul] Nie wiem, jaki był scenariusz obchodów 90. rocznicy Bitwy Warszawskiej przygotowywany przez Kancelarię Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wiem, jak w zgodzie z tym, co niektórzy wciąż nazywają historycznymi faktami, taki scenariusz mógłby wyglądać. Scenariusz pamięci dobrej dla państwa polskiego – jeśli traktujemy je jednak jako pewną zobowiązującą wartość – ale także pamięci dobrej dla Rosji, która próbuje się wyzwolić z trujących oparów sowieckiej przeszłości. To nie byłby scenariusz pamięci o wojnie polsko-rosyjskiej. Bo wojna w 1920 roku nie była wojną polsko-rosyjską. Latem tamtego roku Armia Czerwona szła na podbój Polski, by iść dalej: do Berlina, do Pragi, do Budapesztu, do Wiednia. To nie miało być zwycięstwo dla Rosji, ale dla komunizmu. "Po trupie białej Polski", ale również po trupie "białej" (czyli po prostu niekomunistycznej) Rosji, a w końcu po trupie starej Europy – i milionów jej mieszkańców. W Armii Czerwonej walczyli o ten cel ramię w ramię etniczni Rosjanie, ale też Polacy, Łotysze, Ukraińcy, Żydzi, Gruzini, Litwini. Przeciw nim do obrony Warszawy i Europy stanęli nie tylko Polacy, ale także Rosjanie (w oddziałach Stanisława Bułak-Bałachowicza, pod patronatem Borysa Sawinkowa i Dymitra Fiłosofowa, a potem także w formacji tzw. 3. Armii Rosyjskiej generała Borysa Peremykina), Kozacy, Ukraińcy, Białorusini – "wschodni sojusznicy Polski w wojnie 1920 roku", jak opisał ich w swej znakomitej monografii pod tym właśnie tytułem historyk toruński profesor Zbigniew Karpus. To właśnie trzeba przypominać, tu można szukać historycznego natchnienia do polsko-rosyjskiej zgody. Można – w ramach samokrytycznej refleksji – zastanowić się raz jeszcze, jak zachęcał do tego Józef Mackiewicz, czy Józef Piłsudski dobrze zrobił, odtrącając wcześniej, w 1919 roku, możliwość efektywnego porozumienia z "białą" Rosją przeciw Leninowi. Czy rzeczywiście uratował wtedy bolszewizm? Nie wiem, ale na ten temat warto dyskutować z Rosjanami. [srodtytul]Krzyż, który nie oburza [/srodtytul] Pomysł pomnika w Ossowie tworzy zupełnie inny scenariusz pamięci. Przypomnijmy: dwa lata temu w czasie prac ekshumacyjnych na terenie tego odcinka Bitwy Warszawskiej, symbolicznie może najważniejszego, odkopano szczątki 22 idących na polską stolicę żołnierzy Armii Czerwonej. Ówczesny marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zdecydował się wtedy poprzeć ideę budowy pomnika nagrobnego, który miał być symbolem zgody i normalizacji w stosunkach, także historycznych z Rosją. "Szacunek dla żołnierzy leży w polskiej tradycji. Warto pokazać Rosjanom, że tak samo odnosimy się do ich poległych. Byłoby to dobrym gestem w stosunkach polsko-rosyjskich" – tak miał powiedzieć wtedy (cytuję za "Gazetą Wyborczą") marszałek Komorowski, argumentując na rzecz nadania specjalnej rangi politycznej pomnikowi poległych żołnierzy Armii Czerwonej. Pojawia się od razu pewnego rodzaju wątpliwość: czy to rycerski szacunek dla poległych przeciwników, czy raczej racje polityczne (zgoda z Rosją reprezentowaną przez Władimira Putina) są motywem tego gestu? Od razu też wypada zapytać, czy ktoś ów szacunek naruszał, zanim pojawił się pomnik w Ossowie? Oddajmy głos sekretarzowi generalnemu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzejowi Kunertowi (znów cytuję za "Gazetą Wyborczą" z 17 sierpnia): "W Ossowie od dawna wiadomo było, że w tym miejscu jest mogiła poległych czerwonoarmistów. […] Co ciekawe, w dzień Wszystkich Świętych co roku paliły się tu lampki i leżały kwiaty. Kto je kładł? Zapewne mieszkańcy Ossowa". Nie było żadnych incydentów, profanacji. Dopóki szczątki czerwonoarmistów nie stały się liczmanami w nowej polityce historycznej. A stały się nimi w momencie, kiedy marszałek Komorowski zdecydował się je wszystkie utożsamić z Rosją. Wielki prawosławny krzyż na pomniku nagrobnym faktycznie to utożsamienie – w pełnej zgodzie z polityką historyczną Władimira Putina – potwierdza. Polska czci, a w każdym razie wyraża szacunek, rosyjskie ofiary wojny 1920 roku. Rosyjskie – czyli prawosławne. Skąd jednak wiemy, że to byli Rosjanie, i to prawosławni? Dlaczego nie mogło wśród nich być Żyda, Polaka – syna katolickich rodziców, Łotysza – z luterańskiej rodziny, Buriata, Kałmuka, muzułmanina, buddysty? Przecież byli oni naprawdę w Armii Czerwonej. Powtórzmy ten elementarny fakt: to nie była narodowa armia rosyjska. Dlaczego więc wtłoczono ich pośmiertnie do jednej tylko kategorii? Dlaczego ten krzyż nie oburza strażników świeckości publicznej pamięci jako nieuprawniony wytrych? Dlatego tylko, że nie jest łaciński, katolicki (czytaj: polski)? Nie wiem. [srodtytul]Powrót do kłamstwa [/srodtytul] Wiem natomiast, jaki sens ma gest tego utożsamienia w polityce historycznej Rosji. Doskonale sens ten oddaje komentarz dziennika "Wriemia Nowostiej". Dziennik pochwalił inicjatywę Bronisława Komorowskiego, by natychmiast odczytać ją w kontekście kłamstwa o polskim "ekwiwalencie" Katynia. Zatrzymanie pochodu Armii Czerwonej nazwane zostało tragedią. 130 tysięcy czerwonoarmistów dostało się do niewoli i prawie połowa z nich zmarła w polskich obozach – w tych słowach moskiewska gazeta powtarza stare kłamstwo i przypomina zaraz, że "śmiercią w polskiej niewoli z powodu brutalnego traktowania czerwonoarmistów" można do dziś "tłumaczyć nie mniej okrutne rozstrzelanie polskich oficerów w Katyniu" (sic!). Gazeta zbliżona do głosu rządowego "białego domu" w Moskwie zauważa gotowość "nowych władz Polski" do "wyświetlenia wszystkich faktów" związanych z owym polskim pra-Katyniem. Nie zauważa oczywiście, że fakty te zostały już pięć lat temu wspólnie przez historyków rosyjskich i polskich wyświetlone w ponadtysiącstronicowej publikacji dokumentów dotyczących losu jeńców sowieckich w polskich obozach, przygotowanej pod redakcją profesora Uniwersytetu Moskiewskiego Giennadija Matwiejewa. Te fakty wykluczają jakąkolwiek możliwość porównań sprawy zmarłych na tyfus i inne choroby zakaźne 16 – 18 tysięcy internowanych czerwonoarmistów z wykonaniem jednorazowej decyzji sowieckiego politbiura o rozstrzelaniu 25 700 polskich obywateli. Ktoś powie: to tylko nadużycie jednej rosyjskiej gazety. Nie – to wykorzystanie znakomitej okazji powrotu do kłamstwa o roku 1920 i o roku 1940: okazji, jaką stworzyła polityka historyczna "nowych władz Polski". Ossów – Katyń: to szokujące porównanie przyszło do głowy nawet tak znakomitemu historykowi jak Andrzej Kunert – kiedy tylko znalazł się w sytuacji wykonawcy owej nowej polityki historycznej. W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" używa on ostatecznego argumentu mającego chyba zawstydzić tych, którzy przeciwstawili się formie upamiętnienia najeźdźców pod Ossowem. "Gdy dyskutowałem z protestującymi – powiedział – przypominałem sobie, że 27 lipca brałem udział w uroczystości dziesięciolecia otwarcia cmentarza w Katyniu. Zorganizowali ją Rosjanie"… [srodtytul]Dla antybolszewickich przyjaciół Moskali [/srodtytul] Państwo rosyjskie zdobyło się zatem na tak szlachetny gest jak zorganizowanie uroczystości przypominającej zbrodnię katyńską (może warto jednak przypomnieć, że na cmentarzu zbudowanym w całości przez Polaków, z funduszy polskiej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa). Ma to zawstydzić tych, którzy dzisiaj się dziwią, że w rocznicę obrony Polski i Europy przed bolszewizmem państwo polskie z własnych funduszy buduje efektowny, granitowy pomnik "prawosławnym" ofiarom z Armii Czerwonej, nie pofatygowawszy się nawet, by odnowić stare betonowe krzyże na grobach polskich obrońców Ossowa. Tam, czyli w Rosji, pozwala się nam czcić pamięć o polskich ofiarach (z Katynia), a w Polsce nie dojrzeliśmy jeszcze, by uczcić "rosyjskie" ofiary z Ossowa Bardzo smutna ta lekcja historii. Mogliśmy szukać w 90. rocznicę zwycięskiego polskiego Maratonu zgody z "Persami" – ale nie tak chyba. Może warto było postawić raczej pomnik rosyjskim sojusznikom Polski z 1920 roku – pomnik Sawinkowowi? A może wystarczyło choćby odnowić grób jego zastępcy Dymitra Fiłosofowa, duchowego przywódcy tych antybolszewickich przyjaciół Moskali, a zarazem wielkiej postaci rosyjskiej kultury, pochowanego na wolskim cmentarzu prawosławnym w Warszawie? Od 1989 roku prosił o to Jerzy Giedroyc. Na ten grób warto było zaprosić rosyjskiego ambasadora może bardziej niż na grób-pomnik żołnierzy Lenina i Trockiego. Nie byłby może to gest polityczny tak wygodny dla Rosji Putina. Ale byłby gest dobry dla pamięci o tamtej wojnie, o jej sensie. Gest dobry dla polskiej i rosyjskiej pamięci. [i]Autor jest historykiem, profesorem UJ. Od 20 lat zajmuje się dziejami wojny sowiecko-polskiej oraz rosyjską polityką historyczną[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL