fbTrack

Film

"Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny" od piatku w kinach

Senator James Möllendorf (Josef Ostendorf) na czele grupy rodziny i przyjaciół. Film od piątku w kinach; fot. Stefan Falke
Gutek Film
"Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny" Heinricha Breloera – takich filmów już dziś na ekranach nie ma - pisze Barbara Hollender
Wielkie filmowe sagi, takie jak "Lampart" [link=http://empik.rp.pl/szukaj/produkt?author=Visconti+Luchino&start=1&catalogType=all&searchCategory=all]Viscontiego[/link] czy nasze [link=http://empik.rp.pl/noce-i-dnie-jerzy-antczak,273316,film-p]"Noce i dnie"[/link] [link=http://empik.rp.pl/szukaj/produkt?author=Jerzy+Antczak+&start=1&catalogType=all&searchCategory=all]Jerzego Antczaka[/link], dawno się przeżyły. Zniknęły też z telewizyjnych ekranów popularne na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku wspaniałe seriale o rodach Forsyte'ów czy Whiteoaków. Potrzeby widzów na rodzinne opowieści zaspokajają tasiemce. Tylko jak zaspokajają? Miliony ludzi codziennie wysłuchują głupawych rozmów o tym, że syn pobił się z kolegą w szkole, znajomy stracił pracę, więc zakłada własną firmę, córka zakochała się w żonatym koledze z biura, a sąsiadka odeszła od męża.
[wyimek][link=http://empik.rp.pl/buddenbrooks-mann-thomas,prod5666031,muzyka-p] Zobacz na Empik.rp.pl[/link][/wyimek] [srodtytul]Tradycja kontra nowoczesność[/srodtytul]
Ostatnio zapomnianą rodzinną sagę odkurzyła kinematografia niemiecka: [link=http://empik.rp.pl/buddenbrookowie-mann-thomas,8147,ksiazka-p]"Buddenbrooków"[/link] Tomasza Manna przeniósł na ekran Heinrich Breloer. [wyimek][link=http://www.rp.pl/galeria/9131,1,524152.html]Fotosy z filmy "Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny" [/link][/wyimek] Mann opublikował swoją powieść w 1901 roku. 28 lat później dostał za nią Nagrodę Nobla. Na pierwszą jej ekranizację czekał znacznie krócej, bo już w 1923 roku niemy obraz "Die Buddenbrooks" pokazał Gerhard Lamprecht. W dniu premiery reżyser miał 26 lat – tyle samo, ile pisarz w chwili wydania książki. W 1959 roku powstał dwuczęściowy film Alfreda Weidenmanna, a 20 lat później – trzyodcinkowy serial telewizyjny Franza Petera Wirtha. Nowi "Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny" to najdroższy niemiecki film od cza-su nakręconego w 1981 roku "Okrętu" Wolfganga Petersena. I włożone w niego 23 miliony dolarów widać na ekranie. Nie bez powodu producenci powierzyli reżyserię znanemu dokumentaliście. Pod kierunkiem Breloera filmowcy wiernie odtworzyli realia z początku ubiegłego wieku: ulice Lubeki, wnętrza zamożnego mieszczańskiego domu, zbożowe magazyny, czar nadmorskiego kurortu. Z ogromną pieczołowitością zaprojektowali też stroje bohaterów. Wyławiane przez kamerę Gernota Rolla szczegóły: falbany przy sukniach pań, eleganckie filiżanki, detale powozów – stają się ważnym elementem filmu. Bo Breloer opowiada o końcu pewnego świata. [srodtytul]Pochwała lat dawnych[/srodtytul] Pochylając się nad dziejami kupieckiej familii z północnych Niemiec, nasyca swój film namiętnościami. Patriarcha rodu chce przekazać interes dzieciom, ale tylko jeden syn jest gotów kontynuować rodzinne tradycje. Drugi syn i córka próbują żyć własnym życiem, stawiając na równi powinności wobec rodziny, które dla seniora są dobrem najwyższym, i własne szczęście oraz nowe wartości, wiarę w siłę sztuki, niezależność, przyjemności życia. Breloer stara się też opowiedzieć o dewaluacji mieszczańskich wartości, o nieuchronnym końcu tradycji, o sile nowej rzeczywistości, w której lojalność wobec własnej grupy i stabilizacja oparta na etosie pracy ustępują miejsca sile pieniądza. Kończące film kadry pustego domu, który jeszcze niedawno tętnił życiem, robią wrażenie. Opowieść Manna wróciła dzisiaj na duży ekran nieprzypadkowo. Ostatni kryzys finansowy był na Zachodzie głęboki, bankructwo dotknęło wielu. "Buddenbrooków" pięknie zrealizowanych i znakomicie zagranych (m.in. fantastyczna kreacja Armina Muellera-Stahla) obejrzało już w Niemczech ponad milion osób. Nie dziwię się. Ten niemodny na pierwszy rzut oka film wciąga. To prawda, odbiła się na nim kultura tasiemców. Breloer większy nacisk kładzie na śledzenie miłosnych intryg niż ukazywanie zderzenia starego świata z młodym, agresywnym kapitalizmem. Miłośnicy powieści Manna będą narzekać na spłycenie społecznych obserwacji i może zbyt mało wyczuwalny w filmie nastrój oryginału, którego twórca był pod wpływem filozofii Schopenhauera i Nietzschego. Ale ta rodzinna saga i tak dostarczy widzom znacznie głębszych przeżyć i ciekawszych refleksji niż kolejny odcinek soap opery [ramka] [b]LITERATURA – KONIEC EPOKI WIELKICH SAG[/b] Czytelnik oczekuje dziś prozy o wartkiej narracji. To dlatego monumentalne powieści o losach pokoleń mieszczan czy osadników odeszły do historii. W przeciwieństwie do niemieckich familii mieszczańskich sprzed blisko 200 lat czy generacji białych kolonizujących Południe Stanów współcześni nie są widocznie materiałem na pełnokrwistych bohaterów. – Saga rodzinna rozkwitła w żywiole XIX-wiecznej narracji realistycznej – twierdzi Andrzej Kopacki, literaturoznawca i tłumacz. – Jej mistrzami byli Tołstoj i Flaubert. Obok nich wolno postawić młodego autora "Buddenbrooków". Ale Tomasz Mann nie znalazł godnych kontynuatorów. Historia wnet narzuciła Niemcom inne tematy: dwie wojny światowe i związaną z nimi traumę, to z nimi musiała się mierzyć literatura. Nieco inaczej wyglądała sytuacja w Stanach Zjednoczonych. Blisko 60 lat temu jedną z ostatnich wielkich rodzinnych sag opublikował tam John Steinbeck. W powieści "Na wschód od Edenu" noblista splótł historię swych przodków z losami fikcyjnej familii Trasków. – Ukazanie się tej książki było możliwe, bo doświadczenia Amerykanów nie da się porównać z losami Niemców. Katastroficzna historia nie przeorała świadomości zbiorowej Amerykanów równie głęboko – uważa Kopacki. Sagi rodzinne to przeszłość również z tego powodu, że życie biegnie dziś nie tym tempem co dawniej. Niegdyś narracja powieści przypominała wielką rzekę spokojnie toczącą swe wody. Teraz zniecierpliwiony czytelnik oczekuje, że proza będzie jak wartki strumień. Kto ma czas na kunsztowne frazy zajmujące pół stronicy? Steinbeck jest w Stanach wciąż popularnym autorem (co roku sprzedaje się ok. 50 tys. egz. "Gron gniewu"), ale nie widać, by ktoś chciał iść w jego ślady. [i]Bartosz Marzec[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL