fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Tomasz Terlikowski: Śmierć konserwatywnej prawicy

Tomasz P. Terlikowski
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Politycy opowiadają o konieczności wspierania osób pragnących mieć liczne potomstwo, ale tolerują sytuację, gdy VAT na prezerwatywy wynosi 7 procent, a na wózki dziecięce 22 procent
Sytuacja w Polsce jest paradoksalna. Główne partie polityczne odwołują się do chrześcijaństwa i konserwatyzmu; obie przedstawiane są – nie tylko przez swoich przeciwników – jako prawicowe; obie wreszcie chętnie flirtują z Kościołem, fotografując się z biskupami (różnymi) i broniąc obecności (ostatnio to PiS) lub znaczenia (tym razem padło na PO) krzyża w przestrzeni publicznej. A jednocześnie nawet najłagodniejsze postulaty konserwatywnej opinii publicznej są niemal natychmiast odrzucane.
[srodtytul]Tematy zastępcze [/srodtytul]
Lewicy udało się wpoić politykom głównych partii głębokie przekonanie, że liczenie się z opinią Kościoła czy konserwatywnej opinii publicznej jest oszołomstwem, "prawicowym ekstremizmem" czy zajmowaniem się tematami zastępczymi, które zwyczajnie nie opłaci się politycznie. I dlatego nikt na poważnie nie dyskutuje już na temat takiej zmiany ustawy aborcyjnej, która lepiej chroniłaby życie (a przecież tego chciał zawsze tak często przywoływany przez polityków i publicystów wszystkich opcji Jan Paweł II). Nieliczni tylko mają odwagę otwarcie powiedzieć, że w Polsce powinien funkcjonować zakaz in vitro i że nikt nie może mieć prawa do posiadania dziecka za cenę istnienia innych dzieci.
Rzekomo konserwatywni i katoliccy politycy nie proponują też autentycznej, a nie tylko werbalnej polityki prorodzinnej. Nie zajmują się realnym obniżeniem obciążeń podatkowych dla rodzin z większą niż przeciętna liczbą dzieci (a to przecież ich najmocniej dotyka kryzys). I choć często opowiadają o konieczności wspierania osób pragnących posiadać liczne potomstwo, to jednocześnie od wielu już lat tolerują sytuację (znakomicie wyrażającą polską politykę natalistyczną), w której VAT na prezerwatywy wynosi 7 procent, a na wózki dziecięce (i inne rzeczy konieczne do wychowania dzieci) 22 procent.
Ale to wszystko wcale nie oznacza, że nasi politycy – z prawicowych, konserwatywnych i rzekomo chadeckich partii – nie zajmują się problemami światopoglądowymi. Zajmują się, ale tylko tymi, które podrzuca im obyczajowa lewica. I dlatego co jakiś czas jesteśmy świadkami, jak konserwatyści i katolicy (nawet tacy jak Bronisław Komorowski, którego koledzy nazywają "wzorem z Sevres katolickiego mężczyzny") obiecują refundację zabiegów in vitro z budżetu państwa (wspierani w tym przez szefową sztabu Jarosława Kaczyńskiego Joannę Kluzik-Rostkowską).
Albo zastanawiają się nad parytetami w Sejmie (jakby rzeczywiście to było największym problemem milionów kobiet w Polsce). Albo debatują, jakby tu zabrać jeszcze część uprawnień rodzicom i przekazać je urzędnikom (trzeba przyznać, że udało się nadać temu tematowi rangę sporu między PO i PiS, więc było na ten temat choć chwilę głośno).
[srodtytul]Postulaty lewicy[/srodtytul]
Lewicy udało się także skłonić prawicowców do debaty nad uprawnieniami małżeńskimi dla par jednopłciowych (w obu rzekomo prawicowych partiach są ich zwolennicy), a także stopniowo wymuszać na rządzie łagodzenie polskiej polityki w kwestii tzw. praw reprodukcyjnych (czyli prawa do aborcji).
Ten proces całkowitego wypchnięcia poza nawias realnie konserwatywnej (a w jakimś stopniu katolickiej) opinii publicznej dobiegł końca dwa lata temu. Po odejściu Marka Jurka (i części posłów o podobnych do niego poglądach) z Prawa i Sprawiedliwości, po eliminacji LPR i Prawicy Rzeczypospolitej z parlamentarnej polityki – nie ma już w naszym Sejmie realnej siły, która mogłaby choćby próbować (z mniejszym lub większym skutkiem) narzucać inną niż lewicowo-liberalną agendę tematyczną.
PiS (choć nadal są w nim, trzeba jednak przyznać, że mocno zmarginalizowani, posłowie o konserwatywnych i katolickich poglądach) nie jest tym zainteresowany. Prym wiodą w nim bowiem propaństwowcy, antykomuniści, zwolennicy silnego państwa – pozbawieni jednak silnej wrażliwości na problemy religijne czy obyczajowe.
PO, choć i w tej partii nie brakuje katolików (także o konserwatywnych, katolickich poglądach) wizerunkowo ustawia się jako partia zwolenników nowoczesności. A że w przestrzeni medialnej nowoczesność, "ciepła woda w kranach" czy "otwartość na świat" nierozłącznie powiązane są (z niejasnych powodów, bo realnych związków między tymi sprawami nie widzę) z prawami dla homoseksualistów, parytetami dla kobiet w polityce, prawami reprodukcyjnymi czy ograniczaniem władzy rodzicielskiej na rzecz państwa – to nie ma co liczyć na to, że ich opinie przebiją się przez mur strategii piarowskiej.
Nie ma też zresztą co ukrywać: obie główne partie nie muszą się zajmować tematami cywilizacyjnymi czy światopoglądowymi, bo niemal nikt od nich tego nie oczekuje. Kościół hierarchiczny od wielu już lat chowa głowę w piasek i udaje, że stanowisko polityków w kluczowych sprawach obyczajowych nie ma znaczenia dla ich oceny moralnej, a zwyczajni katolicy, głosując, zazwyczaj nie kierują się własnymi poglądami religijnymi czy moralnymi, lecz emocjami (tymi związanymi ze Smoleńskiem albo z obawami przed "dyktaturą Kaczora") czy w najlepszym razie poglądami na temat siły państwa czy konieczności reformy gospodarki.
Efekt tego jest jednak taki, że politycy mogą sobie spokojnie odpuszczać sprawy rzeczywiście ważne z punktu widzenia konserwatywnej opinii publicznej. A prawicowe z nazwy partie coraz częściej angażują się w tworzenie prawa, które odpowiada postulatom obyczajowej lewicy.
[srodtytul]Twardo stawiać sprawę[/srodtytul]
Tak się dzieje obecnie, za czasów rządów Platformy, ale trudno oczekiwać, że inaczej byłoby, gdyby do władzy powrócił PiS. Oczywiście do liberalnych światopoglądowo postulatów politycy z partii Jarosława Kaczyńskiego podchodzili zawsze ostrożniej niż działacze PO. Jednak spór o zmianę konstytucji z 2007 roku pokazał, że zarówno liderzy Prawa i Sprawiedliwości, jak i większość polityków z drugiego szeregu nie są zainteresowani realizacją postulatów konserwatystów. Tym bardziej że – jak słusznie wskazują Piotr Skwieciński czy Joanna Lichocka – unikanie takich tematów może się PiS opłacić.
Jedyną szansą dla konserwatystów obyczajowych, zwolenników praw rodziców, realnej, a nie werbalnej polityki prorodzinnej czy lepszej ochrony życia, jest zatem otwarte i mocne stawianie tych tematów w przestrzeni publicznej i rozliczanie z nich polityków. Trzeba wreszcie zacząć się domagać, za pomocą publicznych przesłuchań, marszów, zgłaszanych projektów ustaw (tak jak zrobiła to inicjatywa Contra In Vitro) realizacji innej niż lewicowa agendy tematycznej. A gdy przychodzi czas wyborów, realnie odmawiać wsparcia tym wszystkim, którzy albo są przeciwni konserwatywnym wartościom, albo nie robią nic, by je realizować.
Tylko w ten sposób można powstrzymać proces "odkonserwatywniania" prawicy i nie dopuścić do sytuacji, w której PiS stanie się czymś w typie brytyjskiej Partii Konserwatywnej (jej politycy maszerowali w EuroPride) czy hiszpańskiej Partii Ludowej (jej przedstawiciele godzili się na zabijanie nienarodzonych czy przyznawali homoseksualistom uprawnienia małżeństw).
Twarde stawianie tematów, egzekwowanie obietnic (za pomocą tekstów, konferencji prasowych czy raportów stosownych instytucji pozarządowych), wymuszanie zajmowania się ważnymi sprawami światopoglądowymi nie zmieni oczywiście od razu polskiej sceny politycznej. Zmusi jednak polityków do tego, by zaczęli uważniej wsłuchiwać się w głos marginalizowanej obecnie przez lewicowy dyskurs konserwatywnej opinii publicznej.
A jako że większość polityków (na całym świecie, a nie tylko w Polsce) zamiast poglądów ma w głowach słupki sondażowe i wskaźniki poparcia, takie działanie wymusi najpierw werbalne, a później realne zmiany w polityce. Jeśli do tej pracy się nie zabierzemy, to za lat kilka, nawet jeśli Grzegorz Napieralski nie dojdzie do władzy, to jego program obyczajowy zostanie zrealizowany. Przez następców Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego.
[ramka] [i]Autor, doktor filozofii, jest redaktorem naczelnym portalu Fronda.pl, publicystą, wykładowcą akademickim[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA