fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Magia tamburynów

Taniec Masek Nuna z Burkina Faso
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Brave Festival. We Wrocławiu zachwyt miesza się z bezradnością – rytuały umierają na naszych oczach
Na wszystkich pokazach tłok, drzwi się nie domykają, brakuje wejściówek. Sale muszą być nieduże, bo obrzędy wymagają bliskości. Tu nie ma wygodnego podglądania z dystansu.
Trzeba być gotowym do uczestnictwa, skonfrontować się z egzotyczną duchowością i prastarymi praktykami. Ten festiwal wprawia w zachwyt, ale ma swoją cenę: wywołuje niepokój, a często poczucie ubóstwa. Do świata masowo szytych T-shirtów i dżinsów wkraczają goście w chustach haftowanych złotymi nićmi, tunikach szytych jak przed wiekami i specjalnie drapowanych jedwabiach. W naszej codzienności, pełnej technologii i racjonalizacji, zjawiają się szamani, zaklinacze, uzdrowiciele, którzy rozmawiają z duchami i przywołują energie. Ożywiają wierzenia i zachowania, które dawno porzuciliśmy.
[srodtytul]Preislamskie praktyki[/srodtytul]
Brave Festival stawia wymagające pytania, bo jego gwiazdami są przedstawiciele zanikających kultur. Razem z zachwytem trzeba przełknąć bezradność i żal. Kto kupuje bilet, zgadza się na rolę świadka. Za 30 zł traci komfort obojętności – każde spotkanie z dalekimi gośćmi jest prawdopodobnie ostatnim. Trudno podziwiać kunszt arabskich śpiewaczek, gdy się wie, że ta fantastyczna muzyka umiera na naszych oczach. Żyje tylko 25 osób, które potrafią wykonać rytuał Zar. Jego mistrzyniami są Egipcjanki z południa kraju, mężczyźni pełnią jedynie rolę pomocników. Zar jest w Egipcie zakazany, to praktyka preislamska, stworzona z myślą o cierpiących kobietach. Odprawia się go jeszcze m.in. w Sudanie i Jemenie. Śpiew, rytm i wyższe moce się łączą, by wyswobodzić kobiety z psychicznych ciężarów. Znane są przypadki uzdrowień z fizycznych dolegliwości, ale rytuał ma przynosić katharsis.
We Wrocławiu ceremonię prowadziła Madiha, potężna kobieta o nieprzeniknionej twarzy i wibrującym, gardłowym śpiewie. Najpierw wykonywała inwokacje bez muzyki, później zespół akompaniował jej na bębnach i tamburynach obleczonych kozią skórą. Madiha niby stoi nieruchomo, ale każdy z jej gestów – miniaturowych i precyzyjnych – jest doskonale widoczny. Wystarczy, że poruszy ramionami, zmruży oczy, przesunie dłoń, a promieniuje zmysłowością i mistycyzmem. Od pierwszych nut wiadomo, że to coś więcej niż koncert, ale utwory dopiero z czasem nabierają transowego rytmu: kobiety wyrzucają w powietrze tamburyny i uderzają dłońmi w napiętą skórę. Instrumenty wirują szybciej i mocniej, kręci się w głowie. Nagle wszystko cichnie, po dramatycznym napięciu nie ma śladu.
Zar ma w sobie prymitywną siłę – hipnotyzuje prostymi i powtarzanymi frazami, widokiem niedbałych i spontanicznych gestów muzyków. Zupełnie inne wrażenie wywierają członkowie grupy Mawawil – egipscy Cyganie. Ci wymierający nomadowie grają wyszukane formy łączące tradycje muzyki hinduskiej i arabskiej. Improwizują, budują skomplikowane dźwiękowe płaszczyzny – bez nut, bez lidera. Grają na harfach, bębnach i skrzypcach z kokosa, a wokaliści wyśpiewują przepowiednie proroków, modlitwy i historie swojego życia. Świadomi, że opowieści umrą razem z nimi.
[srodtytul]Budzenie sił natury [/srodtytul]
Zaratusztrianie, wyznawcy liczącej ponad 5,5 tysiąca lat religii monoteistycznej, nie znają tradycyjnych pieśni. Jeśli jakieś się zachowały, dostęp do nich ma tylko garstka żyjących kapłanów. – Jak dbamy o swoje dziedzictwo? Nie dbamy, dlatego jesteśmy ginącym gatunkiem – filigranowa Parsyjka rozkłada ręce. Unosi kąciki ust, ale jej oczy pozostają smutne. – W Indiach jest nas 50 tysięcy, a tylko 4 tysiące żyją zgodnie z religią – mówi. Zaratusztrianie przed wiekami uciekli z Persji, większość skryła się na zachodnim wybrzeżu Indii, gdzie nazywani są Parsami. Mają tam świątynie, w których czczą ogień. Ich obrzędy pozostają tajemnicą dla innowierców. Na Brave mieli przyjechać kapłani, nie wiadomo, dlaczego się nie zjawili.
Zamiast nich przyleciała zwykła rodzina. W zadymionej sali Muzeum Etnograficznego odprawiła zaratusztriańską modlitwę. Ubrani na biało siedzieli wokół paleniska otoczonego kwiatami, owocami i wiązkami drewna. Nucili mantry i hymny w języku awestyjskim – wierzą, że ich głosy budują magnetyczne kręgi. Dźwięki tworzą kolory w przestrzeni i zestrajają się z duchami, wzmacniając istnienie dobra. Ponad godzinę odpowiadali na pytania, cierpliwie znosili dwuznaczną rolę: są gorliwymi kustoszami wciąż żywej wiary, a zarazem muzealnymi okazami. Mimo wielu wyjaśnień ich wiara pozostała tajemnicą, tak jak modlitwa, w którą włączyli publiczność. Podobnie nieświadomi i bezradni byli widzowie tańca masek z Burkina Faso. Mężczyźni z plemienia Nuna po raz pierwszy pokazali je poza swoją wioską. Ubrani w zwierzęce stroje i maski, stymulowani dźwiękami bębnów i piszczałek, budzili siły natury, łączyli z nimi za pomocą żywiołowych ruchów. Czy się udało, nie wiemy.
Brave nie jest łatwym widowiskiem i nie gwarantuje satysfakcji. Choćby dlatego, że ludzie, na których patrzymy, mają swoje miejsce w świecie – zapisane w strojach, tańcach, obrzędach. To my, siedzący na widowni, jesteśmy znikąd.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA