fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Przemysł pogardy

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Jest różnica między sytuacją, gdy drugorzędny poseł nazywa premiera słoneczkiem Peru, a sytuacją, gdy czołowy polityk dywaguje na temat orientacji seksualnej lidera opozycji
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2010/05/05/piotr-zaremba-przemysl-pogardy/]Skomentuj [/link][/b]
W ciągu ostatnich kilku tygodni nie odmawiałem komukolwiek prawa do żałoby po kimkolwiek. Z co najmniej mieszanymi uczuciami przyjąłem emocjonalne wystąpienia zwolenników zmarłego prezydenta pełne " łajdaków" i "gardzę wami", zwłaszcza gdy padały w pierwszych dniach po tragedii, zanim jeszcze odbył się pogrzeb ofiar. Rozumiałem motywy, ale raziło mnie to. Nie takie obrachunki były nam wtedy potrzebne. W obliczu grozy nagłej śmierci lepiej zaczynać od własnego sumienia.
Sam starałem się wierzyć w dobre intencje wypowiadających się, jeśli tylko były do tego choć minimalne podstawy. Ludzie, którzy atakowali Jarosława Gowina na mszy żałobnej za Zbigniewa Wassermanna, albo nie wierzyli w szczerość łez Moniki Olejnik, wydawali mi się pozbawieni wyobraźni. Zwłaszcza że pamiętałem i to, że świętej pamięci poseł Wassermann mówił z szacunkiem o Gowinie (a ten o Wassermannie – skądinąd coraz większa rzadkość we współczesnej polskiej polityce). I to, że Lech Kaczyński przy wszystkich burzliwych polityczno -towarzyskich zaszłościach po prostu lubił znaną dziennikarkę, a i ona w przerwach między niezliczonymi starciami potrafiła mu czasem okazać sympatię. Świat nie jest czarno-biały. Życie nie zawsze układa się według wyobrażeń bojowników najróżniejszych frontów.
[srodtytul]Imperium kontratakuje[/srodtytul]
Niemniej jednak żałoba się skończyła i w głównych mediach owi "łajdacy" i "gardzę wami" są teraz odreagowywani po wielekroć – całym chórem głosów. "Po serii podobnych tekstów i wywiadów można by odnieść wrażenie, że PiS zawsze występował w roli ofiary" – ogłosiła w "Gazecie Wyborczej" Dominika Wielowieyska. Publicystka "Wyborczej" stawia tezę: podczas rozpoczętej już kampanii prezydenckiej polityków PiS wyręczą w agresywności życzliwi im intelektualiści i dziennikarze. Gdyby zetknęła się z podobną tezą dotyczącą Platformy Obywatelskiej, uznałaby ją zapewne natychmiast za insynuacyjną, jeśli nie spiskową. Ale niech tam.
W tekście Wielowieyskiej największy konkret stanowi seria przykładów, które mają dowieść, że brutalność była ponoć zawsze dwustronna: oto Donald Tusk został kiedyś nazwany słoneczkiem Peru, minister Paweł Graś – cieciem, a na ulicach palono kukły Ewy Kopacz. Podobnych olśnień co Wielowieyska doznało wielu publicystów "Gazety Wyborczej", "Polityki" oraz bliskich im intelektualistów. Po pierwszym okresie pewnego speszenia dziś dominuje wśród nich nuta: Przecież nic się nie stało. Korzystaliśmy tylko z prawa do demokratycznej krytyki, a ONI byli tak naprawdę dużo gorsi.
[srodtytul]Michnik zamyka sprawę[/srodtytul]
Można by tę licytację zamknąć przed jej otwarciem. Jednym prostym przypomnieniem: Adama Michnika przemawiającego na pogrzebie Bronisława Geremka. Michnik z właściwą sobie jednoznacznością nie bawił się w szacowanie, kto jakie krzywdy poniósł i czy w ogóle poniósł. Odbywa się pogrzeb zaprzyjaźnionego z nim polityka. To dobra okazja, aby przypuścić atak na środowiska, które były ze zmarłym w konflikcie. Bez żadnej próby wyjaśnienia, jak to się ma do jego śmierci. Bez sprawdzania, czy owa krytyka była częścią normalnego sporu politycznego, czy też dowodem na szczególnie złe traktowanie tej jednej postaci.
Michnik nie zaprzątał sobie tym głowy, uznał, że ma prawo. Znalazł zresztą naśladowców. Sam zaproszony do radiowej audycji poświęconej pamięci profesora, jeszcze przed jego pogrzebem, usłyszałem z zaskoczeniem nagraną wcześniej wypowiedź Jacka Żakowskiego, który też użył tej śmierci jako okazji do kolejnego rytualnego wyklinania "lustratorów" za to, że śmieli podnieść rękę na wielkiego człowieka (nie jest to dosłowny cytat, ale taki był sens wywodów publicysty).
Skoro Michnik i Żakowski mają prawo do swoich emocji, dlaczego nie mieliby ich mieć Krasnodębski i Marcin Wolski – spytam. Zwłaszcza że żaden z nich na niczyim pogrzebie jednak nie przemówił. Inwektywami go nie ozdobił. Powtórzę, na tym debatę można by właściwie zamknąć. Ale temat jest przecież zbyt ważny, aby tak go kończyć. Już choćby dlatego, że przez krótką chwilę wydawało się, iż dramat smoleński to jakaś okazja do naprawy Rzeczypospolitej. Także do naprawy stylu polskiej polityki i polskiej debaty.
To oczywiste, że nie każdy, kto krytykował Lecha Kaczyńskiego i obóz IV RP, ma się czego wstydzić. Tytułem przykładu: tacy ludzie jak Aleksander Smolar, Paweł Śpiewak, Wojciech Sadurski byli ostrymi krytykami intelektualnych założeń i praktyki tego obozu, ale miary nie przekraczali. Ba, jeździli do Lucienia, aby w starciu z samym prezydentem wykładać swoje racje.
Jest też rzeczą oczywistą (choć najbardziej rozgorączkowani zwolennicy zaprzeczą), że z szeregów PiS, z ust samego Jarosława, a czasem i Lecha Kaczyńskich padały sformułowania bardzo twarde. Konflikt, podział, walka były zawsze ich żywiołem, metodą uprawiania polityki, co zresztą niekoniecznie musi być zarzutem, ale co prowadziło do tego, że stali się przedmiotem naturalnej wrogości różnych sił i środowisk. Czasem popychały ich one do wystąpień niepodnoszących poziomu publicznej debaty: jak wtedy, gdy lider PiS umieszczał swoich przeciwników po stronie ZOMO albo spekulował na temat "wilczych oczu premiera".
A jednak ta konstatacja nie w każdym przypadku wystarczy i będę się musiał jednak na moment wdać z takimi polemistami jak Dominika Wielowieyska w rodzaj licytacji. Bo stworzona przez nią symetria nie jest przekonująca. Bo jest różnica między sytuacją, gdy internauci, publicyści czy może jakiś drugorzędny polityk nazywa premiera słoneczkiem Peru, a sytuacją, gdy czołowy polityk Platformy dywaguje na temat orientacji seksualnej lidera opozycji.
Jest też różnica między najskrajniejszymi nawet, ale jednak politycznymi zarzutami stawianymi przeciwnikom, zwłaszcza nieokreślonym ("stoją tam, gdzie ZOMO"), a przypisywaniem konkretnej osobie wyimaginowanego alkoholizmu. To pierwsze porównałbym do walenia po szczękach. To drugie jest typowym bokserskim ciosem poniżej pasa.
[srodtytul]Szlachectwo zobowiązuje[/srodtytul]
Za każdym razem musimy patrzeć, kto i co mówi, a czym wyższa pozycja społeczna i prestiż, tym wymagania niestety rosną. Kto nazwał ministra Grasia cieciem? Kto palił kukłę minister Kopacz? Warto to precyzyjnie powiedzieć. Nie potrafiłbym wskazać po drugiej stronie odpowiednika krotochwil Kazimierza Kutza na temat wyimaginowanego homoseksualizmu Kaczyńskiego czy Zbigniewa Ziobry, choć pewnie w Internecie albo na łamach niszowych pism coś podobnego by się znalazło. Ale to przecież pisał wybitny reżyser, postać z samego topu topów, w mainstreamowym czasopiśmie.
Podobno noblesse oblige. Tymczasem miało się wrażenie, ze spora grupa osób postanowiła w ciągu ostatnich kilku lat zaprzeczyć tej zasadzie. Korzystając z tego, że podejmowała wojnę z ugrupowaniem, któremu odmawiano wszystkiego – politycznej i moralnej legitymacji.
Przypominasz Dominiko, że i prezydent Sarkozy jest wyśmiewany – ostatnio nawet pewnego osła nazwano Sarko. Pewnie tak, ale czy kiedy tenże sam francuski przywódca pogonił napastującego go wyborcę słowami bardzo podobnymi do tych, których użył kiedyś Lech Kaczyński, przez długie miesiące tabuny autorytetów dowodziły, jak bardzo sprzeczne jest to z regułą praworządnego i cywilizowanego państwa?
A w Polsce taki spektakl trwał latami, pamiętasz go równie dobrze jak ja. I czy którykolwiek z czołowych polityków opozycji socjalistycznej we Francji uczynił sobie cały marketingowy przemysł z wymyślania na temat prezydenta najobrzydliwszych plotek i poddawania go lepkiej psychoanalizie, gdzie nie oszczędza się niczego, łącznie z życiem rodzinnym? Jeśli znasz taki przykład, to go przytocz.
[srodtytul]Satyra, czyli co?[/srodtytul]
A jest coś jeszcze ważniejszego. Nie tak dawno, dyskutując o bilansie kampanii przeciw braciom Kaczyńskim i PiS, przypomniałem słowa amerykańskiego prezydenta Woodrowa Wilsona: "ja się nie obawiam nienawiści, ja się obawiam pogardy". Rzecz w tym, że o ile promotorami wojny z Platformą (czasem, przyznajmy, bardzo brutalnej) byli sami politycy, na czele z Jarosławem Kaczyńskim, którzy walili nieraz na oślep w imię swoich racji, o tyle przeciw nim zorganizowano coś, co nazwałbym przemysłem pogardy i odzierania z godności, mobilizując do tego didżejów, autorów pozornie niepolitycznych programów telewizyjnych, aktorów i piosenkarzy.
Nie żebym odmawiał takim ludziom prawa do wyrażania własnych poglądów. Można było jednak odnieść wrażenie, że właśnie oni, zachęcani przykładami posła Palikota czy posła Kutza, reagowali na zasadzie czystego odruchu: Jest coś, co budzi pogardę, co reprezentuje gorszą część Polski, coś, co nie jest trendy, więc trzeba to wyśmiać, trzeba temu przyłożyć. Te kpiny i to przykładanie stały się wręcz swoistą legitymacją przynależności do elit. Stąd teraz tak potężna potrzeba odreagowania w tych, którym wygrażano i z których się śmiano. Czemu trudno się dziwić. Nawet jeśli to odreagowywanie bywa czasem przerysowane i na oślep.
Czym prymitywniejszy, mniej wyrafinowany reprezentant popkultury, tym głośniej krzyczał i bardziej błazeńskie miny robił. Oczywiście można powiedzieć, że ci ludzie zorganizowali się sami. Z pewnością, nie podejrzewam ani Tuska, ani Michnika, że w każdym przypadku pociągali za sznurki, to nie teatr marionetek. Ale obowiązkiem elit, tych prawdziwych, jest reagowanie, gdy normy są przekraczane, gdy dobry smak cierpi.
Tu jednak w imię niechęci ideologicznej i politycznej tolerowano wszystko. Więcej, toleruje się nadal. Co nietrudno pokazać na konkretnym przykładzie.
[i]Autor jest publicystą „Polska The Times”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA