Media i internet

Internet: Demokracja czy plutokracja?

Monetyzacja Internetu
Flickr
Demokracja w Internecie to fikcja – władza należy do tych, którzy mają pieniądze. Ale czy to na pewno źle?
[srodtytul]Demokratyzacja informacji[/srodtytul]
Mówi się, że ważnym uwarunkowaniem marketingu w Internecie jest demokratyzacja informacji. Rozwój Internetu przyczynił się do niewiarygodnego zwiększenia dostępu do informacji, który wcześniej był domeną wąskiej grupy, do której należeli ludzie z wyższych klas społecznych, zazwyczaj zamożni. Wykorzystanie wyszukiwarek czy katalogów umożliwia proste i szybkie dotarcie do poszukiwanych informacji. Eric Schmidt, dyrektor generalny firmy Google, nazwał to zjawisko demokratyzacją informacji. Łatwość w dostępnie do informacji i rozwój serwisów blogowych pobudziła znaczą część społeczeństw do samodzielnego tworzenia informacji i spowodowała szybki rozwój Web 2.0. Użytkownicy globalnej sieci mają wpływ na treści publikowane w nim przez media, firmy lub instytucje publiczne. Większość gazet udostępniających artykuły w Internecie umożliwia ich komentowanie.
Czy jednak jest tak, że użytkownik zdobył kontrolę nad treściami publikowanymi w sieci? Czy potrafi odróżnić przekaz neutralny od sponsorowanego? I wreszcie - czy praktycznie nieograniczone możliwości dawania i brania informacji oznaczają demokrację, czyli rządy ludu? Dla przypomnienia - demokracja to taki ustrój polityczny, w którym źródło władzy stanowi wola obywateli. R. Dahl opisuję demokrację, jako stan idealny, w którym władza opiera się na uwzględnieniu w każdej chwili preferencji wszystkich członków grupy społecznej. Nacisk należy położyć na słowo władza. Czy zatem Internauci posiadają władzę? [srodtytul]Władza w rękach silnych[/srodtytul] Śmiem powątpiewać. Pojedynczy użytkownik Internetu może co prawda wyrazić swoje myśli w sieci, myśli te mogą być również zgodne z przekonaniami większości społeczeństwa, ale nie przekłada się to automatycznie na zmianę kierunku polityki zagranicznej danego państwa czy na atmosferę w firmie X. Firmy i instytucje mogą oczywiście korzystać z opinii internautów, ale robią to nie ze względu na posłuszeństwo wobec ludu, który posiada władzę, a ze względu na perspektywy zysków politycznych, bądź ekonomicznych. Z całą pewnością można więc mówić o wolności słowa w Internecie (może z wyjątkiem Chin, Korei Północnej i Białorusi), ale na pewno nie o demokracji. Ustrojem, który jeszcze do niedawna panował w sieci www była anarchia, czyli ustój, w którym władza nie została ukonstytuowana. Zazwyczaj z anarchii wyłania się plutokracja, czyli rządy bogatych. Tak stało się również w przypadku światowej sieci. Władzę przejęły podmioty silne ekonomicznie, które mają środki na kampanie reklamowe, artykuły sponsorowane na portalach społecznościowych oraz wynagrodzenia dla pracowników dbających o wizerunek w Internecie. Osobom spoza mainstreamu o wiele ciężej przebić się ze swoim przesłaniem do szerszego grona odbiorów. Ciężko również dlatego, że przeciętny Internauta nie jest już jednostką dociekliwą i nieufną wobec informacji napływających z ekranu komputera. Przez kilkanaście lat użytkowania Internetu zaufał on informacjom publikowanym na dużych portalach, traktując je niemal równorzędnie z wiadomościami z prasy drukowanej. Nie kwestionuje też haseł na Wikipedii oraz nie boi się zostawiać pieniędzy w sklepach internetowych. Koncerny medialne osiągnęły swój cel w Internecie – zdobyły zaufanie klienta. [srodtytul]Web 1.5 - pozory władzy ludu [/srodtytul] Moim zdaniem przedstawicielom firmy Google i innych gigantów internetowych zależy na kreowaniu wrażenia, że lud ma coś do powiedzenia w Internecie. W rzeczywistości władzę w sieci sprawują Ci, którzy mają pieniądze na reklamę, artykuły sponsorowane czy pozycjonowanie w wyszukiwarkach. Przeciętny człowiek ma problem z odróżnieniem, co jest prawdą, a co prawdą z duża domieszką marketingu i tym samym pada ofiarą specjalistów ds. Internetu. Spotkałam się również z tezą, że na początku ery Web 2.0 miało miejsce przejęcie władzy przez internautów, ale obecnie specjaliści ds. e-marketingu ponownie odzyskali tą władze. Mówi się, że mamy teraz do czynienia z Web 1.5, czyli Internetem opartym na treściach firm i instytucji z domieszką elementów społecznościowych, które pozostają pod kontrolą moderatorów. Kluczem do kontrolowania Internetu przez specjalistów jest stosowanie „sprytnych” narzędzi marketingowych, np. reklamy behawioralnej, reklam w wyszukiwarkach internetowych czy akcji promocyjnych na portalach społecznościowych. Na koniec pozwolę sobie jeszcze raz zacytować słowa Erica Schmidta z 2006 r.: – Dziś Internet jest informacyjną autostradą, na którą każdy – duży czy mały, tradycyjny czy niekonwencjonalny – może wjechać. To prawda wjechać może, ale zostanie prześwietlony pod kątem haseł, które wpisuje w wyszukiwarkę, zostanie mu zaprezentowana reklama behawioralna i sprzedane to, czego aktualnie potrzebuje. Jego pobyt na portalach społecznościowych również nie pójdzie na marne – można przecież zorganizować konkurs, który zbliży go do jeszcze bardzie do danej marki i uczyni go jej ambasadorem. [srodtytul] Plutokracja a efektywność gospodarki[/srodtytul] Demokracji w Internecie nie ma, ale czy to na pewno źle? Internet rządzony przez bogatych jest źródłem efektywności w gospodarce. Firmy szybko i tanio uzyskują informację zwrotną o swoich produktach, a reklama behawioralna sprawia, że popyt szybciej spotyka się z podażą. Zresztą na czym miałaby polegać demokracja internetowa? Może wybory najwyższych władz internetowych, które pozwolą internautom kształtować rzeczywistość sieciową? Utopia czy przyszłość? Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: [mail=e.wielgorska@rp.pl]e.wielgorska@rp.pl[/mail]
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL