fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jak uzdrowić uczelnie

- Zapowiadane reformy nie poprawią sytuacji w szkolnictwie wyższym, jeśli nie będzie im towarzyszyć radykalna poprawa materialnego bytu pracowników nauki i likwidacja zjawiska pracy na kilku etatach – pisze emerytowany profesor
Powszechny jest pogląd, iż poziom akademickiego szkolnictwa wyższego w Polsce jest wysoce niezadowalający tak w odniesieniu do procesu kształcenia, jak i w zakresie badań naukowych. Obydwa te obszary wzajemnie na siebie wpływają. Skuteczna terapia powinna wychodzić z gruntownego i prawdziwego rozpoznania przyczyn tego stanu rzeczy. Już Arystoteles powiedział: gdy nie znasz przyczyn – nie znasz prawdy.
Nieraz czytam i słyszę różne opinie dotyczące przyczyn nie najlepszego poziomu szkolnictwa wyższego, czasem trafne, ale często nieprawdziwe i bałamutne i chyba co najgorsze – podyktowane nie najlepszymi intencjami, a osobistym lub grupowym, partykularnym interesem. Na zmiany w szkolnictwie wyższym usiłują bowiem wpływać, i to czasem niestety skutecznie – wyrażę sie ostro – „naukowi nieudacznicy ”.
Moim zdaniem są dwie najważniejsze przyczyny niesatysfakcjonującego nas, Polaków, poziomu akademickiego szkolnictwa wyższego. Za pierwszą i najważniejszą uważam marne, wręcz nędzne wynagradzanie nauczycieli akademickich przez cały okres po II wojnie światowej, tak w Polsce Ludowej, jak i po zmianie ustroju w roku 1989.
[srodtytul]Mizerne zarobki[/srodtytul]
Niskie zarobki powodowały i powodują konieczność poszukiwania przez pracowników naukowych dodatkowych dochodów poza głównym miejscem pracy. Według dostępnych danych 66 proc. profesorów i 35 proc. adiunktów pracuje na więcej niż jednym etacie. Ujemnych skutków takiego stanu rzeczy jest mnóstwo. Wymieńmy najważniejsze:
1. Obniża się poziom nauczania. Gdy nauczyciel akademicki prowadzi w semestrze 300 godzin zajęć, trudno by jego wykład był dla studentów intelektualnym przeżyciem.
[wyimek]Na zmiany w szkolnictwie wyższym usiłują wpływać, i to czasem niestety skutecznie „naukowi nieudacznicy”[/wyimek]
2. Pracownicy nauki przy nadmiernym obciążeniu nie mają czasu, siły i inwencji na pogłębione badania, które wymagają koncentracji i wysiłku.
3. Profesorowie i doktorzy habilitowani nie mogą przeznaczyć wystarczającej ilości czasu na kształcenie młodej kadry naukowej.
4. Pogoń za dodatkowymi zarobkami niszczy nieraz intelektualną niezależność i etos uczonego, gdyż zmusza do podporządkowania się warunkom, które urągają przyjętym w środowisku naukowym normom
5. Obniża się atrakcyjność zawodu pracownika naukowego. Często z powodu fatalnych wynagrodzeń najzdolniejsi absolwenci nie chcą wiązać swego losu z uczelnią. Ich miejsce zajmują osoby mniej ambitne i pracowite oraz często bez predyspozycji do pracy naukowej. Ci zdolniejsi trafiają do zagranicznych ośrodków naukowych, co jest ewidentną stratą dla kraju.
6. Niskie wynagradzanie pracowników nauki fatalnie odbija się na ich mobilności. Doktor czy profesor nie ma możliwości na ogół z przyczyn materialnych przeniesienia się do lepszej uczelni w innym mieście, nawet gdy widzi w tym korzyści dla własnego rozwoju.
W interesie przyszłych pokoleń leży zwiększenie nakładów państwa na szkolnictwo wyższe, zwłaszcza że nasze nakłady finansowe na naukę wciąż należą do najniższych wśród krajów europejskich.
Przeprowadzane i zapowiadane przez minister nauki i szkolnictwa wyższego reformy nie poprawią sytuacji w akademickim szkolnictwie wyższym, jeśli nie będzie im towarzyszyć radykalna poprawa materialnego bytu pracowników nauki i likwidacja zjawiska pracy na kilku etatach w różnych uczelniach.
Natychmiastowe wprowadzenie zakazu pracy na wielu etatach mogłoby jednak doprowadzić do upadku większości wyższych szkół prywatnych, które, z niewielkimi wyjątkami, nie posiadają własnej kadry naukowej. Ich likwidacja byłaby zaś szkodliwa dla kraju.
Szkołom tym można by jednak postawić twardy warunek wypromowania własnej kadry samodzielnych pracowników naukowych w wyznaczonym okresie, np. pięć – siedem lat. Oczywiście pojawia się pytanie: jak to zrobić? Szkoły prywatne powinny inwestować nie tylko w mury, ale też w kadrę. Mogłyby np. finansować długookresowe staże naukowe swoich pracowników w czołowych uczelniach krajowych i zagranicznych oraz umożliwić im uczestnictwo w kongresach krajowych i zagranicznych konferencjach naukowych.
Jednak jeśli ów warunek wykreowania własnych samodzielnych pracowników nauki nie zostałby przez szkołę spełniony, powinno to bezwzględnie prowadzić do jej likwidacji.
[srodtytul]Ograniczanie samodzielności uczelni[/srodtytul]
Drugą ze wspomnianych na początku przyczyn niekorzystnie oddziałujących na akademickie szkoły wyższe jest administracyjne ograniczanie ich samodzielności. Wprawdzie konstytucja gwarantuje ich autonomię, ale konstytucyjna zasada autonomii szkół wyższych stała się prawie fikcją. Czyż nie są wynaturzeniem autonomii szkół wyższych stanowione przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego obligatoryjne siatki nauczania dla poszczególnych kierunków studiów oraz tzw. ministerialne standardy nauczania, pomyślane jako obowiązkowe ramowe programy nauczania poszczególnych przedmiotów? Czy można sobie wyobrazić, aby w II Rzeczypospolitej minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego wysyłał do Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Politechniki Warszawskiej siatki i standardy nauczania?
W całym cywilizowanym świecie uniwersytety i inne akademickie szkoły wyższe same kształtują swój profil badawczy i kształceniowy, nadając mu pewne specyficzne cechy w stosunku do innych uczelni. I to stanowi główny czynnik ich wzajemnej konkurencyjności. Stąd też określony kierunek studiów na różnych uczelniach tego samego kraju ma różne oblicza.
Wprawdzie ustawa o szkolnictwie wyższym z 2005 r. przewiduje możliwość istnienia indywidualnych standardów szkół akademickich, ale pod warunkiem, że zostaną one zatwierdzone przez Państwową Komisję Akredytacyjną! Nawet gdyby standardy te przyszły z najlepszego wydziału w danej dziedzinie wiedzy w Polsce!
Wypowiadając się za indywidualizacją studiów w szkołach akademickich, trzeba zauważyć konieczność ujednolicenia kształcenia na konkretnych kierunkach studiów. Pomoże to z pewnością studentom chcącym zmienić uczelnię w okresie studiów. Do tego dochodzi dodatkowo konieczność zapewnienia kompatybilności studiów w Polsce ze studiami w krajach Unii Europejskiej (wynikająca z procesu bolońskiego). To trudne zadanie należy powierzyć uczonym, a nie urzędnikom instytucji centralnych. Mogłyby je realizować komitety Polskiej Akademii Nauk, które skupiają przedstawicieli poszczególnych dyscyplin naukowych z całej Polski, lub inne organy wspólnie powołane przez uczelnie. Wprawdzie doprowadzenie do jedności poglądów w takich zespołach nie byłoby łatwe, ale jest to możliwe.
[i]Autor jest ekonomistą, profesorem przez wiele lat związanym z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA