fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Muskularny tors Chopina

"Chopin"
Opera wrocławska
We Wrocławiu realizatorzy starali się kicz zmienić w atrakcyjne widowisko
Sto lat temu opera "Chopin" Włocha Giacoma Oreficego święciła triumfy w Europie. Jeśli wierzyć prasie, na warszawskiej premierze w 1904 roku publiczność "wchłaniała w siebie czar melodii, połykając łzy cisnące się do oczu". Dziś teatry bronią się przed tym dziełem, uznając je za zbyt kiczowate.
Ta opera jest wszakże dzieckiem swej epoki. Tekst utrzymany w nieznośnej dzisiaj manierze modernistycznej próbuje oddać hołd Chopinowi, więc napuszone metafory rażą nas lub wręcz śmieszą. Muzyka składa się z motywów chopinowskich, które Orefice misternie posplatał i zinstrumentował na orkiestrę. Jego dzieło nie dorównuje oryginałowi, bo wielkość Fryderyka polega na tym, że tak wiele potrafił powiedzieć, używając jednego tylko instrumentu – fortepianu.
Jeśli jednak zgadzamy się na różne przeróbki jego utworów, dlaczego nie mielibyśmy wracać do opery Oreficego? Muzycznie jest ciekawsza od popularnych opracowań Głazunowa robionych dla baletu czy licznych chopinowskich piosenek. A we Wrocławiu nabrała większej wartości, gdyż Ewa Michnik dokonała licznych zmian w orkiestracji, pozbawiając "Chopina" nadmiernego patosu.
Warto posłuchać, jak za sprawą Oreficego melodie Fryderyka zadziwiająco łatwo adaptują się do reguł włoskiej opery. To jeszcze jeden dowód, iż była ona źródłem inspiracji dla tego geniusza fortepianu.
Gorzej jest z oglądaniem dzieła składającego się z czterech, niedługich na szczęście, aktów. Każdy w luźny sposób nawiązuje do życia Chopina, a bazuje, niestety, na stereotypowych sądach o polskim kompozytorze i jego ojczyźnie.
Reżyser Laco Adamik zrobił wiele, by od stereotypów uciec. Postanowił nawet wykorzystać fakt, że odtwórca tytułowej roli, amerykański tenor Steven Harrison, fizycznie nie przypomina Chopina. Skłonił go więc, by często eksponował swój muskularny nagi tors. A ponieważ pozostałe trzy główne postaci – kochanka Flora, siostra Stella oraz przyjaciel Elio – mają charakter symboliczny, chciał w ogóle zrobić spektakl o trudnym losie genialnego artysty.
Reżyserski zamysł powiódł się połowicznie. W obrazie rozgrywanym w mazurkowych rytmach na polskiej wsi lub w paryskim salonie, kiedy opowieści o powstaniu towarzyszy przepełniony tragizmem polonez fis-moll, Adamik nie zdołał oderwać się od zbyt konkretnych, ludowo-historycznych skojarzeń. Na scenie pojawiają się zarówno wiejscy kolędnicy, jak i pokonani bojownicy o naszą niepodległość.
Lepiej wypadły dwa ostatnie obrazy – na Majorce oraz śmierć tytułowego bohatera, w których posępny klimat dobrze współtworzy scenografia Barbary Kędzierskiej.
Muzyczna strona przedstawienia jest za to bez zarzutu. Wyrównany poziom prezentują wszyscy soliści: Steven Harrison, Ewa Vesin (Flora), Aleksandra Szafir (Stella), Mariusz Godlewski (Elio) oraz Radosław Żukowski (Mnich). Bardzo dobrze gra orkiestra prowadzona przez Ewę Michnik.
Premiera zrealizowana z okazji Roku Chopinowskiego zasługuje na to, by przetrwała dłużej, warto by utrwalić ją na płytach. Świat pasjonuje się dziś takimi operowymi odkryciami sprzed lat, jest na nie po prostu moda.
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA