Literatura

Trzeba wiedzieć, jak zacząć

"To był mały piesek rasy japońskiej" - Ryszard Kapuściński „Cesarz”
Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Wielu pisarzy jest przeświadczonych, że zdanie otwierające książkę zawiera w sobie całą historię
[b][link=http://www.rp.pl/galeria/9148,1,412529.html]Przeczytaj słynne pierwsze zdania[/link][/b]
– Te słowa są niczym uderzenie metalową pałeczką w kamerton – twierdzi Andrzej Bart. – Czytam i wiem już, jaki będzie ton powieści. Pierwszym zdaniem pisarz odkrywa się przed czytelnikiem. W prozie, która w lutym ukaże się nakładem Znaku, Kazimierz Kutz pisze: „Książki różne majom początki, to każdy wiy. Dejmy na to: »Z sierpem wschodziło słońce nad moim kopcem« albo »Czas był niepewny, a Wiesia znowu mnie odeszła...«. Moim zdaniem takie początki są zmierzłe. Każdy muzykant od instrumentu dętego wiy, że wszystko zależy łod tego, jak pójdzie ci pierwszy dmuch. Teroz mnie czeko take zadanie: skąd go wziąć? Tyn dmuch! Bo jo jest na zakręcie swojego żywota”.
[srodtytul]Tylko prostota ratuje[/srodtytul] Choć starannie obmyślane frazy Marqueza niekiedy poddają czytelnikowi mylny trop – tak jest w „Miłości w czasach zarazy” – to nie sposób się od nich uwolnić. Bo jak odłożyć książkę, która zaczyna się od zdania: „To było nieuniknione: zapach gorzkich migdałów przypominał mu zawsze los trudnych miłości”? W 1976 r. Ryszard Kapuściński wrócił z Etiopii, gdzie właśnie obalono cesarza. Redakcja warszawskiej „Kultury” upomniała się o reportaże. Wtedy autor „Buszu po polsku” uświadomił sobie, że o krwawych zamachach i pałacowych przewrotach nie może już pisać tak jak dawniej. Tamten styl zaczął go nudzić, a nic nowego nie potrafił wymyślić. Zamknął się w domu, wyłączył telefon i obłożył książkami o Etiopii. W przeprowadzonej w 1987 r. rozmowie z Markiem Millerem wspominał, że był na skraju rozpaczy, ale niestrudzenie szukał „tego najprostszego zdania, tej najprostszej rzeczy”. – Zawsze wiedziałem, że tylko prostota ratuje – podkreślił. – Nie ma nic prostszego niż kubek wody czy kawałek chleba – a to przecież ratuje życie! Cierpliwość redaktora naczelnego zaczęła się wyczerpywać, gdy Kapuściński doznał olśnienia. Przypomniał sobie małego pieska, którego cesarz trzymał podczas audiencji na kolanach, a także sługę, który się tym pieskiem opiekował. Wierny zasadzie Hemingwaya, że tekst należy zacząć od zdania prawdziwego, napisał: „To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu”. – Patrzę, czy jeszcze coś tu można prościej powiedzieć – wspominał. – Nie! W tym momencie wiedziałem, że mam książkę. Kapuściński zgadzał się z Gombrowiczem, który w „Dziennikach” pisał o koszmarnej mgławicy początku. Dlatego tak wielką wagę przykładał do pierwszego zdania. Wiedział, że ono pociągnie za sobą następne i tak zacznie się tworzyć narracja. [srodtytul]Bolesny czytelniczy zawód[/srodtytul] – Przykładam się do zdania otwierającego książkę – mówi Janusz Głowacki. – Piszę je tak długo jak pierwszych kilka stron. Teraz akurat zastanawiam się, od czego zacząć najnowszą powieść pod roboczym tytułem „Good Night, Dżerzi”. I powoli skłaniam się ku temu: „ – Drogi Janku – powiedziała mi kobieta, którą kochałem i która dobrze mi życzyła – błagam cię, napisz tę historię bez żartów, poważnie. To twoja ostatnia szansa. Jeżeli tego nie zrobisz, zniszczą cię, a ja nie będę żyła z facetem zniszczonym”. [wyimek][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/12/29/slynne-pierwsze-zdania/" "target=_blank]Czekamy na Państwa propozycje najlepszych pierwszych zdań powieści[/link][/wyimek] Autor „Z głowy” ostrzega, że na pierwszym zdaniu można się strasznie przejechać. – Kiedyś sięgnąłem po książkę tylko dlatego, że rozpoczynała się od wstrząsającego wyznania: „Cnotę straciłam o dwunastej w południe” – wspomina. – Niestety, dalej było już znacznie gorzej i spotkał mnie bolesny zawód. Głowacki uważa, że otwarcie książki ma znaczenie, powinno być atrakcyjne i niebanalne. – Weźmy Izaaka Babla, jednego z najważniejszych dla mnie pisarzy – wyjaśnia. – Opowiadanie zaczynał w ten na przykład sposób: „Saszka mu było na imię, a Chrystusem przezywano go za łagodność”. Na początek niczego sobie, prawda? „Proces” Kafki otwierają słowa: „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”. Z kolei „Zamek” zaczyna się tak: „Był późny wieczór, kiedy K. przybył”. – Suchość tych zdań mówi nam wszystko o charakterze dzieła Kafki – twierdzi Bart. – Wprowadza w twórczość pisarza, który genialnie oddawał sytuację osaczenia i napięcia, posługując się przy tym stylem oszczędnym, bezprzymiotnikowym. – Powieść rodzi się na wiele sposobów – powiedział kiedyś Salman Rushdie. – Joseph Heller twierdził, że zdarzało mu się budzić ze zdaniem, które rozpoczyna 300 kolejnych. To mi się przytrafiło, gdy pracowałem nad książką „Harun i morze opowieści”. Podobne doświadczenia ma Andrzej Stasiuk. – Czasami po prostu słyszysz pierwsze zdanie i cała opowieść jest właściwe gotowa, wystarczy ją przelać na papier – wyjaśnia. – A czasem nie słyszysz nic, tylko widzisz jakieś oderwane obrazy i próbujesz je opisać. Tak jest trudniej, ale ciekawiej. Śmieszne, bo nigdy nie czytam swoich powieści, ale pierwsze zdania pamiętam. [srodtytul]Początek na końcu[/srodtytul] – Historia literatury uczy, że lepiej pamiętamy te powieści, które rozpoczynają się wyrazistymi zdaniami – mówi Paweł Huelle. – Ale czy pisarze na takie zdania czyhają? Trudno powiedzieć. Myślę, że podsuwa im je natchnienie lub szczególny stan ducha. Z manuskryptów Dostojewskiego wiemy, że czasem zdanie, od którego zaczynał, w wersji ostatecznej wcale nie było tym pierwszym. Janusz Głowacki zauważył, że ci, którzy piszą gorzej, sięgają po motto z klasyki. – No bo jak na początku jest kawałek z Faulknera albo Biblii, to od razu wiadomo, że autor jest wybitny, a książka głęboka – ironizuje. – Oczywiście cytaty z arcydzieł zdarzało się przytaczać także mistrzom. Dostojewski opatrzył „Biesy” mottem z Puszkina oraz ewangelii. Pierwsze zdanie też wyszło mu nie najgorzej. Tak więc zabezpieczył się na wszelkie możliwe sposoby. A pierwsze zdanie „Biesów” brzmi następująco: „Rozpoczynając opis niedawnych, a tak dziwnych zdarzeń, których świadkiem było nasze skromne i niczym dotychczas niewsławione miasto, nim przystąpię do rzeczy, muszę, ze względu na moją nieudolność, zacząć od paru szczegółów z życia utalentowanego i czcigodnego Stiepana Profimowicza Wierchowieńskiego”. O ile Ryszard Kapuściński przywiązywał znaczenie do pierwszego zdania, o tyle Hanna Krall zwraca uwagę na zdanie ostatnie: – Gdy pisałam o Poli Machczyńskiej (bohaterce reportażu „Pola” z tomu „Tam już nie ma żadnej rzeki” – B.M.), wiedziałam, że wszystko zmierza do sceny, w której Polę zabija zakochany w niej niemiecki policjant. Gdy pisałam „Zdążyć przed Panem Bogiem”, wiedziałam, że na końcu będą słowa Edelmana o świeczce, którą trzeba osłaniać przed Panem Bogiem. Trzeba wiedzieć, do czego się zmierza.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL