Sztuka

Artysta, który potrafi połączyć piękno z ważnym przekazem

Tomasz Tatarczyk
Dom Artysty Plastyka
Tomasz Tatarczyk, laureat Nagrody im. Cybisa za rok 2008, prezentuje prace w stołecznym Domu Artysty Plastyka
Miniprzegląd dokonań Tatarczyka składa się z obrazów z ostatniej dekady. Tylko jedna kompozycja powstała prawie ćwierć wieku temu.
Płótno zatytułowane "Brama Caspara Davida Friedricha" (1985 rok) znajduje się na wprost wejścia do galerii. Jak zaproszenie, żeby uchylić wrota i wkroczyć do świata artysty. [srodtytul]Awersja do zieleni[/srodtytul]
Nie jest to kraina gęsto zaludniona. Łatwiej spotkać w niej psa niż człowieka. A właściwie widać tylko sylwetkę w cieniu. Albo ślady butów na śniegu. Czasem w słońcu mignie jakieś skrzydło – znaczy, pojawiają się także anioły. W tej pustce najważniejszy jest pejzaż. Syntetyczny, uproszczony jak znak. Wydaje się wycięty z jakiejś ciężkiej materii ustawionej na białym tle. U Tatarczyka oszczędność kształtów równoważy skomplikowana metoda malarska. Każda barwa pulsuje dziesiątkami odcieni, mieni się jak na obrazach impresjonistów. Rolę gra również faktura doprowadzona do reliefowej grubości. Najnowsza kompozycja w zestawie, "Zielona łąka" (2009 r.), dosłownie jarzy się w sąsiedztwie mrocznych pejzaży. Prostokątne poletko, po brzegi wypełnione jaskrawą zielenią w różnych tonach. Abstrakcja? Nie, czuje się wilgoć i jędrność roślin. Gruba, mięsista powierzchnia sprawia wrażenie darni. Skąd ta wiośnianowitalna paleta u artysty, który dotychczas nie zanurzył pędzla w "szczypiorku"? – Nie znosiłem zieleni – przyznaje Tatarczyk. – Co innego wyjść rano z chałupy, pochodzić po trawie, co innego ją namalować. Aż zebrał mi się cały składzik tubek z tymi odcieniami. Postanowiłem je zużyć, wbrew sobie. I jestem rad, że się odważyłem. To było odświeżające doświadczenie. Poza tym wydaje mi się, że obraz oddaje nostalgię za naturą w rozkwicie. Moją, lecz chyba i innych. [srodtytul]Złość na księżyc[/srodtytul] To bodaj największy talent Tatarczyka – indywidualnym przeżyciom i obserwacjom nadać uniwersalną wymowę. Co więcej – "wycisnąć" z krajobrazu egzystencjalne treści. Bez nachalności, jedynie sugerując widzowi kierunek skojarzeń. Mało kto potrafi równie subtelnie snuć refleksje o przechodzeniu na drugą stronę bytu. Ten motyw jest stale obecny w twórczości malarza, ale w jego sztuce nie ma grozy, strachu, dramatu. Przeciwnie. W kolorystyce obrazów zaszły zaskakujące zmiany: poza wspomnianą "łąką" pojawił się olśniewający, promienny błękit. W ogóle dużo słońca. Prześwituje przez cienie na piaszczystej ziemi, przenika bezkresny krajobraz. Czuje się – jest upalny dzień. Z tymi południowymi widokami zaskakujący kontrast tworzy płótno nazwane "Męćmierz". To wieś koło Kazimierza nad Wisłą, gdzie powstała artystyczno-intelektualna kolonia, jak w XIX wieku. Tomek tam najchętniej pracuje. W wielu jego kompozycjach pojawiają się wiślane rozlewiska, stromy brzeg od strony Janowca, słynne wąwozy Kazimierza. Ale "Męćmierz" jest szczególnym pejzażem. Księżycowa noc. Zda się, banał. Jednak nie. Artysta brawurowo rozegrał ten nokturn. Zderzył chropawą, głęboką czerń trawy i gładką, podbitą fioletem czerń nieba. Na jego tle – kleks, skłębiona masa ugrów, żółci, złocistości. I widzi się w tym lunę. – Namalowałem tę półkulę od jednego podejścia, ze złością – opowiada autor. – Kładłem masy farby, besztając sam siebie: po cholerę biorę się do księżyca? Widać musiałem. Z podświadomością nie ma co walczyć. [srodtytul]Spór z obrazem[/srodtytul] Od dawna kibicuję Tatarczykowi. Pozostaje niezależny od mód, przy tym potrafi połączyć wyrafinowane piękno z głębokim, ważnym przekazem. Zasłużył na Nagrodę Cybisa. Wystawa zorganizowana z tej okazji jest reprezentatywna dla autora, pomimo niewielkiej liczby eksponatów. Tomek niedawno zdradził, po czym poznaje, czy obraz mu się udał. Ze słabszą pracą musi się kłócić. Grozi jej, że pokroi, zniweczy. Dopiero po awanturze kompozycja ulega i pozwala się poprawić. Natomiast utrafione dzieła natychmiast po skończeniu "oddalają się" od niego. Zaczynają istnieć same dla siebie. Rozumiem go doskonale. Po prostu proces kreacji tylko w części przebiega świadomie, zgodnie z planem. Reszta to podszepty instynktu, przez niektórych zwane natchnieniem. [i]Wystawa czynna do 10 stycznia[/i] [ramka]Historia Nagrody im. Jana Cybisa Najbardziej prestiżowe polskie wyróżnienie plastyczne. Słynny kapista i pedagog stołecznej Akademii Sztuk Pięknych zmarł w 1972 roku w wieku 75 lat. Rok potem ustanowiono laur jego imienia, który stał się najbardziej prestiżowym polskim wyróżnieniem plastycznym, obecnie najstarszym. Otrzymują je twórcy zajmujący się malarstwem. Dojrzali wiekiem, o wyraźnie ukształtowanym, własnym stylu, cenieni za dorobek i postawę. Organizacją przedsięwzięcia zajmuje się Okręg Warszawski ZPAP; w jury zasiadają dotychczasowi laureaci. Tradycyjnie, zwycięzca "dostaje" wystawę i katalog. Od 1973 roku "Cybisy" przyznano 35 artystom. Wśród laureatów znaleźli się Tadeusz Dominik – wychowanek Cybisa, potem jego asystent (uhonorowany jako pierwszy, gdy miał 45 lat). W następnych latach wyróżnienie otrzymali m.in. Jacek Sempoliński, Stefan Gierowski, Jacek Sienicki, Jan Tarasin, Jerzy Nowosielski, Jerzy Mierzejewski, Tomasz Ciecierski, Teresa Pągowska. Najmłodsi w tym gronie to Leon Tarasewicz (w 1998 r. miał 41 lat) i Jarosław Modzelewski (51-letni w 2004 r.). Do 1981 r. nagrodę wręczano corocznie. W 1982 r. nastąpiła przerwa. Potem "Cybisa" przyhołubiło Stowarzyszenie Historyków Sztuki. W 1989 r. wyróżnienie wróciło do stołecznego ZPAP, pokazy zaś urządzane są w warszawskiej Galerii DAP. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL