Opinie

Ordynacja mieszana bez zmiany konstytucji?

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Zmieniając system wyborczy, trzeba pamiętać o konstytucji – twierdzi profesor prawa Uniwersytetu Warszawskiego
Premier Donald Tusk zapowiedział, że dążyć będzie do zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu w taki sposób, aby część mandatów poselskich obsadzana była w głosowaniu na listy w okręgach wielomandatowych zgodnie z zasadą proporcjonalności, a część w okręgach jednomandatowych z zastosowaniem zasady większości.
Jak donosi prasa, premier chciałby sprawdzić, czy zamiar ten da się przeprowadzić bez zmiany [link=http://www.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr;jsessionid=7F8617C59BD0034464A73AA205CD930E?id=77990]konstytucji[/link], która w art. 96 ust. 2 stanowi, że wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym. [wyimek]Stabilność państwa prawnego wymusiła konstytucyjne bariery[/wyimek]
Nie mam zamiaru tu rozważać, jaki system wyborczy jest lepszy, a jaki gorszy. Ograniczę się jedynie do zwięzłego stwierdzenia, że żaden z nich, z punktu widzenia interesów stronnictw politycznych, obywateli i państwa, nie ma samych wad lub samych zalet. Czy jednak odstąpienie od uregulowań znanych obecnej ordynacji wyborczej do Sejmu (a także ordynacjom do Parlamentu Europejskiego, rad powiatowych i sejmików wojewódzkich) i realizowanych w ramach zasady proporcjonalności jest dopuszczalne bez zmiany konstytucji? Zdania w tej kwestii wydają się podzielone. [srodtytul]Zdania są podzielone[/srodtytul] Profesor Bogusław Banaszak w swoim komentarzu do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej (wyd. C. H. Beck, 2009) twierdzi, że “z punktu widzenia zasady proporcjonalności dopuszczalne jest wprowadzenie prócz okręgów wielomandatowych, nieodłącznie związanych z tą zasadą, w ograniczonym zakresie okręgów jednomandatowych. Rozstrzygające w tym wypadku jest to, jakiemu celowi ma służyć takie rozwiązanie i czy nie wyklucza ono funkcjonowania zasady proporcjonalności. Sama kombinacja elementów większościowych i proporcjonalnych nie oznacza wprowadzenia systemu mieszanego. Ten ostatni wystąpiłby, gdyby elementy systemów większościowych i proporcjonalnych wystąpiły dokładnie w stosunku pół na pół”. Inny pogląd wypowiada prof. Leszek Garlicki (Konstytucja RP. Komentarz; t. I, art. 96, Wyd. Sejmowe). Twierdzi, iż “przyjęcie zasady proporcjonalności oznacza przede wszystkim, że pewne rozwiązania wyborcze nie mogą być ustanowione przez ustawodawcę zwykłego. Oczywista jest niedopuszczalność wprowadzenia systemu większościowego, a także niekonstytucyjne byłoby wprowadzenie systemu mieszanego, w którym np. część mandatów byłaby obsadzana systemem proporcjonalnym, część systemem większościowym, a podział byłby dokonywany oddzielnie dla każdej z tych grup (taki system przyjęty jest np. w Rosji, na Litwie i Ukrainie)”. [srodtytul]Kolejne argumenty[/srodtytul] Osobiście podzielam ten ostatni pogląd i chciałbym na jego rzecz przytoczyć kolejne argumenty. Jak wspomniano, wybory do Sejmu odbywać się mają nie tylko wedle zasady proporcjonalności, ale też zgodnie z innymi czterema zasadami. Ponieważ konstytucja nie zna różnicowania mandatów poselskich wedle tego, czy są obsadzane przy zastosowaniu wszystkich tych zasad, czy też niektórych, należy założyć, że każdy z nich musi być obsadzony zgodnie z każdą z zasad oddzielnie i wszystkimi naraz. Czy można sobie na przykład wyobrazić takie ukształtowanie ordynacji wyborczej do Sejmu, zgodnie z którym część posłów wybierana byłaby bezpośrednio przez obywateli, a część na przykład przez Senat lub sejmiki wojewódzkie, albo taką, która dopuszczałaby obsadę części mandatów poselskich w głosowaniu tajnym, a części jawnym? Jestem przekonany, że nikt nie zgodziłby się na takie rozwiązanie ustawowe, dopóki nie zostałaby znowelizowana w odpowiednim kierunku nasza konstytucja. Twierdzenie to odnoszę też do zasady proporcjonalności. Każdy zatem z mandatów poselskich winien być obsadzany w ten sam sposób, żaden zaś nie może być wyjęty spod działania tej zasady. Zasada proporcjonalności jest znana w Polsce i poza nią od dawna. Pojęcie proporcjonalności uważane jest za tzw. pojęcie zastane o ustabilizowanej przez doktrynę i praktykę treści. Do niego właśnie odwoływali się autorzy konstytucji z 1997 r. i rozumieli je w tradycyjny sposób, tj. taki, w którym wszystkie mandaty poselskie obsadzane są w okręgach wielomandatowych (ewentualnie też z listy państwowej) i dzielone wprost proporcjonalnie do liczby oddanych na nie głosów przy dopuszczeniu niezbyt wysoko umieszczonego progu wyborczego. Gdyby chcieli oni innej ordynacji, toby o tym wyraźnie powiedzieli lub, jak w przypadku Senatu (art. 97 ust. 2), powstrzymali się w ogóle od ustanawiania jakiejkolwiek podobnego typu zasady wyborczej. Choć wykładnia historyczna przepisów ma swoje wady, to nie jestem przekonany, czy w tym przypadku można tak daleko, jak to się proponuje, od niej odejść. [srodtytul]W Niemczech[/srodtytul] Ponieważ nie wiadomo, jak w szczegółach przedstawiać by się miała nowa ordynacja wyborcza do Sejmu, trudno dyskutować o jej detalach. Gdyby jednak miała naśladować niemiecką, znaną u nas pod nazwą “mieszana”, proporcjonalno-większościową, to przypomnieć należy, że jest ona dostosowana do federalnej struktury tamtejszego państwa. Jej proste przeniesienie na grunt naszego państwa, które jest unitarne, nie byłoby, najprawdopodobniej, możliwe. Co więcej, ordynacja ta jest tak skonstruowana, że jej stosowanie prowadzi do stanu, w którym liczba mandatów w Bundestagu jest z kadencji na kadencję zmienna. Po zjednoczeniu Niemiec wynosiła np. 603 posłów (XV kadencja 2002 – 2005), 614 (XVI kadencja 2005 – 2009) i 622 (XVII kadencja od 2009 r.). Notabene konstytucja Niemiec z 1949 r. nie określa, jaki system wyborczy (proporcjonalny, większościowy itp.) obowiązywać powinien w tym państwie. W art. 38 ust. 1 ogranicza się ona do stwierdzenia, że “deputowani do niemieckiego Bundestagu wybierani są w wyborach powszechnych, bezpośrednich, wolnych, równych i w tajnym głosowaniu”. Gdy idzie o szczegóły, odsyła do ustawy. [srodtytul]Sztywne liczby[/srodtytul] Nasza konstytucja (art. 96 ust. 1) głosi, że Sejm liczy 460 posłów. Jest to więc liczba sztywna. Donald Tusk chciałby ją obniżyć o połowę, ale i tak sztywną ona być nie przestanie. Trzeba więc pomyśleć nad inną mieszaną ordynacją niż wzorowana na niemieckiej. Ale wówczas stała (jak wielka?) część mandatów obsadzana musiałaby być metodą proporcjonalną w okręgach wielomandatowych, a część w jednomandatowych metodą większości (jakiej: względnej, bezwzględnej – w głosowaniu w dwóch turach?). Rozwiązanie takie kwestionuje prof. Leszek Garlicki. Nie do końca, jak się wydaje, jest jego pewien prof. Bogusław Banaszak, skoro dopuszczalność takiej ordynacji w ramach obecnego art. 96 ust. 2 uzależnia od tego, jak wielu posłów wybieranych byłoby w okręgach jednomandatowych. Prof. Stanisław Gebethner w jednym z wywiadów słusznie zaś przypomina, że przeniesienie na polski grunt pomysłów niemieckich napotyka barierę wynikającą ze sztywności liczbowej polskiego Sejmu. Skoro premier testuje swój pomysł, byłoby dobrze, aby wziął pod uwagę również powyższe zastrzeżenia. Wiem, że działanie konstytucyjnie nienaganne będzie trudne. Ale po to istnieje konstytucja, aby mieć z wprowadzonymi przez nią, w imię stabilności państwa prawnego, barierami stale do czynienia. [ramka] [b][link=http://blog.rp.pl/goracytemat/2009/12/15/ordynacja-mieszana-bez-zmiany-konstytucji/]Skomentuj ten artykuł[/link][/b][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL