Warszawa

Recenzja: W galerii oryginałów

Bedeker warszawski 2. Raczej o ludziach, Trio, 2009
Życie Warszawy
Ubiegłoroczne wznowienie pierwszej części „Bedekera warszawskiego” okazało się sensacją na rynku literackich varsavianów. Jeśli nie handlową, to przynajmniej medialną. Oto zgodny chór recenzentów wyśpiewywał peany na cześć autora
Słał pokłony w stronę jego cynicznego i ironicznego stylu. Ale przede wszystkim zmysłu obserwacji Budrewicza, dzięki któremu wznowiony po półwieczu obraz Warszawy przełomu lat 50. i 60. wciąż wydawał się nader barwny i pikantny. Tym razem ów chór wydaje się nieco anemiczny, co zaskakuje o tyle, że pod względem anegdotyczności, figlarności języka i celności komentarzy pochodząca z 1961 r. druga część „Bedekera...” w nie ustępuje swojemu poprzednikowi.
Tak jak w przypadku części pionierskiej odbywamy tu z Budrewiczem spacer po zakamarkach miasta. Z tą różnicą, że tym razem częściej niż do lokali gastronomicznych trafiamy do prywatnych mieszkań stołecznych oryginałów. Spotykamy np. Konstantego Sokołowa, w prostej linii potomka carskich generałów, mieszkającego w budzie na nadwiślańskiej plaży i żyjącego ze zbierania pustych butelek. Dla postronnego obserwatora jest niedorozwiniętym śmieciarzem – Budrewicz odkrywa w nim znawcę filozofii, teologii i historii wyznań chrześcijańskich marzącego o stworzeniu odrębnej grupy wyznaniowej. Odwiedzamy pracownię prof. Henryka Tomaszewskiego, który ni stąd, ni zowąd okazuje się być nie tylko wybitnym grafikiem, ale też niepoprawnym kawalarzem, którego „vis comica przyprawia o atak czkawki doktorów ekonomii i teoretyków paleontologii”. Tylko do lokum aktora Adama Pawlikowskiego nie możemy trafić, bo – jak donosi autor – „przez wiele lat nie miał w ogóle mieszkania, gros czasu spędzał w Kameralnej”.
Ale „Bedeker... 2” jest nie tylko galerią kapitalnie sportretowanych warszawiaków. To także smakowite kpiny z lokali młodzieżowych („pije się tu frukowit i lemoniadę”), smutne konstatacje o końcu jazzu (w roku 1961!) czy rewelacyjne pejzaże niektórych ulic. Warszawy opisywanej przez Budrewicza już nie ma. To miasto wciąż liżące rany po wojnie, pełne reliktów, architektonicznych kuriozów i ludzi z innej epoki. I w tym właśnie cały czar „Bedekera...”. Ludzi nie ma – pozostały anegdoty. Nie ma miasta, ale niektóre jego absurdy pozostały – tropienie ich z Budrewiczem to czysta przyjemność. I niezły ubaw. [i]Bedeker warszawski 2. Raczej o ludziach, Trio, 2009[/i]
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL