Literatura

Gorycze i słodycze starości

John Updike za swą prozę został dwukrotnie wyróżniony Nagrodą Pulitzera (Fot. Francine Fleischer)
Corbis
John Updike napisał 21 opowiadań, gdy był po sześćdziesiątce – i wszyscy ich bohaterowie są jego rówieśnikami
To nie jest rzecz dla młodych ludzi, chciałam napisać. A może przeciwnie? Może właśnie ci, którym daleko do starości, powinni zawczasu o niej jak najwięcej wiedzieć? Zdaje się to sugerować autor, dedykując tom swoim dwóm nowo narodzonym wnukom.
Książka ukazuje się u nas w pół roku po śmierci pisarza. Jej oryginalny tytuł brzmi dwuznacznie: „The Afterlife”. Czas po życiu. Ale nie w zaświatach, lecz wśród ludzi. Bliskich lub zaprzyjaźnionych. [srodtytul]O sobie w trzeciej osobie[/srodtytul]
Podczas lektury miałam wrażenie, że czytam autobiografię – choć tylko jeden tekst został napisany w pierwszej osobie. Pozostałych 20 to portrety mężczyzn u progu emerytury. Galeria kilkudziesięciu typów, ukuta na wzór pisarza (w 1992 roku stuknął mu szósty krzyżyk) i podobieństwo jego znajomych. Z mnóstwem wad i nawyków, zazwyczaj w drugim, nawet trzecim związku małżeńskim. Niewiele książek amerykańskiego mistrza cechuje równie namiętny, osobisty ton. Czuje się, że Updike mówi o sobie. Zżyma się na cielesne mankamenty, irytuje fochami partnerek, zrzędzi na bałagan w domu, mękoli na temat niedorzecznego zachowania innych – ustami coraz to innego rówieśnika. Pamiętnik starego pierdoły? Nie. Są jeszcze sytuacje i zjawiska, które wprawiają podstarzałego mężczyznę w stan uniesienia: flirt z młodszą kobietą, muzykowanie, podróżowanie, obserwacje planet, majsterkowanie, dobra kuchnia… Typowe rozkosze trzeciego wieku. Co szczególnie charakterystyczne – sześćdziesięciolatki nie mają ani nie szukają porozumienia z ludźmi o pokolenie młodszymi. Światy dorosłych dzieci i ich starzejących się rodziców są od siebie oddalone o mile świetlne. Dopiero przyjście na świat wnucząt na nowo spaja rodzinę. O tym jest finalne opowiadanie zatytułowane „Dziadkowanie, babkowanie”, wyjątkowo ciepłe w tonacji. Najwyraźniej pisarz poczuł „dziadowskie” powołanie, nawiązując tą nowelą do dedykacji, którą opatrzył tom. [srodtytul]Matka w nim[/srodtytul] Jednak najbardziej poruszające teksty zamieszczone w zbiorze dotyczą relacji dorosłych synów z rodzicielkami, którym „pora umierać”. Znów miałam wrażenie, że chodzi o osobiste rozrachunki emocjonalne; że autor zwierza się z ambiwalentnego stosunku do matki. Kocha ją i podziwia, jednocześnie wścieka się na jej maniactwa, starcze upory i stupory. A po odejściu staruszki sprząta wieloletnie złogi (motyw obecny w szkicach „Wiejski dom z piaskowca”, „Brązowa skrzynia”, „Matka w nim”). Chwytające za serce ślady egzystencji najbliższej, a osamotnionej osoby: przedpotopowe rachunki, sterty puszek po kocim żarciu, rozpadające się fotele, wyliniałe chodniki. Przy okazji syn wspomina. Cofa się do dzieciństwa, kiedy dom był całym światem, miał inną skalę, tajemnice i powaby („Po tamtej stronie ulicy”, „Czarny pokój”). Budzi się w nim dziwna tęsknota za czymś, czego nie jest w stanie określić. Za niewinnością? Nadziejami? Wtedy, w smarkatych latach, nawet bieda i kompleksy miały wartość: motywowały do mierzenia się z losem. Teraz starszego pana nawiedzają inne mary i koszmary. Zepsute zęby, zwiotczałe mięśnie, złamana noga, bezsenność… Tej właśnie dolegliwości poświęcone zostało opowiadanie „Zasnąć na północy”. Próba zrelacjonowania stanu, w jakim znajduje się osobnik cierpiący na insomnię: „…podniecenie naelektryzowanych molekuł staje się niewolą, piekielną kotłowaniną, w której człowiek dotknięty bezsennością wije się samotny jak Szatan, obraca, wwierca w stożkowatą dziurę w ciemności, tymczasem świat jak długi i szeroki błogo i obojętnie chrapie”. Updike nie raczy odbiorcy wyłącznie przygnębiającymi tematami. Zwinnie żongluje nastrojami, wprowadza wątki żartobliwe. Za jeden z najlepszych szkiców uważam „George i Vivian”. Momentami komiczne, w innych miejscach gorzkie scenki z zagranicznych podróży pewnego małżeństwa. Sześćdziesięciolatek i jego trzecia, 20 lat młodsza partnerka prowadzą ze sobą nieustanną walkę. Skończy się remisem czy kolejnym związkiem? Bo starzenie się nie oznacza rezygnacji z marzeń. [ramka][b]Zmarszczki są w modzie [/b] Na przekór kultowi młodości ostatnio na topie jest… starość. Tradycyjnie, najczęściej z ludźmi w podeszłym wieku spotykamy się w literaturze i sztukach plastycznych. Ale kino i teatr także interesują się jesienią życia. Leciwi aktorzy i aktorki już nie narzekają na brak ciekawych ról. W modzie są koncerty weteranów estrady. Ba, coraz więcej niemłodych twarzy pojawia się w reklamie. Artyści zwracają się ku tematom związanym z trzecim wiekiem nie tylko w poszukiwaniu nieogranych motywów. Prognozy mówią, że za kilkanaście lat liczba emerytów przewyższy populację młodych. Psychologowie zwracają uwagę na dotychczas pomijany aspekt egzystencji bardzo dojrzałych ludzi – na potrzeby uczuciowe, estetyczne, nawet seksualne. Dziś starość nie musi oznaczać smutnej wegetacji. W literaturze mieliśmy niedawno „Rzecz o mych smutnych dziwkach” Gabriela Garcii Marqueza, „Młodość stulatka” Mircei Eliadego, „Lala” Jacka Dehnela, „Gesty” Ignacego Karpowicza, „Tutaj” Wisławy Szymborskiej, „Obecność” Arthura Millera, „I znów ta miłość” Doris Lessing. Całą galerię uczuciowo aktywnych staruszków płci obojga spotykamy w kinie ostatnich lat – w „Pora umierać” Doroty Kędzierzawskiej, „Butelkach zwrotnych” Zdenka Svěráka, „Hanami – Kwiecie Wiśni” Doris Dorrie, „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta, „Gran Torino” Clinta East-wooda. Zmarszczki i zdeformowane wiekiem ciało w malarstwie kontemplują Lucien Freud, David Hockney, Maria Lassing, w rzeźbach o seksualnych potrzebach matuzalemów opowiadają Louise Bourgeois i Anette Messager, fotograficzne portrety starców chętnie wykonuje Anne Leibovitz. Nawet Chavela Vargas, ponadosiemdziesięcioletnia legenda meksykańskiej piosenki, powróciła triumfalnie na scenę. I załamującym się, przepitym głosem śpiewa o miłości. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL