Publicystyka

Jak się rodzi antysemityzm

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Agnieszka Holland sugeruje, że dla kogoś o pochodzeniu żydowskim antysemityzm (nawet potencjalny) musi być grzechem głównym, podczas gdy inne zbrodnicze ideologie winny go zajmować znacznie mniej – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
[link=http://www.dziennik.pl/magazyn-dziennika/article416997/Holland_Co_sie_stalo_z_ludzmi_Platformy_.html" "target=_blank]Agnieszka Holland w wywiadzie dla weekendowego „Dziennika”[/link] informuje, jak powinienem zachowywać się, mając na względzie moje „pochodzenie”, czyli poucza, co – jako Żydowi – mi przystoi, a co nie. Ponieważ sprawa zdecydowanie wykracza poza moje osobiste porachunki z panią reżyser, pozwoliłem sobie zająć nią uwagę czytelników.
Na początku muszę zacytować jej wypowiedź: „(...) okazało się, że on (Piotr Farfał) jako młody człowiek redagował jakieś nazistowskie pisemko. Ja już wtedy się oburzyłam, bo uważam, że to niezgodne z konstytucją, w której stoi, że nie mogą być w publicznym obiegu reprezentowane poglądy faszystowskie i komunistyczne. (...) Zwracałam się do Wildsteina, bo akurat przy jego pochodzeniu tolerowanie kogoś takiego było czymś monstrualnym. I co? Wildstein odpowiedział w prasie, że to były błędy młodego człowieka. Ten sam Wildstein, który nie może wybaczyć młodemu wówczas człowiekowi, że podpisał papier jakiemuś ubekowi, kiedy wyjeżdżał za granicę na stypendium. Jednego dręczy do drugiego pokolenia, a drugiemu wybacza neofaszystowskie poglądy”. [srodtytul]Dręczyć jednych, wybaczać innym[/srodtytul]
Ta nie do końca składna wypowiedź pani reżyser oddaje postawę niezwykle wpływowego w Polsce środowiska i jest – z powodu swojej medialnej przewagi – przyjmowana bezrefleksyjnie przez szerokie gremia. Dlatego warta jest analizy. Konstytucja nie zakazuje posiadania poglądów, lecz ich propagowania przez organizacje i ugrupowania polityczne. To fundamentalna różnica. Farfał jako niespełna siedemnastolatek miał udział w redagowaniu (przyjmijmy dla uproszczenia) neonazistowskiej gazetki. „Gazeta Wyborcza”, która ogłosiła ową rewelację, domagając się z tego powodu jego dymisji z zarządu TVP, od początku swojego istnienia na swoich sztandarach wypisała więcej niż amnestię dla funkcjonariuszy PRL-owskiego, komunistycznego reżimu. W ich wypadku nie chodziło o poglądy, lecz o działanie w posługującym się terrorem (z zabójstwami przeciwników włącznie) aparacie antynarodowej i antydemokratycznej władzy. „Wyborcza” i jej środowisko kwestionowały nawet prawo do moralnego potępienia funkcjonariuszy tego reżimu, czego znamiennym wyrazem było pasowanie przez Adama Michnika na „człowieka honoru” szefa PRL-owskiego aparatu represji Czesława Kiszczaka. Niepodległe, demokratyczne państwo, jakim była III RP, wielokrotnie wynosiło na najwyższe stanowiska ludzi, którzy pełnili istotne funkcje polityczne w PRL, a więc wprowadzali i utrzymywali za pomocą terroru komunizm w Polsce. Z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego najwyższe polskie odznaczenia otrzymywali propagandziści owego reżimu. Nie słyszałem wówczas protestów Agnieszki Holland ani jej środowiska, tak dziś oburzonego na istnienie „neonazisty” Farfała. Wielu bohaterów i liderów tego środowiska ma za sobą stalinowski epizod. A chyba nie ma powodu przypominać, czym był stalinizm również w Polsce. Wielokrotnie mówiłem i pisałem o tym, że ludzie mają prawo do rewizji swoich postaw i poglądów, a swoimi późniejszymi działaniami mogą nie tylko odkupić przeszłe grzechy, ale też zasadniczo zmienić ocenę danego człowieka i bilansu jego życia. Środowisko „Wyborczej” (używam tego określenia nieco arbitralnie, bo to szersze gremium) relatywizuje zaangażowanie swoich patronów i przyjaciół w terror stalinowski, usprawiedliwiając je wiekiem i innymi względami, lecz nie znajduje żadnych okoliczności łagodzących dla lustrzanych postaw strony przeciwnej. Tymczasem występuje zasadnicza różnica między wspieraniem realnych zbrodni, z jakich składał się stalinizm, a deklarowaniem choćby rasistowskich poglądów, które pozostają deklaracjami – jak w wypadku Farfała. Stalinowcy, o których mowa, byli zresztą dorosłymi – choć młodymi – ludźmi, a nie siedemnastolatkami. Jest więc dokładnie na odwrót, niż pisze Holland. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć: to ona (czyli środowisko) „do drugiego pokolenia” ściga swoich przeciwników, gdy „swoim” potrafi wybaczyć także zbrodnie. I tu jest pies pogrzebany. [srodtytul]Instynkt plemienny[/srodtytul] Mówi Agnieszka Holland, że przy „moim” (czytaj: żydowskim) pochodzeniu „tolerowanie kogoś takiego (Farfała) było czymś monstrualnym”. Sugeruje więc wprost, że żydowskie pochodzenie powinno zasadniczo skrzywiać podejście do spraw publicznych. Dla kogoś o pochodzeniu żydowskim antysemityzm (nawet potencjalny) musi być grzechem głównym, podczas gdy inne zbrodnicze ideologie, a nawet czyny, winny go zajmować znacznie mniej. Jako Żyd (człowiek takiego pochodzenia) – rzecze Holland – mam obowiązek zajmować się przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, swoimi. Sprawa Farfała pokazuje, do jakiej aberracji prowadzi ta postawa. Jej rzecznicy przyjmują, że ktoś, kto w szczeniackim wieku znalazł się w antysemickim towarzystwie, musi być wykluczony ze sfery publicznej na zawsze. Wyobraźmy sobie, że ktoś inny, aryjskiego pochodzenia o prawicowej orientacji, wyciąga wnioski z deklaracji (i postawy?) Agnieszki Holland i stwierdza, że tacy właśnie są Żydzi. Zajmują się głównie albo wyłącznie swoimi. A tych rozpoznają po pochodzeniu. Kierują się więc skrajnym trybalizmem (plemiennością). Konsekwencją tego dla ludzi o innym pochodzeniu powinno być uznanie, że na lojalność ze strony Żydów mogą liczyć w ograniczonym zakresie, co skłania do traktowania ich co najmniej z rezerwą, jeśli nie podejrzliwością. Postawa taka to nic innego jak antysemityzm. Ale na jaką postawę możemy liczyć, jeśli sami deklarujemy, że jesteśmy skoncentrowani na sobie, a zło dla nas to właściwie wyłącznie zło wyrządzane naszym? Długo zastanawiałem się, co miała na myśli Agnieszka Holland, pisząc o młodym człowieku, który podpisał papier jakiemuś ubekowi, wyjeżdżając na stypendium, i czego ja, podobno, mu nie wybaczyłem. Czy była to, po prostu, nienawistna retoryka, którą znana reżyser usiłowała mnie dezawuować, jak w wypadku wypowiedzi o „dręczeniu kogoś do drugiego pokolenia” (może chociaż jeden przykład!), jakiemu podobno się oddaję? [srodtytul]Nieważne zło[/srodtytul] Pomyślałem jednak, że w sygnalizowanej sprawie może chodzić o wybitnego astronoma Aleksandra Wolszczana. Otóż w żadnym tekście jednoznacznie nie potępiłem Wolszczana. Nie broniłem go również tak lekko, jak – można wnosić – robi to Holland, która, oczywiście, o jego raportach wie wyłącznie z lektury w „Wyborczej”. Sprawy agentury używa zresztą najwyraźniej po to, aby odsłonić moją hipokryzję. Mam wrażenie, że dowodzi tym swojej. Sprawa agentów, a więc lustracji, to kwestia poważna. To współpraca z systemem represji działającym przeciwko patriotycznym i wolnościowym przedsięwzięciom i niszczącym konkretnych ludzi. To problem fundamentalnego nadużycia zaufania i złamania elementarnych zasad lojalności. To możliwość szantażu, która do dziś dotyka postaci polskiej sfery publicznej. To wiele jeszcze innych wymiarów. Dla Agnieszki Holland to podpisany papier. Być może, gdyby ktoś pokazał jej zawarte w nim antysemickie treści, zmieniłaby zdanie. Jeśli chodzi o mnie, powtórzę to, co pisałem wiele razy. Współpraca ze służbami PRL była złem. Trudno jednak przykładać do niej jedną miarę. Wśród agentów były skrajne kanalie i ludzie złamani, którzy usiłowali, a nawet niekiedy potrafili, wywikłać się z tej matni. Również po to, aby rozróżnić te postawy i właściwie ocenić ludzi, potrzebna jest pełna lustracja. To jednak nie wydaje się interesować Agnieszki Holland. Postawa jej nie wydaje się, niestety, odosobniona. Wpisuje się ona w głębszą dysproporcję, z jaką spotyka się współcześnie ocena zła komunizmu i nazizmu czy – szerzej – faszyzmu. Te ostatnie zostały potępione ostatecznie i jednoznacznie. To zjawisko pozytywne, choć prowadzi do aberracji, jaką pokazuje sprawa Farfała. W wypadku komunizmu, a nawet jego zbrodni, mamy do czynienia z rozbudowanymi strategiami usprawiedliwiania, relatywizacji, przemilczania, a niekiedy wręcz fałszowania przeszłości. Wynika to z obawy wpływowych środowisk, które lękają się, aby dogłębne rozliczenia komunizmu nie pozbawiły ich pozycji.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL