Muzyka

Era rocka galaktycznego

AFP
Ponad 200 tysięcy fanów oglądało w Paryżu dwa porywające koncerty U2. 6 sierpnia grupa zagra na Stadionie Śląskim
Wieża Eiffla po raz pierwszy od 100 lat przestała być najbardziej charakterystycznym i obleganym miejscem stolicy Francji. Fani z całego świata skupili się wokół iglicy górującej ponad nową sceną U2.
Robi oszałamiające wrażenie – ogromnego pająka, który bez większego problemu przeskoczył zadaszone trybuny Stade de France, robiąc sobie na murawie stadionu krótki odpoczynek w obliczonej na 100 koncertów globalnej wyprawie dookoła świata. Mógłby się stać bohaterem filmów o bioniclach i transformersach – tak bardzo nasycony jest elektroniką. Opasany paciorkami kolumn, bateriami laserów i stroboskopów, naszpikowany antenami. Bono jest kapitanem tej satelitarnej stacji ubranym w skórzaną kurtkę, której pagony fosforyzują czerwienią.
Nagle spod kopuły zjechał wprost do rąk wokalisty oldschoolowy radiowy mikrofon otoczony metalową obręczą. Chwycił go mocno. A kiedy zaintonował "With or without You", głos biegnący po kablu na iglicę wieży wprowadził w ruch srebrną dyskotekową kulę. Powyżej błysnęła antena. Najważniejszy didżej na świecie najważniejszego rockowego radia zaczął nadawać podczas najważniejszego rockowego tournée najbliższego sezonu. [srodtytul]Rockowy blitzkrieg[/srodtytul] Gigantomania multimedialnych koncertów ostatnich lat osłabia kontakt gwiazd z fanami. Najnowsza scena U2 nie stwarza takich problemów. Dzięki lekkiej, ażurowej konstrukcji opartej na czterech filarach każdy jej fragment jest widoczny ze wszystkich części stadionu. Dodatkowo walcowaty ekran nieustannie pokazywał zbliżenia twarzy. Kamerzyści musieli się jednak wykazać nie lada refleksem, by uchwycić muzyków okrążających estradę jak satelity. Towarzyszące im snopy laserów oświetlały coraz gorętszą rockową fiestę na widowni. "Uno, dos, tres... catorce" z "Vertigo" wykrzyczała cała widownia, podskakując, falując jak latający dywan. Tylko dzięki obrotowej szyi można było nie dać się zaskoczyć nagłym pojawieniem w pobliżu Bono, The Edge czy Adama Claytona. Poza główną sceną mieli bowiem do dyspozycji wybieg w kształcie elipsy. Jeszcze przed chwilą przykuwali uwagę skupieni wokół perkusji Larry'ego Mullena, grając "No Line on the Horizon", a zaraz potem śpiewali "Get on Your Boots" – już na wybiegu. Rockowy blitzkrieg był perfekcyjnie przygotowany: muzycy mogli się przemieszczać dzięki dwóm ruchomym pomostom. Bono powtarzał słowa refrenu "Let Me in the Sound, Let Me in the Sound" i byliśmy w centrum muzyki U2. Krzyknął "Let's Dance" i rozpoczął przebój Davida Bowie. Mullen wyskoczył wtedy zza perkusji i – obiegając scenę – grał na kongosach zmienioną nie do poznania klubową wersję "I'll Go Crazy, If I Don't Go Crazy Tonight". [srodtytul]Irańska opozycja[/srodtytul] W czasach kryzysu gospodarczego najbardziej zajmują nas sprawy bytowe, rzadziej pamiętamy o gestach politycznej solidarności. Bono jako jedyny konsekwentnie przypomina o prawach człowieka. Zmusza skomercjalizowany, znudzony zachodni świat do refleksji. "MLK" zadedykował Aung San Suu Kyi, birmańskiej opozycjonistce, która już 20 lat spędziła w domowym areszcie. Wokalista śpiewał refleksyjnie, a 100 młodych ludzi wyszło na scenę, trzymając zdjęcia Kyi. Tym, czym dla Polaków w czasie stanu wojennego było "New Year's Day" ilustrowane w teledysku obrazami stanu wojennego, tym dla Irlandczyków jest "Sunday Bloody Sunday" – wspomnienie masakry urządzonej przez Anglików. Jednak na Stade de France sceny nie oblała tradycyjna krwawa czerwień towarzysząca tej piosence. Ekran pod kopułą wydłużył się ku dołowi i zabarwił się zielenią – kolorem irańskich opozycjonistów. Bono ogłosił także najnowszą akcję charytatywną U2, której celem jest walka o życie nienarodzonych. Nie od parady nosi różaniec na piersi. Są klasyczne kompozycje, bez których koncertów Irlandczyków nie można sobie wyobrazić. Podczas "Pride in the Name of Love" publiczność zagłuszyła śpiew muzyków. Mogli się tylko uśmiechać i robili to z wielką satysfakcją. Do żelaznego kanonu zalicza się już też "City of Blinding Lights", piosenka o miastach XXI wieku – rozświetlonych witrynami sklepów, reklamami, neonami, w których można się zagubić i czuć samotnym. [srodtytul]Kosmiczne aspiracje[/srodtytul] Na początku "One" Stade de France opanowały egipskie ciemności, z których wydobyło go dopiero kilkadziesiąt tysięcy świecących się ekranów telefonów komórkowych. Pamiętam podobny moment z warszawskiego Służewca w 1997 roku, kiedy U2 po raz pierwszy zawitali do Polski. Grali w scenografii "Pop Mart", wyszydzającej supermarkety i globalne korporacje. Mało kto miał wtedy komórkę i ponad widownią paliły się tysiące zapalniczek. Na Stade de France również czułem wzruszenie. Widziałem, że magia muzyki U2 jest w stanie podbić nawet serca tych, którzy na początku koncertu robili wrażenie niewolników elektronicznych gadżetów. Niestety, Irlandczycy reklamują je podczas najnowszej trasy. Stają się powoli zakładnikami sponsorów. Dlatego podziwiając niesamowity show na Stade de France, trudno nie martwić się o przyszłość rocka i o to, jak będą wyglądać kolejne tournée. W czasie paryskiego koncertu Bono łączył się z kosmonautami przebywającymi na orbitalnej stacji kosmicznej. Nie da się wykluczyć, że następny show będzie chciał zagrać w kosmosie. Oby nie zrobił się z tego Matrix.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL