Ekonomia

Kubek - najlepszy przyjaciel w podróży

Peru
archiwum prywatne, Wojciech Dąbrowski
Jestem chyba jedynym Polakiem, który odwiedził wszystkich 235 państw świata – mówi w rozmowie z Filipem Frydrykiewiczem Wojciech Dąbrowski.
[b]W relacji z podróży dookoła świata wspomina pan, że na atolu Arno na Pacyfiku nie można było kupić coca-coli. Coca-cola stała się symbolem globalizacji, unifikacji i komercjalizacji świata. Czy są jeszcze na świecie miejsca bez coca-coli? [/b]
Nie sądzę, już wszyscy się poddali. Wszędzie można ją dowieźć. Są jeszcze tylko skrawki lądów, na których nie ma coca-coli. To głównie wysokie góry, w które nie opłaca się taszczyć tego napoju. W Nepalu, na trasach trekkingowych nocowałem w przysiółkach Szerpów. Tam coca-coli nie było, ale było nepalskie piwo. Tyle że cztery, pięć razy droższe niż w stolicy kraju Katmandu. Coca-cola była zresztą też w Majuro, stolicy Wysp Marshalla, do których należy wspomniany atol Arno. Najbardziej zaskoczyło mnie, że coca-colę zobaczyłem w wioskach na skraju pustyni w Czadzie. Można się tam było dostać jedynie pustynnym szlakiem, nie było żadnej drogi. [b]A propos wożenia. Ile waży pański plecak?[/b]
Generalnie niewiele, bo to mały, trzydziestolitrowy plecak. Ale jego waga się zmienia. Najcięższy jest tam, gdzie jest gorąco, bo wtedy najmniej ubrań mam na sobie. Najlżejszy był na Alasce gdzie panowały 17-stopniowe mrozy. Wtedy włożyłem na siebie wszystko, co miałem. Nawet dwa komplety bielizny. [b]Jedyne dwa, jak się domyślam. [/b] Tak, w takich podróżach, jakie ja odbywam, obowiązuje zasada minimalizowania bagażu. Jeden komplet bielizny na sobie, drugi w praniu. [b]Co jeszcze musi znaleźć się w plecaku?[/b] Ponieważ podróż dookoła świata to podróż przez różne strefy klimatyczne, musiałem wziąć i sweter półgolf (dwa w jednym – sweter i szalik), i rękawiczki, i kurtkę z kapturem. Miałem buty trapery z wysoką cholewką i sandały. Zwykle jednak najcięższe w bagażu są papiery, czyli materiały o miejscach, do których jadę, mapy, plany, wykazy hoteli oraz aparat, kamera i filmy do nich. [b]I kamera, i aparat?[/b] Amatorska kamera służy jako notes. Dzięki niej mniej muszę notować. A rejestrowanie tego, co się widziało, jest konieczne, bo inaczej miejsca się mylą, wrażenia ulatują. [b]A te papiery?[/b] Zawsze bardzo starannie przygotowuję się do podróży. Znam przed wyjazdem, na ile to możliwe, rozkłady lotów samolotów, rejsów promów i kursowanie innych środków lokomocji. Mam rozeznanie, gdzie i za ile mogę przenocować. Drukuję sobie te wiadomości (dwustronnie) z Internetu lub kopiuję z przewodników. Moim źródłem informacji są też spotkania z innymi podróżnikami, fora dyskusyjne w Internecie. [b]Czego jeszcze nie może zabraknąć w plecaku?[/b] Apteczki z podstawowymi lekami na przeziębienie czy ból głowy, bandażem, plastrem, czymś do dezynfekowania skaleczeń. Na dnie plecaka zawsze też leży żelazna porcja jedzenia – dwie chińskie zupki w proszku i paczka sucharów. W drodze piję herbatę – wielkie ilości. [b]Trzeba mieć więc i naczynie.[/b] Półlitrowy metalowy kubek i mała grzałka to najlepszy przyjaciel w podróży. [b]I to wszystko się mieści?[/b] Jeśli się nie mieści, przywiązuję niektóre rzeczy trokami do plecaka, a całość zakrywam pokrowcem – przed zamoczeniem i przed zabrudzeniem. [b]Zapomniał pan o śpiworze.[/b] Nie zabieram śpiwora. Nocuję w najtańszych hotelikach, hostelach, schroniskach, czasem u ludzi. Noclegi rezerwuję wcześniej tylko w miejscach bardzo turystycznych, bo jest ryzyko, że nie będzie wolnych łóżek. Gdzie indziej dopiero na miejscu coś znajduję. Dzięki temu mam swobodę, bo nie jestem związany terminami. W podróży wszystko się może zdarzyć. [b]Jeśli się jedzie w ciemno, można się naciąć.[/b] Ale ja jadę przygotowany, wiem, czego się spodziewać. Tylko na Andamanach miałem wpadkę. Odwiedziłem je po kilku latach przerwy. Pamiętałem jako miejsce względnie odludne. Tymczasem turystyka tam tak eksplodowała, że nie mogłem znaleźć nigdzie noclegu na moją kieszeń. Ostatecznie przenocowałem w namiocie jakiegoś miejscowego. [b]Kiedy się tak podróżuje od Konga do Peru i od Alaski do Tasmanii nie sposób uniknąć zatrucia pokarmowego.[/b] Rozczarowuję wszystkich, którzy pytają mnie, co tam egzotycznego jadłem w dalekich krajach. Pilnuję się bardzo i unikam miejscowych garkuchni. Najczęściej jadam owoce, które można obierać – pomarańcze, banany, awokado, mango, papaje. Żywię się miejscowym pieczywem i jajkami smażonymi lub na twardo, konserwami ze sklepu. Czasem skuszę się na coś gotowanego, jeśli jest to przyrządzane na moich oczach, ze świeżych produktów. Jeśli jednak widzę, że jedzenie w garze jest odgrzewane enty raz – rezygnuję. [b]A inne niebezpieczeństwa czyhające na podróżnego? [/b] Unikam miejsc, co do których nos podpowiada mi, że nie należy się do nich pchać. Szczególnie po zmroku. W Kinszasie nocowałem w hotelu o wdzięcznej nazwie Apokalipsa. Bałem się stamtąd wyjść wieczorem, okolica nie nastrajała do romantycznych spacerów. Zresztą ochroniarz ostrzegł mnie przed tym. Kiedy chciałem iść do sklepu po jedzenie, hotel dał mi obstawę. Z drugiej strony trzeba znać mentalność i obyczaje ludzi. Na lotnisku w stolicy Bangladeszu Dakce, gdzie wylądowałem po zmroku, strefa dla turystów oddzielona była od świata zewnętrznego żelazną kratą. Za tą kratą kłębił się tłum ludzi. Wyszedłem zza kraty, przepchnąłem się i nic mi się nie stało. W tych ludziach nie było agresji skierowanej przeciwko przyjezdnym. Nieznający tamtych realiów turysta pewnie umarłby ze strachu. [b]Jak to jest podróżować samemu? [/b] To na pewno większe wyzwanie. Jest mniej bezpieczne i droższe, bo wielu kosztów nie można rozłożyć na więcej osób. Podróżując samemu, jest się zdanym wyłącznie na siebie. Ale samotne podróże dają więcej swobody i okazję do lepszego poznania ludzi spotykanych na szlaku, łatwiejszy jest kontakt z tubylcami. Grupę cudzoziemców miejscowi traktują jak klientów, trudno zbliżyć się do nich. Samotny podróżnik wtapia się w tłum, zwraca mniej uwagi. [b]Podróżuje pan zawsze najmniejszym kosztem? [/b] Kluczem do taniego podróżowania jest staranne przygotowanie wyjazdu. Niektóre podróże przygotowuję przez kilka lat, szukając optymalnych wariantów. Kiedy na przykład w młodości przemierzałem Stany Zjednoczone, tak ułożyłem sobie program, że co drugą noc spałem w autobusie Greyhounda przewożącym mnie setki kilometrów, a co drugą w schronisku młodzieżowym, gdzie mogłem się wykąpać. Z kolei południe Afryki – RPA, Zimbabwe, Namibię – zwiedzałem z namiotem. Tam jest wiele pól namiotowych, to najtańszy sposób zapewnienia sobie noclegów. Żywność najchętniej kupuję na bazarach, gdzie jest najtaniej i można się potargować. Uśmiech i dowcip bardzo przy tym pomagają. Zawsze jest coś za coś – zwiedzamy świat, ale godzimy się na pewne niewygody. [b]Bilet samolotowy, inne środki transportu, wizy, wyżywienie, noclegi, wynajmowanie przewodników – to wszystko jednak sporo kosztuje. [/b] To prawda. Koszt podróżowania zależy zresztą od regionu, do którego jedziemy, i od standardu, jaki wybierzemy. Najtańsza dla podróżnika jest Azja południowo-wschodnia, gdzie można przetrwać już za 15 dolarów dziennie, najdroższa – francuska Polinezja, w której nawet bardzo oszczędny podróżnik musi wydać pięć razy więcej. To luksusowy kraj dla luksusowych gości, nie dla niskobudżetowych turystów. W podróżach do odległych krajów najwięcej wydaję na przeloty. Na szczęście te kwoty w ostatnich latach zmalały wraz z pojawieniem się tanich przewoźników, konkurencji i ofert last minute. Nigdy nie korzystam z pomocy sponsorów. Jestem przykładem, że zwykły człowiek pracujący na etacie, gdy bardzo chce, może polecieć dookoła świata, wspiąć się na legendarne góry czy popłynąć na rajskie wyspy. [b]Był pan już w 235 państwach świata. [/b] Dawne belgijskie Kongo, do którego dotarłem w ostatniej podróży, było ostatnim państwem, którego nie znałem. Stałem się zatem być może jedynym Polakiem, który odwiedził wszystkie państwa świata. Ale nie oznacza to, że nie mam już dokąd podróżować. Moje wojaże to raczej podróżowanie do ciekawych miejsc niż zaliczanie krajów. Każde nieznane mi państwo było fascynującym miejscem do odkrycia, ale są kraje tak duże, że nie sposób poznać ich podczas jednej podróży. W Chinach byłem już czterokrotnie, ale chcę tam wrócić, by przejechać Tybet ze wschodu na zachód i przebyć z karawaną pustynię Takla Makan. Kuszą mnie wielkie obszary Syberii i wyspy francuskiej Antarktyki. Marzy mi się też rejs wokół Ameryki Północnej – przez Wielkie Przejście Północno-Zachodnie. [ramka][srodtytul]Podróżnik od zawsze [/srodtytul] Wojciech Dąbrowski od 41 lat przemierza świat z plecakiem. Na własną rękę, z pasji i wewnętrznej potrzeby. Bez telewizyjnych kamer i rozgłosu. – Pierwszy raz za granicę wyjechałem, mając 14 lat w 1961 r. do Czechosłowacji. Pierwszą podróż na Zachód odbyłem statkiem PLO do Francji, skąd wróciłem pociągami przez Szwajcarię i Austrię – wspomina. Do tej pory odbył dziesiątki podróży w różne części świata. W ostatnich latach najchętniej wypuszcza się w wojaże dookoła świata. Ma ich już na koncie osiem. W ten sposób stosunkowo najtaniej dociera do zakątków wcześniej niewidzianych. W sumie odwiedził już 235 państw. Z zawodu jest inżynierem telekomunikacji. Mieszka w Gdańsku. Trzydzieści jeden lat pracował w instytucji Polska Poczta, Telegraf i Telefon (potem TP SA), ale kilka lat temu został zwolniony. Od tej pory utrzymuje się z pisania, odczytów i czasem ze sprzedaży zdjęć z podróży. Ostatnio wydał książkę „Na siedem kontynentów”. Żyje skromnie, a każdą złotówkę odkłada na kolejne wyprawy. Prowadzi stronę internetową (www.kontynenty.net), na której dzieli się doświadczeniami z młodszymi podróżnikami. Wspomina: – Gdy w 1976 roku pierwszy raz wyruszałem do Afryki równikowej ponad miesiąc z biciem serca czekałem, czy milicja wyda mi paszport, dewizy kupowałem na czarnym rynku i przemycałem przez granicę. Ambasada Kenii w Moskwie odmówiła mi wizy, a gdy z wizą uzyskaną w Tanzanii zjawiłem się na granicy, zawrócono mnie. Nie było znakomitych przewodników serii Lonely Planet, a moja cała wiedza o wspinaczce na Kilimandżaro brała się z jakiegoś artykułu w „Przekroju”. Dzisiejsi podróżnicy mają paszport w biurku, dewizy na koncie, kenijską wizę dostają na lotnisku, a wielu innych nie potrzebują wcale. Półki w księgarniach zastawione są przewodnikami i, co najważniejsze, jest Internet – niewiarygodne wręcz źródło informacji. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL