fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Liczy się tylko zwycięstwo

Gdyby nowe reguły obowiązywały w ubiegłym sezonie, mistrzem świata zostałby Felipe Massa
AFP
Rewolucja w Formule 1: od sezonu 2009 mistrzem będzie zostawał nie ten, kto zbierze najwięcej punktów, ale najwięcej wygranych Grand Prix
Uchwalony przepis łączy w sobie pomysł Berniego Ecclestone’a, właściciela praw komercyjnych do F1, oraz propozycję zespołów zrzeszonych w Stowarzyszeniu Konstruktorów Formuły 1 (FOTA). Ecclestone forsował system, w myśl którego pierwsza trójka każdej Grand Prix otrzymywałaby medale.
Klasyfikacja sezonu byłaby układana na takich samych zasadach, jak klasyfikacja medalowa podczas igrzysk olimpijskich – czyli w pierwszej kolejności decyduje liczba złotych krążków, następnie srebrnych i wreszcie brązowych. Z kolei FOTA proponowała zwiększenie różnic punktowych za pierwsze trzy miejsca na mecie, aby zachęcić kierowców do walki o wygrane. Zdecydowano się jednak na rozwiązanie pośrednie. Tytuł mistrzowski trafi w ręce kierowcy, który najwięcej razy stanie na najwyższym stopniu podium. Reszta zawodników zostanie sklasyfikowana na podstawie liczby punktów, zgodnie z dotychczasowym systemem: punktuje pierwsza ósemka według klucza 10-8-6-5-4-3-2-1. Punkty decydować będą też o tytule mistrza w przypadku równej liczby wygranych Grand Prix.
Jest to korzystna zmiana dla kierowców, którzy dysponują bardzo szybkim samochodem, ale z różnych przyczyn nie zawsze są w stanie wykorzystać przewagę sprzętową i nie zawsze dojeżdżają do mety. Dotychczas jedna wygrana i jeden nieukończony wyścig warte były mniej niż dwa trzecie miejsca. Teraz ciułacze punktów czy też po prostu zawodnicy, którzy nie dysponują wystarczająco szybkim sprzętem, w ogóle nie mogą liczyć na walkę o mistrzostwo świata. Gdyby nowy system obowiązywał w sezonie 2008, to, po pierwsze, mistrzem świata zostałby Felipe Massa (sześć zwycięstw przy pięciu triumfach Lewisa Hamiltona), a po drugie, w walce o tytuł dużo wcześniej przestaliby się liczyć Robert Kubica i Kimi Raikkonen – odpowiednio jeden i dwa wygrane wyścigi. Przy takim systemie wyłaniania mistrza już na półmetku sezonu w rywalizacji mogą pozostać tylko dwaj kierowcy, co z pewnością nie wpłynie korzystnie na atrakcyjność widowiska. Może nawet dojść do sytuacji, w której kilku kierowców zgromadzi więcej punktów od „wirtualnego” lidera mistrzostw świata, ale już nie będą w stanie go prześcignąć w liczbie odniesionych zwycięstw. Przy okazji podjęto decyzję o wprowadzeniu „dobrowolnego” ograniczenia kosztów startów w sezonie 2010. Zespoły, które zdecydują się na ograniczenie swojego budżetu do kwoty 30 milionów funtów rocznie, będą mogły skorzystać z szeregu ustępstw w przepisach technicznych, aby wyrównać ich szanse z ekipami wydającymi pieniądze bez ograniczeń. Zespoły z takim ograniczonym budżetem będą mogły stosować bardziej wydajne aerodynamicznie podwozie, silniki bez ogranicznika obrotów i ruchome elementy skrzydeł. Dodatkowo będą mogły rozwijać jednostki napędowe, które w przypadku pozostałych ekip pozostają „zamrożone” do sezonu 2012. Ale w takim trzydziestomilionowym budżecie trzeba upchnąć wszystkie wydatki, nawet pensje kierowców czy szefa zespołu. Dla przykładu: same pensje kierowców Ferrari, Kimiego Raikkonena i Felipe Massy, przekraczają wskazany limit. Zdaniem prezydenta FIA, Maksa Mosleya, ograniczenie kosztów wcale nie kłóci się z wizerunkiem Formuły 1 jako pioniera rozwoju i nowoczesnych technologii. – Keith Duckworth [jeden z założycieli legendarnej firmy Cosworth, dostarczającej silniki do F1 w latach 60-80. – przyp. red.] powiedział kiedyś, że inżynier to osoba, która za jednego dolara zrobi to, co byle idiota za setki dolarów – przypomina Mosley. – Nowe przepisy premiują inteligentne podejście ze strony inżynierów. Sukces osiągną zespoły, które opracują najlepsze pomysły, a nie te, które dysponują największymi budżetami. Prezydent przeoczył jednak fakt, że słowa Duckwortha sprawdzają się w F1 od dawna. W ciągu ostatnich lat Toyota czy Honda wydawały co roku ponad 400 milionów dolarów, nie odnosząc przy tym żadnych sukcesów. A Toro Rosso potrafiło wygrać w zeszłym sezonie jeden wyścig, mając do dyspozycji ponad trzykrotnie mniej pieniędzy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA