fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Duża szansa na sukces w Brukseli

Po 2013 roku limity zostaną obcięte mniej więcej o 20 proc.
Rzeczpospolita
Wyszliśmy z eliminacji i awansowaliśmy do finału mistrzostw, które możemy wygrać. Takie porównanie przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o wynikach niedawnego brukselskiego szczytu
Sukces premiera i jego zespołu jest widoczny szczególnie wtedy, gdy porówna się uzyskane parametry z tym, co zaoferowała Komisja Europejska, a następnie prezydencja francuska. Od ogłoszenia w lutym “Programu 3x20” nie proponowano nam niczego, co mogłoby złagodzić naszą niezwykle trudną sytuację wynikającą głównie z wysokiego poziomu “nawęglenia” polskiej elektroenergetyki i niskiego PKB na głowę mieszkańca.
Emisję CO2 w Polsce – ok. 960 kg/MWh – należy porównać ze szwedzką (18 kg/MWh) lub francuską (60 kg/MWh). Liczby te oznaczają, że nasze rachunki za energię musiałyby uwzględnić 53-krotnie wyższe obciążenie niż w Szwecji i 16-krotnie wyższe niż we Francji. A wszystko dlatego, że nie mamy wielkich hydroelektrowni i energetyki jądrowej.
Syntetycznie łączny koszt pierwotnej propozycji to 50 mld euro. Tyle należałoby pokryć z chudych kieszeni polskich konsumentów i podatników. Taka propozycja leżała na stole negocjacyjnym do września 2008 roku. Komisja była na nasze argumenty kompletnie głucha, na pytania (z rządu i przemysłu) po prostu nie odpowiadała. Dopiero wynegocjowana przez premiera jednomyślność głosowań (czyli prawo weta) zmieniła sytuację.
W listopadzie pojawiła się pierwsza propozycja prezydencji: derogacja do 2015 roku z ulgą 5 mld euro, czyli z kosztem 45 mld euro. Opcja nie do zaakceptowania. Gdańska propozycja Sarkozy’ego z początku grudnia była już lepsza: derogacja do 2019 roku z ulgą łączną ok. 16 mld euro, czyli z kosztem 34 mld euro. Brukselskie nocne negocjacje z udziałem premiera doprowadziły do zwiększenia tej ulgi do ponad 25 mld euro, sprowadzając koszt do 25 mld euro. Bez wątpienia jest to sukces.
Nasze oczekiwania, czyli marzenia, to koszt 20 mld euro. Walcząc samotnie przez wiele miesięcy, nie ośmielaliśmy się żądać więcej, niezależnie od moralnego prawa do tego, by nasze uwarunkowania zostały uwzględnione. Przecież wielokrotnie przekroczyliśmy zobowiązania z Kioto.
[srodtytul]Metoda wskaźnikowa[/srodtytul]
We wszystkich wyliczeniach koszt został oszacowany przy założeniu, że cena uprawnień do emisji CO2 ustabilizuje się na przewidzianym przez Komisję poziomie 39 euro za tonę CO2 (w co bardzo wątpię, prawdopodobnie będzie drożej). Trzeba pamiętać, że koszt ten częściowo (około jednej ósmej) zostanie pokryty wyższymi opłatami za energię elektryczną i ciepło, a w większej części (siedem ósmych) wyższą ceną produktów sprzedawanych na polskim rynku. Konkurencja globalna uniemożliwi wyeksportowanie tego kosztu za granicę. A i w kraju nie zawsze koszt ten da się uwzględnić w cenie produktu. Dla wielu branż oznaczać to będzie kłopoty, a dla inwestorów i pracowników konieczność przebranżowienia. Gałęzie najbardziej narażone na możliwość ucieczki produkcji i inwestorów (tzw. carbon leakage) otrzymają pewną pomoc w postaci darmowych uprawnień. Ale nie wszyscy.
W tej sytuacji sukcesem jest znaczne zmniejszenie kosztów, które będzie musiała ponieść polska gospodarka, istotne zredukowanie szoku cenowego w 2013 roku oraz uzyskanie dłuższego czasu (do 2020 r.) na przeprowadzenie niezbędnych zmian. Wszystko to dzięki zastosowaniu tzw. metody benchmarku (wskaźnikowej). W skrócie przydziela ona bezpłatne uprawnienia do emisji generatorom i producentom na poziomie wyników osiąganych przez 10 proc. najlepszych w danej branży czy grupie produktów. Wszystko ponad limit benchmarku trzeba będzie kupić albo na aukcji (rynek pierwotny), albo na giełdzie (rynek wtórny). Rozwiązanie to promuje najbardziej efektywnych, skłania do poprawy efektywności, a jednocześnie likwiduje uzasadnienie dla tzw. zysku nadspodziewanego (windfall profit), czyli włączania darmowego uprawnienia w cenę energii (ma to miejsce w energetyce Europy Zachodniej).
[srodtytul]Skorzysta polskie społeczeństwo[/srodtytul]
Drugi niepodważalny składnik sukcesu to korzystny ogólny bilans przychodów i kosztów związanych z realizacją systemu handlu emisjami EU-ETS. Naszym negocjatorom udało się uzyskać wynik dodatni dla gospodarki. Średnio nasze przychody z aukcji będą większe od kosztów ponoszonych przez energetykę i przemysł o ok. 1,7 mld euro rocznie, co daje łącznie 13,6 mld euro nadwyżki (troszeczkę mniej niż zapowiadane 60 mld zł, ale tak mi wyszło z obliczeń).
Ostatecznie do budżetu państwa wpłynie w sumie ok. 38,6 mld euro. Kwota ta nie jest precyzyjna, bo nie wiadomo jeszcze dokładnie, jak zorganizowany zostanie system wsparcia dla przemysłów wrażliwych (na walkę z efektem carbon leakage). W swoich szacunkach zakładam, że Unia poświęci na ten cel ok. 10 proc. przychodów z aukcji.
Drugim konsumentem tych przychodów będzie system wsparcia dla technologii CCS (carbon capture and storage), czyli czystego wykorzystywania węgla. Jest to bardzo dla nas ważne rozwiązanie. System ten też nie został do końca dopracowany.
Wyjaśnić jeszcze trzeba, skąd budżet państwa uzyska wcześniej wspomniane astronomiczne środki. Otóż dwie trzecie przychodów opłacą energetyka i przemysł, czyli po prostu my: odbiorcy i konsumenci. Pozostałą jedną trzecią pokryją producenci (a ostatecznie konsumenci) innych państw Unii. W praktyce oznacza to sponsorowanie państw o słabszej gospodarce przez państwa o gospodarce silniejszej. I o to nam właśnie chodziło, gdy jako Green Effort Group podjęliśmy się obywatelskiej dyplomacji. Głównym beneficjentem sukcesu jest polskie społeczeństwo, a dopiero na drugim miejscu energetyka i przemysł.
[srodtytul]Wiele zależy od ścieżki rozwoju[/srodtytul]
Osiągnęliśmy niepodważalny sukces, skąd więc tyle rezerwy i brak entuzjazmu w mediach? Powodów jest kilka. Przede wszystkim skonsumowanie sukcesu zależeć będzie od tego, jaką ścieżkę rozwoju wybierzemy: taką jak do tej pory, czyli energochłonną, czy też energoefektywną, skutkującą istotną redukcją emisji CO2. Teoretycznie wybór jest iluzoryczny, bo pakiet zobowiązuje nas do współuczestnictwa w realizacji celu europejskiego, czyli “3x20”, ale w Polsce bywa różnie. Przytoczę choćby przykład certyfikacji energetycznej budynków, którą ostatnio (z opóźnieniem) wprowadziliśmy, ogłaszając jednocześnie, że choć jest obowiązkowa, w praktyce nie będzie wymagana.
Gdyby więc z jakichś powodów nie chciało się nam się przeprowadzić głębokiej przebudowy polityki energetycznej wraz z uruchomieniem niezbędnych programów, rozwiązań i przepisów prawnych, to opisany sukces rozwieje się jak dym. Podany bilans zysków został obliczony przy założeniu, że produkcja energii elektrycznej będzie rosła zaledwie o 0,69 proc. rocznie, udział odnawialnych źródeł energii wyniesie 20 proc., a wzrost efektywności energetycznej ponad 2 proc. rocznie. Gdybyśmy pozostali na ścieżce “biznes jak zwykle”, to do 2020 roku produkcja energii elektrycznej wzrośnie ze 164 TWh do 256 TWh. W polskich warunkach oznacza to dodatkowe 70 – 73 mln ton CO2, czyli dodatkowe koszty w wysokości 2,8 – 2,9 mld euro. W efekcie zamiast 1,7 mld euro “zysku” mielibyśmy 1,1 mld euro “w plecy”. To oczywiście spora różnica,Właśnie w tym sensie awansowaliśmy do finału mistrzostw, które możemy wygrać lub przegrać, tym razem całkowicie na własne życzenie, bez zrzucenia winy na nieżyczliwą (faktycznie) Komisję Europejską.
Ogromne znaczenie ma w tej sytuacji sposób zagospodarowania przychodów budżetu państwa. To, na co je wydamy, czy będą to energoefektywne inwestycje czy energochłonna konsumpcja, będzie miało kluczowe znaczenie. Tak naprawdę wygraliśmy szansę na sukces. Drugi raz się nie powtórzy.
[i]Autor jest profesorem Politechniki Warszawskiej, ekspertem branży energetycznej, był prezesem Polskich Sieci Elektroenergetycznych[/i]
[ramka]25 mld euro będzie kosztować dostosowanie polskiej energetyki do wymagań pakietu klimatycznego[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA