Publicystyka

Nie ściągajmy na siebie niechęci świata do Ameryki

Nie wykluczam, że Rosja ma rzeczywiście agresywną naturę. Jednak powinniśmy mieć determinację, by sprawdzić, czy ułożenie przyjaznych kontaktów z Moskwą nie jest możliwe – pisze ekonomista i publicysta Ryszard Bugaj
Polska musi mieć skrystalizowaną politykę zagraniczną. Chciałbym, by ta polityka uwzględniała prawa człowieka i demokrację. Myślę jednak, że nie wypowiemy wojny Chinom czy Arabii Saudyjskiej, mimo że nie są tam przestrzegane elementarne prawa człowieka. Sądzę, że nie zerwiemy stosunków dyplomatycznych z Rosją, choć gnębi się tam wolną prasę. Myślę, że nawet nie wystąpimy z wnioskiem o usunięcie Hiszpanii z UE, mimo że tam na arenach w bestialski sposób zabija się byki.
Nie zrobimy tego wszystkiego nie dlatego, że nie jesteśmy krajem suwerennym, ale dlatego, że musimy się liczyć z retorsją. Jak wszystkie kraje (także dużo od Polski potężniejsze) nie możemy prowadzić polityki, która lekceważy ograniczenia. Te ograniczenia wynikają również z sąsiedztwa ponownie rosnącej w siłę Rosji.
Nie sądzę, by rząd Donalda Tuska miał skrystalizowany program polityki zagranicznej i obronnej. Rząd swoje działania w znacznej mierze podporządkowuje krótkookresowym wahaniom społecznych nastrojów. Skrystalizowany pogląd ma prezydent Lech Kaczyński. Kłopot w tym, że przekonania prezydenta wydają się ukształtowane przez stereotypy. Fundamentem są trzy założenia: jedno dotyczy Rosji, drugie Stanów Zjednoczonych, a trzecie Unii. Kiedy słyszę, że przed atakiem państw bandyckich obronią nas patrioty, odpowiadam: lepiej nie sprawdzać ich skutecznościPrezydent przyjmuje, że Rosja jest państwem immanentnie agresywnym i że w dającym się przewidzieć czasie to się nie zmieni. Z kolei Stany Zjednoczone są traktowane jak niezłomny rycerz wolności, a Unia (i tu Kaczyński ma sporo racji) prowadzi politykę podporządkowaną bieżącym interesom. Przyjmując takie założenia, trzeba porzucić wszelkie nadzieje na ukształtowanie partnerskich kontaktów z Rosją i zrobić wszystko, by być możliwie blisko Ameryki. Nie wykluczam kategorycznie, że przekonanie o agresywnej naturze Rosji może się okazać trafne. To by była okoliczność dramatyczna, bo presja Rosji (o militarnej agresji nie wspominając) musiałaby być źródłem różnych naszych kłopotów. Powinniśmy zatem wykazać wiele determinacji, by sprawdzić, czy ułożenie przyjaznych kontaktów z Rosją nie jest jednak możliwe. Jednak mimo wszystko ocena Lecha Kaczyńskiego (sformułowana w Tbilisi!), że „dziś Gruzja, jutro Ukraina, a pojutrze pewnie Polska”, moim zdaniem odzwierciedla właśnie negatywny stereotyp. Po pierwsze, istnieje zasadnicza różnica między tymi trzema krajami (i Rosja to świetnie wie), a po drugie, Micheil Saakaszwili dostarczył niestety Rosji niezłego pretekstu. Nie wynika oczywiście z tego w żadnej mierze sugestia, by Polska obojętnie przeszła wobec rosyjskiej agresji na Gruzję, ale odpowiedź Lecha Kaczyńskiego na pewno nie była bezdyskusyjna. Prezydent wybrał politykę dawania świadectwa. Taka polityka musi być prowadzona, gdy nie istnieją bardziej skuteczne środki. Sądzę jednak, że inne środki istnieją i można po nie sięgnąć, nie okopując się jednocześnie na pozycjach ocenianych w Rosji (także przez rosyjskie społeczeństwo) jako wrogie. Dla naszych stosunków z Rosją nieporównanie ważniejsza jest sprawa tarczy. Twierdzenie, że tarcza ma wyłącznie obronny charakter, w sensie wojskowym jest oczywiście prawdziwe. Ale w sensie politycznym ta broń zmienia globalny układ sił. Takie w każdym razie jest przekonanie Rosji i to jest ważne. Ulokowanie tarczy w Polsce zupełnie zasadniczo komplikuje więc nasze relacje z Rosją i nic tu nie zmieni powtarzanie, że jako suwerenny kraj mamy do tego prawo. Czy otrzymujemy jakąś rekompensatę? Potencjalną rekompensatą są amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa. Obawiam się jednak, że są one mało praktyczne. Jest przecież nieprawdopodobne zarówno to, że Rosja mogłaby zdecydować się na zbrojny atak na Polskę, jak i to, że w takim przypadku Ameryka zdecydowałaby się na odwet. To by zresztą nie było dla nas korzystne, bo pewnie wymiana nuklearnych ciosów odbyłaby się na naszym terytorium. Także baterie patriotów, będące figowym listkiem osłaniającym zmianę postawy PO w kwestii tarczy, nie stanowią realnej rekompensaty, bo Rosja, gdyby zdecydowała się na agresję, będąc naszym bezpośrednim sąsiadem, może przecież użyć swoich wielkich sił lotniczych i lądowych, którym patrioty nie zaszkodzą. Wbrew temu, co twierdzą zwolennicy lokalizacji tarczy w Polsce, dla stosunków polsko-rosyjskich istotne są konsekwencje polityczne, a nie militarne. Lokalizacja tarczy w Polsce jest istotna nie tylko ze względu na relacje z Rosją. Ameryka (pewnie to niesprawiedliwe) ma na świecie wielu wrogów. Polska, stając się bardzo bliskim (choć bardzo małym) jej aliantem, ściągnie na siebie część tej niechęci. Najważniejszy jest rzecz jasna wzrost potencjalnego zagrożenia terrorystycznego. Czy to realne? Na pewno bardziej niż nuklearny atak Iranu na Nowy Jork. Warto pamiętać, że można nas ugodzić niekoniecznie na naszym terytorium, że jesteśmy częścią Europy bez granic. I w końcu, jeżeli istnieje zagrożenie ze strony „państw bandyckich”, to trzeba się zastanowić, czy aby ich strategia nie zakłada wcześniejszego zniszczenia instalacji antyrakietowej w Polsce. Wszak zwiększa to szanse ataku na amerykańskie miasta. Już słyszę: mamy patrioty. Odpowiem: lepiej nie sprawdzać ich skuteczności. Mimo mętnych deklaracji europejskich polityków instalacja w Polsce tarczy pogorszy też pozycję naszego kraju w Unii. Europejska opinia publiczna (to przykre) jest w znacznej mierze prorosyjska i niechętna Ameryce, a przypadek gruziński przyniesie tylko krótkotrwałą tego korektę. Będziemy czarną owcą, szczególnie gdy Rosja w przyszłości zdecyduje się jednak na powściągliwą politykę i będzie się rozwijać gospodarczo. To byłby przykry kontekst sprawy dla nas najważniejszej – potencjalnego zbliżenia między Rosją i Niemcami. Układ o tarczy został podpisany, ale bardzo źle by się stało, gdyby został ratyfikowany bez szerszej debaty. Jeżeli taka debata się odbędzie i nadal wyraźna większość Polaków będzie tarczę popierać, parlament i prezydent powinni dokonać ratyfikacji. Moim zdaniem będzie to błąd, ale naród w systemie demokratycznym ma prawo do błędu. Jeżeli jednak po debacie poparcie dla tarczy nie będzie oczywiste, ratyfikacja powinna być poprzedzona referendum. Przejdźmy na koniec do Bronisława Wildsteina, który w tekstach opublikowanych w „Rzeczpospolitej” tropi przeciwników zagranicznej polityki prezydenta Kaczyńskiego. Krytycy prezydenta należą według Wildsteina do „rosyjskiej partii” w Polsce. 19 sierpnia publicysta „Rz” pisał: „agenci to mniejszość partii rosyjskiej. Oprócz w różnym stopniu uwikłanych, tworzą ją ludzie powodowani prostym interesem, a wreszcie spora liczba użytecznych, ale tchórzliwych idiotów”. Dzień wcześniej Maciej Rybiński także w „Rzeczpospolitej” posunął się jeszcze dalej: „W momentach, w których zagrożone są interesy Rosji, agenci rosyjscy ujawniają się sami. Wystarczy wsłuchać się uważnie w rozkład akcentów w publicznych wypowiedziach na temat Gruzji, tarczy antyrakietowej czy rury bałtyckiej”. Jak wszystkie kraje nie możemy prowadzić polityki, która lekceważy ograniczenia. Te ograniczenia wynikają również z sąsiedztwa ponownie rosnącej w siłę RosjiOtóż ponad dwa lata temu (na łamach „Rzeczpospolitej”, 20 czerwca 2006) pisałem‚ że „chociaż decyzja o instalacji amerykańskiej bazy [antyrakietowej] w Polsce mieści się w granicach naszej suwerenności, to jednak mieć będzie poważne następstwa dla stosunków z Rosją i co najmniej pomniejszy szanse przyjaznego ich ułożenia. Nie mówiąc już o tym, że z pewnością nie poprawi naszego bezpieczeństwa, a jednocześnie umacniać będzie w świecie (przede wszystkim w UE) stereotyp Polski jako amerykańskiego lotniskowca w Europie Środkowej. To nie jest w naszym interesie”. Taki pogląd, w świetle kryterium Rybińskiego, mógł oczywiście wypowiedzieć tylko agent. Wildstein pewnie zaliczyłby mnie do „partii rosyjskiej”, a gdyby był wyrozumiały, mógłby przyznać mi status „pożytecznego, ale tchórzliwego idioty”. Jednak nie znajduję powodów, by ze swojej opinii się wycofać. Chciałbym przypomnieć, że agent to ktoś, kto działa na czyjeś zlecenie, w tym przypadku obcego mocarstwa. Są zatem bardzo ważne powody, by tym terminem posługiwać się powściągliwie. „Partia rosyjska” w Polsce w jakimś sensie pewnie istnieje, choć nie wolno jej mylić z agenturą (która pewnie też istnieje). Ale w Polsce obecna jest też „partia amerykańska”, dziś dużo silniejsza. Gdyby jej nie było, nasi żołnierze nie pojechaliby do Iraku, nie kupilibyśmy F-16, Amerykanie nie przyjeżdżaliby do Polski bez wiz (podczas gdy Polacy są szykanowani i muszą płacić za samo złożenie wniosku), a polski parlament nie nabierałby wody w usta, gdy amerykański Kongres łaja nas za brak reprywatyzacji dla Żydów. Kto tworzy partię amerykańską? Rybiński, jeżeli zastosuje swoją metodę, ustali jej skład, badając listę amerykańskich stypendystów. Ja nie jestem ani tak ambitny, ani tak podejrzliwy. Działanie „amerykańskiej partii” uważam zresztą za zgodne ze standardami demokratycznego kraju. Nikomu nie można odmawiać prawa do przekonania, że organiczny alians z Ameryką jest dla Polski najlepszym pomysłem. „Partię amerykańską” tworzą przede wszystkim ci, którzy podejmowali wspomniane decyzje. Choćby Leszek Miller (zresztą amerykański stypendysta), ale także i Bronisław Wildstein. Autor jest publicystą, ekonomistą i politykiem. Był twórcą i liderem Unii Pracy
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL