fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Architektura

Kontrrewolucja harmonii

Steven Holl, nowe skrzydło muzeum w Kansas City
Rzeczpospolita
Muzeum nie musi być widoczne z satelity. Subtelne środki wyrazu zastosowane w architekturze wyostrzają zmysły. Dyskrecja stawia się krzykliwym ikonom
„Widmo krąży po globalnej wiosce. Widmo budynków-ikon” – pisał znany krytyk Charles Jencks, opisując nowy typ architektury‚ który od lat 90. rozprzestrzenia się na świecie.
Nie bez ironii‚ ale i nie bez powodu książka Jencksa „The Iconic Building” („Budynek-ikona”‚ 2005) w pierwszym zdaniu nawiązuje do „Manifestu komunistycznego” Marksa i Engelsa.
Sama jest żarliwym manifestem budynków wyrazistych‚ rzucających się w oczy i przekraczających granice i estetyki, i konstrukcji. Jencks twierdzi‚ że takie budynki-ikony to nieuchronna konsekwencja rozwoju cywilizacji obrazkowej‚ showbiznesu i ekonomicznego wzrostu. To konieczność dziejowa.
Nie łączy ich konkretny styl‚ ale potencjał marketingowy – mogą rozsławić miasto‚ w którym się znajdują. Aby budynek stał się ikoną‚ oprócz łamiącej zasady oszałamiającej bryły powinien być zaprojektowany przez słynnego architekta z ego wielkości Zeppelina.
Jencks pisze o medialnej paranoi i nagonce na budynki-ikony. Ale paranoi tej próżno szukać u nas. Do polskich mediów trafiają skąpe informacje o elicie światowej architektury. Niemal zawsze o budynkach tych najwyższych, najbardziej fantazyjnych i dobieranych według klucza architektonicznych celebrytów‚ jakby to był jedyny klucz.
Gdy biuro Zahy Hadid‚ wielkiej niedźwiedzicy wśród architektonicznych gwiazd‚ ma coś zbudować w Warszawie‚ piszą o tym wszyscy‚ choć zaprojektowany budynek wyglądałby lepiej w Dubaju‚ a pomysł powstał na długo, zanim Hadid obejrzała miejsce‚ w którym ma zostać zrealizowany.
W rewolucyjną tektonikę najzgrabniej wpisują się budynki muzeów. Odkąd Frank Gehry w 1997 roku wybudował swoje Muzeum Guggenheima w Bilbao i zamienił to portowe miasto w kulturalną metropolię, ściągając doń miliony turystów (efekt Bilbao), niemal każdej miejscowości na peryferiach‚ marzy się los Kopciuszka – pantofelki od Hadid‚ suknia od Libeskinda.
Tymczasem architektura taka, która skromnie wpisuje się w miasto‚ zamiast nad nim dominować‚ też może wywołać sporo zamieszania.
„Odwodniony minimalizm po liofilizacji” – tak jeden z krytyków określił otwartą w grudniu 2007 nową siedzibę nowojorskiej MOCA (muzeum sztuki współczesnej). Budynek japońskiej pracowni SANAA (Kazuyo Sejima i Ryue Nishizawa) nie ma wiele wspólnego z ikoną.
Jednak to właśnie te siedem aluminiowych pudełek różnej wielkości ustawionych krzywo jedno na drugim lifestyle’owy miesięcznik „Wallpaper” uznał za najlepszy budynek publiczny roku 2007. „Jeden z najbardziej uwodzicielskich w ostatnich dekadach” – ogłosił tygodnik „Building Design”. „Dzięki takim budynkom odżywa wiara‚ że Nowy Jork znów stanie się miejscem‚ w którym kulturę się przeżywa‚ a nie tylko kupuje i sprzedaje” – pisał Nicolai Ouroussoff‚ krytyk „New York Timesa”.
Pozornie przypadkowe przesunięcia „pudełek” na kondygnacjach pozwoliły w częściach sufitów umieścić wąskie podłużne okna. Na większości pięter to jedyne źródło naturalnego światła‚ które odbija się od białych ścian. „Technicznym i estetycznym cudem” nazwano ażurową okładzinę na elewacji budynku‚ ‚ z daleka połyskującą‚ a z bliska chropowatą jak metalowa wycieraczka. Wykonana z aluminium siatka łączy przemysłowy materiał z wzorem o subtelnej geometrii – taki kontrast dobrze oddaje niejednoznaczny charakter okolicy.
Bo Bowery to miejsce z podejrzaną reputacją‚ ulica znana z popsutych krawężników i bezdomnych‚ choć pojawiły się tu też wysokie apartamentowce. Obok nowego muzeum znajdują się brudne ceglane fasady starych czynszówek i tanich barów. Muzeum‚ znane z prowokacji‚ przenosząc swoją siedzibę z SoHo na Bowery, chciało pokazać‚ że wciąż wymyka się ustalonym normom.
Jako rewolucyjna ikona nie wpisuje się też Bloch Building‚ nowe skrzydło muzeum Nelsona-Atkinsa w Kansas City‚ budynek tak „prosty”‚ że niektórzy porównywali go do okrętowych kontenerów czy baraków‚ które znamy z lotnisk. Przeniesiona tu kolekcja sztuki współczesnej zmieściła się bez trudu i narzekań kuratorów – rzecz rzadka w muzeach-ikonach. Architekt Steven Holl‚ autor projektu‚ podobnie jak Sejima i Nishizawa z SANAA‚ nie jest gwiazdą mediów‚ choć bez wątpienia należy do architektonicznych znakomitości. Bloch Building wyróżniono m.in. Honorową Nagrodą Roku 2008 przyznawaną przez Amerykański Instytut Architektów.
Obok starej siedziby muzeum, neoklasycznego gmachu z 1933 roku‚ Holl postawił pięć mlecznobiałych‚ eterycznych lampionów‚ które w nocy‚ jak japońskie papierowe latarnie‚ przepuszczają mgliste światło‚ a w dzień przypominają góry lodowe. Odwiedzając budynek, można w każdej chwili wyjść na zewnątrz. „Lampiony” połączono przejściem‚ którego dach porasta trawa. Budynek‚ częściowo ukryty pod ziemią‚ doskonale integruje się z parkiem wokoło. Ma nieregularny kształt dostosowany do pagórkowatego terenu‚ jednak same lampiony „swą prostotą zapierają dech w piersiach” – napisał jeden z krytyków. Inny porównał je do „pereł w trawie”.
Zarówno nowojorski budynek The New Museum of Contemporary Art, jak i Muzeum Nelsona-Atkinsa z Kansas City dobrze wpisują się w swój architektoniczny kontekst‚ zamiast próbować go przekrzyczeć. Pierwszy jest trochę ekscentryczny‚ ale i bezpretensjonalny. Drugi od zewnątrz operuje tylko przymglonym światłem zamkniętym w prostych szklanych bryłach. Pokazują‚ że nie wszystkim musi się udzielać rewolucyjny zapał. Konieczność dziejowa jakby dostała czkawki.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA