Historia

Epitafium dla muzułmańskiej Hiszpanii

Archiwum „Mówią Wieki"
Po tej klęsce muzułmanie na Półwyspie Iberyjskim są w ciągłym odwrocie. Powstały w 1248 roku Emirat Grenady, rządzony przez dynastię Nasrydów, skarłowaciałe i ciągle kurczące się państewko, to łabędzi śpiew arabsko-berberyjskiej Andaluzji.
W 1492 roku, roku odkrycia Ameryki przez Kolumba, zakończy on swój żywot. Nie powiem „nędzny”, bo każdy, kto widział przebudowaną przez Nasrydów Alhambrę w Grenadzie, puknie się w czoło. Był to jednak bal na „Titanicu”...
Co z dalej z Maurami, zwanymi przez Hiszpanów Moryskami (moriscos)? Ich dramat zaczyna się w 1499 roku, kiedy kardynał Cisneros łamie obietnice dane kilka lat wcześniej przez królów katolickich i każe nawracać siłą podbitych muzułmanów z Grenady. Płoną egzemplarze Koranu i arabskie księgi. Potem przyjdzie czas na Kastylię, Aragonię i Walencję. Tamtejsi muzułmanie (mudejaros) nie byli świeżym łupem – od dziesiątków lat żyli pośród chrześcijan i nikomu to nie wadziło. Ale teraz, po ostatecznym triumfie rekonkwisty, żyło im się coraz gorzej. Zabraniano im zamykania domów dla potajemnej modlitwy, korzystania z łaźni publicznej, zakrywania przez kobiety twarzy na ulicy i używania arabskiego. Mnożyły się grabieże i mordy, we znaki dawali się pazerni urzędnicy, nowi osadnicy i fanatyczni księża. W końcu miarka się przebrała i Moryskowie chwycili za broń. Hiszpanie się nie na żarty przerazili. Co będzie, jak powstańcom pomoże sułtan turecki? Ujawniano kolejne rzekome spiski: tu ręka Wielkiej Porty, tam ślad marokański. W końcu zapada brzemienna w skutki decyzja: w 1609 roku Moryskowie mają opuścić Hiszpanię.
Nienawiść rasowa? Niekoniecznie, raczej konflikt cywilizacji. Moryskowie bowiem nie asymilowali się. Zostali dawnymi Maurami i wciąż było im nie po drodze do chrześcijańskiej Europy, wciąż tęsknym wzrokiem spoglądali na Maghreb i Lewant. No i co z takimi robić? Obcą roślinę trzeba wyrwać z korzeniami – zagnieździło się w głowach hiszpańskich elit. Ale nie wszystko dało się wyrwać. Czasem korzenie tkwiły zbyt głęboko. W żyłach arystokracji hiszpańskiej od dawna płynęła przecież krew Maurów, wielu Morysków brało udział w kolonizacji Ameryki. No i krajobrazu kulturowego Hiszpanii nie można było zmienić: tysięcy słów i nazw miejscowości pochodzenia arabskiego, czarnych oczu mieszkańców Andaluzji, potraw, architektury domów i świątyń, stiuków, fontann, ogrodów, ceramiki, zdobnych płytek azulejos. To, co dziś wydaje się oczywiste, w Hiszpanii przez długie lata oczywiste nie było. Dopiero w 1948 roku historyk literatury Américo Castro w pracy „Espana en su historia” wysunął tezę obrazoburczą jak na czasy siermiężnego patriotyzmu gen. Franco – że kultura hiszpańska jest konglomeratem trzech składników: muzułmańskiego, żydowskiego i chrześcijańskiego z wizygockimi „przeżytkami”. Odpowiedział mu w 1956 roku rozsierdzony mediewista Claudio Sánchez-Albornoz książką „Espana: Un enigma histórico”. Nie może być mowy o wpływach muzułmańskich, skoro islam był w stałym konflikcie z chrześcijaństwem – pienił się – wrogie te kultury nie mogły się więc nawzajem przenikać. Kultura hiszpańska zawiera dlań w sobie elementy rzymskie, wizygockie, ale nie – broń Boże – semickie. Dla Castro, historyka literatury, społeczności niepiśmienne nie miały historii. W Hiszpanii zaczyna się ona więc na dobre, gdy obok siebie zaczęły żyć trzy religie Księgi, każda z zastępem swoich „uczonych w piśmie”. Według Sáncheza-Albornoza zaś Hispano-Rzymianie, Wizygoci, Mozarabowie, Kastylijczycy mieli ten sam „hiszpański temperament”, niezmienny od wieków. Jakże podobny do maghrebskiego...
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL