fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Rozwód powinien orzekać sąd rejonowy

www.sxc.hu
Przyzwyczailiśmy się, że rozwody orzekane są przez sądy okręgowe. Ale zaledwie od połowy lat 80. Wcześniej przez dekady zajmowały się tym sądy rejonowe. Nie wnikając teraz, co było realnym powodem tej zmiany, zastanówmy się, czy nie należałoby wrócić do poprzedniej właściwości.
Zacznijmy od kilku cyfr. Jak podaje rocznik demograficzny (publikacja GUS z 2012 r.), na każdy 1000 nowo zawartych małżeństw ponad 300 się rozwodzi. Wskaźnik ten systematycznie rośnie. O ile w 1980 r. wynosił blisko 130 rozwodów na 1000 nowo zawieranych małżeństw, o tyle w 2000 r. było to już 202,6, a w 2005 r. aż 326,6. Dodajmy, że w liczbach bezwzględnych ten skokowy wzrost jest także silnie zauważalny.
Dane GUS wspierają zwykłe, jednostkowe obserwacje, bo każdy z nas w kręgu znajomych czy rodziny byłby w stanie z łatwością wskazać przynajmniej kilka par w trakcie czy też po rozwodzie. Tendencje te w krajach Unii Europejskiej, szczególnie jej zachodniej części, są jeszcze wyraźniejsze, wręcz alarmujące. Aby ten obraz był pełniejszy, trzeba dodać, iż socjolodzy obliczają, że aż 1 par w Polsce żyje w wolnym związku, żeby nie użyć potocznego określenia: „na bilet tramwajowy".
Konkluzja jest tak oczywista, że aż banalna: instytucja małżeństwa podupada. Pojawia się zatem zasadnicze pytanie: jakie w związku z tym należy przedsięwziąć środki? Zmiany w populacji: obyczajowe, religijne, społeczne, gospodarcze wreszcie raczej nie pozwalają pozostać biernym. Chowania głowy w piasek i udawania, że nic się dzieje, nie należy tu rekomendować. Za znaną XX-wieczną personą (ikoną rewolucji przy okazji) należy dramatycznie zapytać: co robić? Wydaje się, że sam ustawodawca wskazuje, że trudno zachować status quo. Przeprowadził już kosmetyczną zmianę, polegającą na wyeliminowaniu tzw. posiedzenia pojednawczego, które i tak było fikcją. W mojej kilkunastoletniej praktyce rozwodowej jeszcze nie widziałem, żeby owo posiedzenie spełniło swoją funkcję i utrzymało jedność małżeństwa. Czy kolejnym krokiem nie powinien być powrót rozwodów do sądów rejonowych (dawniej zwanych powiatowymi)? Nie od rzeczy byłoby przypomnieć, co stało za przeprowadzoną w 1985 r. nowelizacją kodeksu postępowania cywilnego (DzU z 1985 r., nr 20, poz. 86), której skutkiem było przeniesienie spraw rozwodowych do ówczesnych sądów wojewódzkich. Otóż rzeczywistym celem tego zabiegu było utrudnienie uzyskania rozwodu. Miało to w zamierzeniu projektodawców wzmocnić instytucję małżeństwa i ograniczyć przypadki jego rozwiązania. Czy tak się stało? To pytanie retoryczne w świetle danych statystycznych. Czy ratio legis takiego unormowania nie stało się zatem anachroniczne? Jaki więc dziś jest sens utrzymywania omawianego rozwiązania? Przecież ci, którzy chcą się rozwieść, i tak to uczynią. Wygodniej mają oczywiście mieszkańcy dużych miast (lub ich peryferii) – tam też rozwodów jest najwięcej. Populacja miasteczek i wsi oddalona znacznie od metropolii ma sytuację istotnie gorszą, jeśli chodzi o dostępność sądów rozpoznających sprawy rozwodowe. Te sprawy nie są przecież prawniczo skomplikowane. Truizmem będzie tu wskazanie, że czym innym jest ich ciężar gatunkowy. Warto wszakże dopowiedzieć, że zbliżony poziom emocji, jeśli nie większy, pojawia się w sprawach podziału majątku małżeńskiego. Jestem za wzmocnieniem instytucji małżeństwa, ale z głową, a nie przez paternalistyczne traktowanie obywateli. Nie powinno się to odbywać na drodze utrudniania im życia. Autor jest poznańskim adwokatem i doktorem nauk prawnych
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA