fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Odwlekana śmierć polskiego węgla

Anna Słojewska
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Rozpętana po ostatnim szczycie UE polityczna burza o zgodę na „dekarbonizację Polski" to broń obosieczna.

Jeśli ktoś podpisał wyrok śmierci na polskie kopalnie, to był to Lech Kaczyński na szczycie UE w 2007 r. Kolejne lata zabiegów polskiej dyplomacji służą tylko temu, żeby egzekucję odwlec, ewentualnie zmienić zastosowaną metodę uśmiercania.

„Tusk i Kopacz podpisali wyrok śmierci na polski węgiel", „dekarbonizacja zniszczy polską gospodarkę" — to opinie PiS w reakcji na ostatni szczyt UE.

"Donald Tusk koniem trojańskim Unii" — twierdzi z kolei organizacja ekologiczna WWF. Gani przewodniczącego Rady Europejskiej za zgoła coś innego niż politycy PiS. Mianowicie za to, że tylnymi drzwiami wprowadził do wniosków ze szczytu UE zapis o lokalnych źródłach energii, co — zdaniem WWF — jest próbą rehabilitacji węgla.

Podobne zastrzeżenia ma Greenpeace, zdaniem którego wspomniany dokument otwiera drogę dla łupków i węgla. Obawiam się, że ekolodzy przeczytali dokument unijny za zrozumieniem, natomiast PiS posłużył się nim wyłącznie w celu pozyskania elektoratu na Śląsku.

Prawdą jest, że w dokumencie, a konkretnie w jego części poświęconej unii energetycznej, mowa jest o "dekarbonizacji" unijnej gospodarki. Być może polski rząd mógł bardziej zabiegać o użycie innego słowa. Jednak w praktyce niczego by to nie zmieniło. UE od lat jest na drodze "dekarbonizacji", pod którym to pojęciem rozumie się coraz mniejszy udział węgla w miksie energetycznym. Celem jest bowiem zmniejszenie emisji CO2, co ma pomóc w walce ze zmianą klimatyczną. Pierwszy wielki krok w tym kierunku UE wykonała na szczycie w 2007 r., gdy przyjęła pakiet klimatyczno–energetyczny przewidujący zmniejszenie emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. W imieniu Polski zaakceptował go wtedy Lech Kaczyński.

Kolejne lata to przyjmowanie szczegółowej legislacji, która miała służyć osiągnięciu tego celu, a także zwiększeniu udziału energii ze źródeł odnawialnych czy zwiększeniu efektywności energetycznej. W październiku 2014 r. na szczycie energetycznym UE przyjęła kolejny cel — redukcję CO2 o 40 proc. do 2030 r. (w porównaniu z 2005).

W przyjętym wtedy dokumencie Polsce udało uzyskać się uzyskać zapewnienie, że szczegółowe przepisy dotyczące redukcji dla indywidualnych krajów będą przyjmowane jednomyślnie, czego nie wywalczył Lech Kaczyński w 2007 r. Są utrzymane darmowe uprawnienia dla energetyki, opartej przecież u nas na węglu. To tyle historii.

Na ostatnim szczycie dyskusji o dekarbonizacji już w ogóle nie było, potwierdzono tylko przyjęte wcześniej cele klimatyczne. W innym punkcie, do którego odwołują się organizacje ekologiczne, zapisano natomiast, że dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego kraje mają prawo rozwijać lokalne zasoby energii, co w praktyce oznacza węgiel czy gaz z łupków, oraz rozwijać technologie niskowęglowe (a nie kompletnie bez węgla, co wynikałoby z krytyki PiS). Oczywiście węglowi musi towarzyszyć rozwój czystych technologii i nie ma mowy, co wynika z innych zapisów unijnych traktatów, żeby nierentowne kopalnie utrzymywać na koszt podatników. Bo to zaburza konkurencję.

Postawmy sprawę jasno: węgiel bez technologii czystego spalania będzie musiał za jakiś czas zniknąć z europejskiego krajobrazu gospodarczego. Polski rząd systematycznie przy okazji unijnych szczytów czy negocjowania szczegółowych dyrektyw i rozporządzeń zabiega o to, by dla naszej opartej na węglu energetyce uzyskać okresy przejściowe i wszelkie inne mechanizmy, które zmniejszą koszty dekarbonizacji dla użytkowników energii.

Biorąc pod uwagę jak wielka jest w Europie niechęć do węgla i jak silne przekonanie o konieczności walki ze zmianą klimatyczną, dyplomatyczne zabiegi Polski należy wręcz uznać za bardzo skuteczne. I dobrze byłoby, żeby firmy wykorzystywały darmowe uprawnienia na emisję do modernizacji, a nie powiększania zysków swoich właścicieli.

Opozycja ma oczywiście prawo krytykować i żądać od rządu więcej. Nie powinna jednak zapominać, że gdy sama była u władzy niczego w tej sprawie nie wywalczyła. Mogłaby też zauważyć, że UE robi skromny krok w kierunku bezpieczeństwa dostaw gazu i złamania monopolu Gazpromu, co jest ewidentnie zasługą Tuska, krytykowanego zresztą za swój opór przez wiele krajów. Tak naprawdę bezpieczeństwo energetyczne było głównym tematem debaty o unii energetycznej, a nie redukcja emisji CO2, o czym postanowiono lata temu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA