fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Europa powinna mieć jedną armię

Bartosz Węglarczyk
Fotorzepa/Kuba Kamiński
Europejska armia jest nam potrzebna. By jednak miała prawdziwe kły, konieczna będzie gigantyczna wola polityków i wyborców, a tej nie widać.

W ciągu kilkunastu miesięcy Władimir Putin zmienił Europę. Propozycja powołania europejskiej armii, o której pisze dziś w „Rzeczpospolitej" Jędrzej Bielecki, jest dowodem na to, że Europa ma wreszcie, po raz pierwszy, realną szansę zbudować europejską politykę obronną.

Po raz pierwszy, bo dziś ta polityka obronna istnieje wyłącznie na papierze. Niemrawe, powolne i ograniczone próby powoływania niewielkich jednostek wojskowych UE nie mają większego znaczenia. Budowanie wspólnych batalionów sklejonych z żołnierzy podległych różnym przysięgom i różnym głównodowodzącym ma sens symboliczny i polityczny, ale nie praktyczny.

Europa powinna mieć jedną armię, dysponującą jednym budżetem, z jednym sztabem koordynującym szkolenie i zakupy uzbrojenia oraz jednym ministrem, czuwającym m.in. nad wspólnym programem badawczym i rozwojowym. Tyle tylko, że to nie jest dziś możliwe.

Europa zatrzymała się na obecnym etapie integracji politycznej i ekonomicznej i nie chce pójść naprzód. Nie ma na to przyzwolenia wyborców, a politycy nie próbują ich do tego przekonać. Widzimy to we wspólnej polityce zagranicznej, a raczej w jej braku. Europejska dyplomacja funkcjonuje, bo zatrudnia ludzi i wynajmuje ambasady, ale nie robi wiele więcej. Dziś Europa nie mówi głosem wspólnym, lecz głosem François Hollande'a i Angeli Merkel. Czasem to dobrze, czasem źle, ale na pewno nie jest to głos całego kontynentu.

Widać to nawet w polityce gospodarczej. Nie ma pomysłów na dalszą integrację wspólnego rynku, a o strefie euro mówimy raczej w kontekście jej zmniejszania się niż poszerzania. Nie wiem już nawet, czy polski rząd tak naprawdę chce przystąpić do strefy euro. TTIP, kluczowy ze strategicznego punktu widzenia układ gospodarczy Europy i USA, zapewne zostanie w tym roku wynegocjowany, ale dwa rządy – węgierski i grecki – już zapowiedziały, że nie będą go chciały ratyfikować. Jeśli choć jeden z nich się uprze, TTIP będzie martwy.

Zatem skoro nie widzimy potrzeby mówienia jednym głosem w sprawie taryf celnych, to jak wyobrażamy sobie mówienie jednym głosem w sprawach życia i śmierci?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA