fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Tomasz Karoń: Sukces konserwatywnej narracji

Fotorzepa, Rafał Guz
Blisko osiem lat dominacji Platformy Obywatelskiej najlepiej spośród ugrupowań opozycyjnych wykorzystało Prawo i Sprawiedliwość – pisze analityk.

Nie wszystkie partie parlamentarne pozostające w opozycji przetrwały ten czas w równie dobrej kondycji - części na przykład nie udała się trudna sztuka zarządzania lojalnością elektoratu, a były i takie, które zupełnie go roztrwoniły. Koncentrując się na bieżącej walce politycznej nie zawsze potrafiły wykorzystać ten czas do namysłu nad przedefiniowaniem swojej tożsamości – i dopiero teraz, na początku wyborczego maratonu, starają się nadrobić ewidentne zaległości i wymyślają się lub markują, że wymyślają na nowo. Wszystkie te porażki lub ewidentne zaniechania nie pozostają bez konsekwencji na polityczne tu i teraz - przekładają się przede wszystkim na jakość kandydatów wystawionych przez te partie w wyborach prezydenckich i na to co mają nam oni nam do powiedzenia.

Ucieczka do przodu

Zacznijmy od tych, którzy stracili niemal wszystko – czyli od Ruchu Palikota przemianowanego na Twój Ruch. Twórca tej partii nie pojął, że rola naczelnego błazna III RP jest może i dobrą strategią do budowania prywatnej rozpoznawalności, lecz nie służy wizerunkowi formacji, która mogłaby przetrwać kolejne ideowe wolty lub ewidentne kaprysy swojego lidera. Dzisiaj jako kandydat na prezydenta jest cieniem samego siebie sprzed czterech lat - a medialne reflektory przestały go oświetlać. Ale tak kończą wszyscy ci, którzy nie potrafią zapanować nad spójnością swojego przekazu i mają problem z rozróżnieniem tego, że – jak to ujął Krzysztof Janik – „czym innym jest wizerunek polityka, a czym innym wizerunek instytucji, na której czele stoi".

Z Sojuszem Lewicy Demokratycznej sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Leszek Miller stając ponownie na czele SLD w 2011 roku nie zgrał na wstępie swojej najmocniejszej karty, jaką było jego niespodziewane dla wszystkich wyłonienie się z politycznego niebytu. Wyborcy, którym Miller wówczas swoim powrotem bezsprzecznie zaimponował oczekiwali, że człowiek, który potrafił bez niemal większego uszczerbku przeżyć swoją polityczną śmierć rzuci wyzwanie jeśli nie wszystkim, to przynajmniej tym, którzy wpędzili jego partię w strukturalny kryzys, przy okazji burząc jego wizerunek „żelaznego kanclerza". On jednak nie potrafił zachować jednakowego dystansu do głównych antagonistów politycznego sporu – był czas, w którym z obecnie rządzącymi Polską w ogóle się nie spierał. W efekcie stawał się coraz bardziej przystawką Platformy, choć w skrytości ducha marzył, że po wyborach parlamentarnych 2015 roku wystąpi w charakterze głównego rozgrywającego i będzie z nią współrządzić.

Obecnie, niemal w biegu, naprawia zaległości i zaciera tropy, które mogłyby aspirujących do władzy w Sojuszu i wyborców tej partii doprowadzić do konstatacji, że niezbyt fortunnie rozegrał w polityce swoje ostatnie cztery lata. Tak należy bowiem intepretować wystawienie w wyborcze szranki Magdaleny Ogórek - to ewidentna strategia ucieczki do przodu przed polityczną odpowiedzialnością. W wypadku spektakularnej porażki kandydatki SLD ponowne postawienie przez Sojusz na młodych oddali się na długie lata – a to zła informacja dla Grzegorza Napieralskiego i wszystkich marzących o zmianie pokoleniowej. Sukces Ogórek – choć dzisiaj wydaje się bardzo mało prawdopodobny - mógłby wskrzesić choć na chwilę mit Millera, potrafiącego, jak mało który polityk w Polsce, zaskoczyć i postawić wszystko na jedną – na pierwszy rzut oka słabą – kartę.

Obecnych kłopotów Millera nie byłoby jednak jeśli przyjąłby po ponownym objęciu przywództwa SLD zupełnie inną, bardziej finezyjną strategię. Dziś mogłaby ona wypełnić pełnokrwistą treścią całkiem udane hasło obecnej kandydatki Sojuszu na prezydenta (hasło: „Polska - od nowa"). Ma ona ewidentny kłopot z jego optymalnym zoperacjonalizowaniem. Wsad teoretyczny pod taką strategię istniał, a jej autorem był minister w rządzie SLD Krzysztof Janik, który przed laty, w 2010 roku powiedział coś, co zaskoczyło niemal wszystkich, a dla części postkomunistycznej lewicy brzmiało niczym herezja: „Powinniśmy dosyć krytycznie odnieść się do III RP. Przez pół czasu jej istnienia lewica rządziła. I nie wszystko nam się udało. Nie podoba nam się zróżnicowanie społeczne, polityka konsumowania, nie inwestowania, zastój w polityce gospodarczej, w reformowaniu administracji. Jest parę rzeczy, które zostały rozpoczęte, a nie są kontynuowane, i wokół tego powinien powstać projekt lewicy w Polsce. Ponosimy współodpowiedzialność za to, bo w którymś momencie nam zabrakło pomysłu i konsekwencji. Trzeba zweryfikować nasze pomysły i projekty i powiedzieć: tu i tu się pomyliliśmy".

Naśladowanie PiS

A co z partią Jarosława Kaczyńskiego? Formacja ta czas przebywania w głębokiej opozycji spożytkowana stosunkowo najlepiej – nie tylko utrzymała swój elektorat, ale i rozszerzyła siłę swojego oddziaływania. Konsekwencja w głoszonych poglądach sprawiła, że zmienił się polityczny klimat, a poglądy znacznej grupy Polaków w wielu obszarach przesunęły się jednoznacznie na prawo. Na przykład symbole protestu lub ewidentnej niezgody na obowiązujące status quo przybrały obecnie formy silnie osadzone w polskiej tradycji i historii. Wystarczy na przykład przywołać ostatnie protesty górników, czy też demonstracje wielkomiejskiej młodzieży przed laty przeciwko ACTA, podczas których masowo używano symbolu Polski Walczącej.

O sile i atrakcyjności narracji stworzonych przez PiS najlepiej świadczy jednak fakt, że są one doceniane i przejmowane nie tylko przez sympatyków, ale i przez przeciwników politycznych tej partii. Przesunięcie się poglądów Polaków na prawo nie uszło uwadze PO i jej koalicjantowi. Już podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku partia rządząca bez oporu zaczęła czerpać pełnym garściami z języka i pojęć, których do tej pory niekwestionowanym depozytariuszem było Prawo i Sprawiedliwość. Weźmy np. hasło Platformy w wyborach do Parlamentu Europejskiego: „Silna Polska w bezpiecznej Europie".

Poza tym, starano się przedstawić premier Ewę Kopacz jako symbol nowego otwarcia i nadziei na lepszą przyszłość – osłabiając tym samym przekaz PiS jako dotychczas jedynego rzecznika odczuwalnej, dobrej dla Polaków zmiany. Podobne zabiegi zmierzające do zawłaszczenia „dziedzictwa" partii Jarosława Kaczyńskiego można było zaobserwować również podczas ostatnich wyborów samorządowych – PO czyniła liczne wysiłki, żeby zaprezentować się Polakom jako partia wrażliwa na los wyborców i oddana szeroko pojętemu bezpieczeństwu, a Polskie Stronnictwo Ludowe w swoich spotach komunikowało po raz pierwszy z takim natężeniem takie wartości jak: tradycja i duma narodowa. W tyle nie pozostaje obecny prezydent – on z kolei już przed laty wziął na swoje sztandary politykę prorodzinną (np. Karta Dużej Rodziny) oraz zaczął schlebiać odłamom prawicy, które dotychczas ponosiły wyborcze klęski lub znajdowały się poza głównym nurtem. Świadczą o tym chociażby coroczne składanie w Dniu Niepodległości kwiatów przed pomnikiem Romana Dmowskiego w Warszawie.

Wróćmy jednak do PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego potrafiła wystawić kandydata na prezydenta, który jako jedyny ma realne szanse na nawiązanie równej rywalizacji z obecną głową państwa. Jego przekaz w odróżnieniu np. od kandydatki Sojuszu współgra z linią ideową jego partii, a jednocześnie ma on szanse, jako stosunkowo młody człowiek, by ją wzbogacić i twórczo zmodyfikować. Na razie nie dał się zaszufladkować jako wyłącznie młody, pozbawiony doświadczenia pretendent i pokazał, że ma wolę walki – a to dla wyborców, którzy odbierają proste, czytelne komunikaty, najlepsza rękojmia, że uniesie każdy, nawet najtrudniejszy polityczny projekt.

Autor jest analitykiem trendów społecznych i rynkowych, pracował dla wielu marek i partii politycznych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA