fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Sąd nad hitlerowską przeszłością obywateli NRD

Dawna centrala Stasi w Berlinie
DW/E. Jahn
Także NRD dokonywała na swój sposób rozprawy z hitlerowską przeszłością swoich obywateli. Modeli było kilka: przemilczanie, przymus kolaboracji albo procesy. A było kogo sądzić...
"Josef Settnik wiedział właściwie, co go czeka. Postanowił od razu powiedzieć całą prawdę, zgłaszając się do komórki Stasi w Dippoldswalde: ochotniczo wstąpił do SS, potem był w oddziale piechoty, od stycznia 1942 r. służył w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Tak wyglądała jego kariera". Opisuje ją "Spiegel" naświetlając temat, jakie losy spotykały nazistów, którzy pozostali na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej, późniejszej NRD.

Płakał przed biurkiem

Settnik liczył się z tym, że we wzorcowym, antyfaszystowskim państwie NRD zostanie postawiony przed sądem. Przedtem pożegnał się już ze swoją żoną i swoim dotychczasowym życiem. Pod koniec rozmowy z oficerami Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego płakał. Od nich otrzymał bowiem propozycję nie do odrzucenia. Zasłonę milczenia spuści się na jego hitlerowską przeszłość, jeżeli będzie współpracował ze Stasi. Od tego momentu stał się szpiclem w swej katolickiej parafii.
Był to jeden z modeli, jak NRD obchodziło się ze swymi obywatelami, którzy mieli hitlerowską przeszłość. Wymiar sprawiedliwości zostawiał ich w spokoju, bo stali się posłusznymi kolaborantami.
"Spiegel" przytacza opinię Henry'ego von der Leide z Urzędu ds. Akt Stasi w Rostocku. "Nazistowscy sprawcy mieli w NRD ogromną szansę, że ich przeszłość ujdzie im na sucho, jeżeli nigdzie nie podpadali albo kooperowali z systemem".

Niezdolni do zeznań i udziału w procesie

"Niektórzy tak bardzo nie podpadali, że dopiero teraz, dziesiątki lat po upadku NRD zajmuje się nimi wymiar sprawiedliwości" - zaznacza magazyn, przytaczając biografię Johannesa A., który od 1942 był podoficerem SS w Auschwitz i służył w oddziałach strzegących obóz koncentracyjny Monowitz koło Oświęcimia, gdzie zginęło ponad 25 tys. robotników przymusowych. Po wojnie zrobił karierę w NRD jako wykładowca akademicki, cieszący się jak najlepszą opinią.
Był jednym z 30 nazistów, którymi już od dawna interesowała się Centrala Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu. We wrześniu 2013 zamknięto postępowanie przygotowawcze przeciwko 30 byłym pracownikom służb wartowniczych KZ Auschwitz i akta przekazano odpowiednim prokuraturom. Czasami jednak ręka sprawiedliwości sięgała po sprawców zbyt późno: większość jest już tak zniedołężniała, że nie można ich ani przesłuchiwać ani nie mogą pojawić się przed sądem.
Lecz nie wszyscy naziści mogli w komunistycznych Niemczech żyć i pracować tak spokojnie.

Nie gorsi od zachodnich Niemiec

We wczesnym okresie NRD, państwo to chciało wykazać się przed swym "wielkim bratem" gorliwością w tropieniu hitlerowców.
"Sprawcom niczego nie puszczano płazem; to należało raczej do rzadkości", jak "Spiegel" cytuje Annette Weinke z uniwersytetu w Jenie, która doktoryzowała się z tematu ścigania hitlerowskich sprawców w NRD i Republice Federalnej. Jej zdaniem oportunistyczna postawa, by nie dążyć do stawiania sprawców przed sądem pojawiła się dopiero w latach 60-tych i 70-tych.
Jak pisze magazyn: "Do dziś nie można wyjaśnić, co w NRD było regułą, a co wyjątkiem: stawianie sprawców hitlerowskiego reżimu przed sądem, czy pozostawienie ich w spokoju w zamian za współpracę ze służbą bezpieczeństwa?" Jak podaje Henry von der Leide, w latach 1950-1989 enerdowskie sądy skazały 739 nazistowskich sprawców.
Historyczka Weinke zaznacza, że wymiar sprawiedliwości NRD nie chciał pozostawać w tyle za sądownictwem w Republice Federalnej. Na przykład proces członka SS Hansa Anhalta, nazywanego prawą ręką doktora Mengele toczył się równolegle z pierwszymi procesami oświęcimskimi na Zachodzie.

Nie było hitlerowców

Jak zaznacza jednak Henry von der Leide, drugą stroną medalu takiego postępowania było to, że enerdowski system sam zadawał kłam swojemu oficjalnemu twierdzeniu, że w NRD naziści już stanęli przed sądem albo uciekli do zachodnich Niemiec. Każdy następny proces byłby przyznaniem się, że to twierdzenie było nieprawdą. Poza tym skazywani byli tylko sprawcy, którzy mieli na sumieniu poważne zbrodnie, czyli ich czyny miały odpowiednią wagę, sąd miał twardy materiał dowodowy i nie było obaw, że cała sprawa może wywołać jakieś reperkusje w polityce wewnętrznej lub zagranicznej. W takich przypadkach władze NRD mogły się usprawiedliwiać, że chodzi tu o jeden, godny ubolewania przypadek, który uchronił się przez denazyfikacją.
"Jeżeli w latach 60. wciąż jeszcze skazywałoby się masę sprawców, byłoby to żenujące dla NRD. Stąd przymykano na nich oko, by nie torpedować własnej propagandy" - wyjaśnia von der Leide.
Nie kwestionuje się natomiast tego, że niby antyfaszystowsko nastawiona NRD świetnie układała się z hitlerowcami, z których wielu legitymowało się przynależnością do NSDAP. W partii SED w 1951 doliczono się prawie 175 tys. byłych członków NSDAP i oficerów Wehrmachtu. Razem wziąwszy w NRD żyło 1,5 mln osób, które były członkami NSDAP. Jednym z nich był Ernst Melsheimer, naczelny oskarżyciel Prokuratury Generalnej.
Źródło: Deutsche Welle
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA