fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Zdrojewski: Za wcześnie na film o Smoleńsku

Bogdan Zdrojewski
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Prywatyzacja któregoś z kanałów TVP nie wchodzi w rachubę – mówi Jackowi Nizinkiewiczowi minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski.
Czy będzie pan kandydował do Parlamentu Europejskiego?
Bogdan Zdrojewski: Nie.
A pańska żona? Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych nie kandydowała, bo jak pan powiedział: „żona ma ograniczone prawa obywatelskie tylko, dlatego, że jest moją żoną. Taką płaci cenę. Ten problem musi być rozwiązany".
Ją samą trzeba o to pytać. Jestem przekonany, iż ma do tego prawo i tym razem to jej decyzja powinna ważyć o ewentualnym starcie.
Dlaczego nie przyjął pan propozycji szefowania Klubowi Parlamentarnemu Platformy Obywatelskiej?
Żeby być szefem klubu, trzeba ten klub dobrze znać. Od sześciu lat jestem ministrem kultury i dziedzictwa narodowego. W tym czasie skład klubu zmienił się radykalnie.
Jest pan jednym z nielicznych ministrów, który trwa u władzy tyle samo czasu ile premier.
Nie czuję zmęczenia. Podobnie zmęczenia nie dostrzegam u premiera, a coraz większą determinację w utrzymywaniu Polski na właściwym modernizacyjnym kursie.
Trudno rozstać się władzą i zająć się  pracą u podstaw w klubie PO?
Tu i tu jest władza. Oczywiście inna. W klubie zdecydowanie bardziej polityczna. Nie ukrywam też, że szkoda byłoby mi zrezygnować z pracy, którą wykonuję teraz. Największe sukcesy osiąga się wtedy, kiedy posługuje się długą perspektywą, realizuje zadania, które wymagają jednak stałej determinacji i sporej cierpliwości. Zadania te najczęściej mają charakter niespektakularny i wymagają więcej niż jednej kadencji.
Czy Rafał Grupiński sprawdza się na stanowisku szefa klubu parlamentarnego?
Tą opinię pozostawiam członkom klubu. Uważam, że niedobrze jest, kiedy pracę szefa klubu recenzują ministrowie.
Jakie jest bilans pańskiej pracy w minionym roku?
Największym sukcesem jest cały pakiet edukacyjny: finał wprowadzania muzyki i plastyki do szkół publicznych stopnia podstawowego, potrojenie wydatków na programy edukacji kulturalnej, uruchomienie programu dla dzieci do 16 roku życia „Muzea za złotówkę", zakończenie reformy edukacji artystycznej i oczywiście wejście w rok 2014 z Narodowym Programem Rozwoju Czytelnictwa. Stałym elementem, czy też źródłem mojej satysfakcji jest inwestowanie w infrastrukturę kultury. Rok 2013 był pod tym względem absolutnie rekordowy: blisko 1,2 mld w zaledwie 12 miesięcznym cyklu rozliczeniowym to już fakt, a nie plan.
Krakowskie środowisko naukowe apeluje do pan w sprawie likwidacji funduszu na renowację zabytków.
Kraków jest ostatnim miastem, które może narzekać na brak środków finansowych na zabytki zwłaszcza w ostatnich  20 latach. Brutto, wraz z innymi źródłami finansowania (środki europejskie i programy ministra plus SKOZK) daje sumę około 1 mld zł! To tyle, ile cała Polska otrzymała w ciągu ostatnich 10 lat. Dodam, iż Kraków jest na tyle ważny, iż szczególna pozycja powinna mieć swoją kontynuację, nie ma natomiast już dziś potrzeby utrzymywania aż takiej dysproporcji.
Największa porażka?
Brak ustawy medialnej.
Nie da się ukryć, że media publiczne mają problemy finansowe.
Zdecydowanie tak. Trochę na własne życzenie. Faktem natomiast jest brak zgody politycznej na określony model i poziom finansowania mediów publicznych.
Poruszamy się pomiędzy pomysłami na całkowitą prywatyzację, czyli likwidację mediów publicznych, aż po finansowanie jej w tak wysokim stopniu, by było możliwe jej funkcjonowanie bez udziału w rynku reklamowym. Sam jestem przekonany, iż duże europejskie państwo, o określonych doświadczeniach historycznych, a także ambicjach gospodarczych nie może dopuścić do sytuacji, by na naszym rynku funkcjonowały w finale jedynie „obce podmioty gospodarcze" w dziedzinie szeroko rozumianych rynków medialnych.
Z tego też powodu uważam, iż media publiczne powinny korzystać ze wsparcia publicznego, ale nie bez warunków. Tymi najważniejszymi są oczywiście jakość, wysokie wartości i standardy, a w konsekwencji coś, co w sposób nie do końca sprecyzowany nazywamy „misją publiczną". Brak zgody politycznej na określony model, jest dziś główną przeszkodą w doprowadzeniu do pozytywnego finału. Mam nadzieję, iż w roku 2014 uda się ten impas pokonać.
Prywatyzacja, chociaż jednego kanału TVP wchodzi w rachubę?
Nie. Bo nie o to chodzi. Podział rynku jest prawie optymalny. Nie negują tego także nadawcy prywatni. Ważne jest jedynie, by publiczna telewizja czy też radio nie konkurowały o widza czy słuchacza z mediami korzystającymi z tych samych ofert reklamowych, ale bez instytucjonalnej presji jakościowej.  Słupki oglądalności są ważne, ale dla mediów publicznych ważniejsza jest treść.
Ale z czegoś musi być finansowana.
Zgoda. Abonament dziś dla TVP to mniejszościowe źródło finansowania. Dla radia decydujące. Faktem też jest, iż dziś TVP ma nałożone liczne ograniczenia dotyczące emisji reklam (brak możliwości ich emitowania w czasie filmów, programów dla dzieci, wiadomości, transmisji sportowych), o czym zbyt często zapominamy.
Niemniej jednak, jeśli TVP chce mieć gwarancję udziału w puli środków publicznych, musi zbudować gwarancję właściwego wydania tych środków w kolejnej perspektywie. Zalicza się do nich  przede wszystkim profesjonalny zespół ludzi, od treści, nowych formatów, pomysłów realizacyjnych i oprzyrządowania technologicznego. Funkcje administracyjne mogą być silnie ograniczone, te produkcyjne muszą być nadzwyczajnie chronione. Telewizje publiczną mogą uratować jedynie twórcy o najwyższych kompetencjach. Przy skutecznej walce o jakość, nie będzie problemu z akceptacją wydatków i szans na kolejne bezpieczne ograniczenia pakietów reklamowych.
Na czym miałoby polegać bardziej restrykcyjne ograniczenie reklam?
Nie widzę potrzeby nadmiernych restrykcji. Natomiast stopniowe, dobrze zbudowane instytucjonalne ograniczenia mogą mieć dość prosty sposób realizacji, np. brak możliwości przerywania blokami reklamowymi kolejnych propozycji programowych albo też wyłączenia czasowe z możliwości emisji reklam. Do tego mogą dojść propozycje ograniczenia czasów bloków reklamowych itd.
Ważne jest jednak zbudowanie gwarancji pokrycia strat wynikających z tych kolejnych ograniczeń i misyjność telewizji publicznej w kształcie docelowym.
Czy opłata audiowizualna jest wystarczająca?
Jeżeli będzie powszechna, to 100 zł przy opłacie za rok z góry byłoby wystarczające.
Kiedy możemy się spodziewać, zapowiadanej od sześciu lat, ustawy medialnej?
Ustawa była w ostatnich latach gotowa dwukrotnie. Raz ją skutecznie zawetował prezydent, drugi raz poległa w głosowaniu w efekcie braku zgody na poziom dotacji z budżetu państwa. Trzecia próba nie może być nieudana.
Co blokuje przyjęcie ustawy medialnej i czy przed wyborami uda się ją przyjąć?
Wybory nie przeszkadzają w pracy nad tą ustawą. Ważna jest wysoce uprawdopodobniona zgoda polityczna i także, choć minimalna gwarancja ze strony mediów publicznych, iż pozyskane środki nie będą zmarnowane.
Jakie jeszcze porażki zanotował pan na swoim ministerialnym podwórku?
Poza ustawą są już tylko drobne i w skali innych przedsięwzięć nieistotne. To, co mnie martwi to raczej dość niski stopień wiedzy o skali rozmaitych wysiłków i sukcesów. MKiDN nie może przebić się z takimi informacjami, jak np. wyremontowanymi w ostatnich latach ponad 500 dachami na obiektach zabytkowych, otwarciem takich nowych przestrzeni jak centrum edukacji muzycznej w Lusławicach, wyremontowanymi obiektami teatralnymi w Olsztynie (Teatr Jaracza), Capitol we Wrocławiu, Teatr Witkacego w Zakopanem, zespół obiektów w Gardzienicach etc.
Wiele inwestycji adresowanych jest do najmłodszych. Reformy programów w szkołach także kierowane są do nich. Poprawianie kompetencji kulturowych to w ogóle najważniejszy priorytet.
Młodsze dzieci przyswajają wiedzę lepiej?
Tak. Zaczynamy już od sześciolatków. Nauka rytmu, tańca, ruchu, elementów muzyki, a także rysunku to zajęcia niezwykle ważne, a dla dzieci zazwyczaj niezwykle przyjemne. Dla dzieci starszych wprowadzono ponownie zajęcia z plastyki i muzyki, najpierw w nauczaniu zintegrowanym, a w klasach IV, V i VI  już jako przedmioty wyodrębnione i obligatoryjne.
Pod względem wprowadzaniach tych przedmiotów szkoły są przygotowanie na przyjęcie sześciolatków?
Zdecydowanie tak. Muzyka i plastyka są z pozoru najłatwiejszymi przedmiotami do przygotowania dla dzieci najmniejszych, bo dzieci chętnie uczestniczą w tych zajęciach. Ale z punktu widzenia odpowiedzialności za prawidłowy finał, zwłaszcza muzyka jest przedmiotem bardzo trudnym. Jeszcze nie osiągnęliśmy poziomu, na jaki ja liczę w pewnej perspektywie. Jesteśmy w połowie realizacji założonego programu. Za moment będzie czas na pełną satysfakcję.
Czy w końcu powstanie Muzeum Historii Polski?
Tak. Czekamy na oficjalne i finalne badania geologiczne dotyczące skarpy (warszawskiej – red.). Cały czas podkreślam, że nie wydam złotówki na kontynuację prac, dopóki nie będę miał gwarancji na całą kwotę. Czas zasady „wbije się łopatę, a potem jakoś to będzie" minął w resorcie bezpowrotnie. To jest jedyna sprawa, która wstrzymuje tą inwestycję.
Przypomnę też, iż konieczne było poszukiwanie nowej lokalizacji. Obecna była niezwykle ciekawa ze względu na równoległe propozycje odtworzenia traktu Ogrodów Królewskich. Dziś te dwie inwestycje dzieli niesprecyzowana przestrzeń czasowa. W znacznym stopniu komplikują to zwłaszcza rozwiązania obsługi komunikacyjnej.
Czy nie lepiej było wytypować inny film do nominacji do Oskarów niż „Wałęsę"? Ile ministerstwo wydało na dofinansowanie tego filmu?
Samo ministerstwo nie partycypowało w tej decyzji, byliśmy natomiast jej patronem. To nie była łatwa decyzja, dlatego, że rok 2013 pod względem propozycji filmowych był fenomenalny.
Nie traktuję tej nominacji w kategorii błędu. Film Andrzeja Wajdy miał wielki sukces  na festiwalu filmowym w Wenecji. W chwili obecnej dostał 89 zaproszeń na festiwale, w tym część już zrealizowana.
Wystarczy wspomnieć „Idę" i „Papuszę".
„Ida" i „Papusza", to byli alternatywni konkurenci „Wałęsy" Andrzeja Wajdy. Czy jeden z tych filmów nie uzyskałby nominacji, tego nie wiemy. Proszę jednak zwrócić uwagę, że w poprzednich latach wskazywano filmy autorów mniej znanych i wówczas padały zarzuty o trudność zbudowania właściwego zainteresowania wśród akademików. Tu i reżyser, i temat sam był atutem.
Nie traktuję tej nominacji w kategorii błędu. Film Andrzeja Wajdy miał wielki sukces  na festiwalu filmowym w Wenecji. W chwili obecnej dostał 89 zaproszeń na festiwale, w tym część już zrealizowana.
A te zaproszenia są efektem, jakości filmu o Wałesie, czy może rozpoznawalności reżysera i głównej postaci?
Z mojego punktu widzenia ten film jest ważniejszy dla świata niż dla Polski i przez ten świat ważny jest dla Polski.
Nie ma pan wrażenia, że historycznie „Wałęsa" jest, mówiąc delikatnie, dyskusyjny?
Przy tworzeniu scenariusza trwał pewien  spór między Andrzejem Wajdą a Januszem Głowackim, twórcą scenariusza. Dwie nieco rozbieżne wizje zakończyły się kompromisem. Z punktu widzenia artystycznego to zawsze gorzej, z punktu widzenia szans na większą akceptację zdecydowanie pewne uproszczenia były niezbędne.
Dla mnie ważne jest, że dzieła Andrzeja Wajdy takie jak „Katyń" czy „Wałęsa" wchodzą do historii kina i do tego będzie się wracać. W związku z tym wartości tego obrazu nie można mierzyć tylko ocenami dnia dzisiejszego, ale  pewną historią przekazów. Jestem pełen uznania dla Wajdy, że podjął decyzję o kręceniu filmu o bohaterze, który żyje i jest przedmiotem sporu, który sam od czasu do czasu swoimi wypowiedziami też nie ułatwia zadania. To nie jest łatwa sytuacja, ale fakt, że się udało, że panowie wspólnie razem się w wielu miejscach pojawili i odbierali wyrazy uznania, to ważne, bo były to wyrazy uznania dla nas, dla Polski, dla naszej historii.
Czy jest szansa na to, żeby patronat Ministerstwa Kultury otrzymał film o Smoleńsku?
Przede wszystkim ważna jest ocena scenariusza, od tego zaczyna się przygotowanie decyzji Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej o realizacji i ewentualnej partycypacji. Jeśli te oceny wypadną pomyślnie, to taki patronat jest możliwy. W innym przypadku będzie o to bardzo trudno.
Jeżeli scenariusz będzie zakładał, że do katastrofy doszło w skutek zamachu, to patronatu nie będzie?
Nie rozstrzygam kwestii scenariusza w tych kategoriach, dlatego, że jeżeli film nie jest oparty na faktach i nie ma mieć charakteru paradokumentalnego, czyli nawiązującego do tych konkretnych wydarzeń, to może mówić, o czym chce. Jeśli natomiast ma być oparty na faktach to sugestia zamachu odbiera filmowi podstawowy atut.
Cenię działalność filmową pana Krauzego, nie odmawiam mu prawa do zrobienia tego filmu. Problem polega na czymś innym. Pan Antoni Krauze podkreślał, że nie będzie zwracał się o środki publiczne, bo chce zrobić film kompletnie niezależny, pozostający w dużej odległości od narracji oficjalnej czy publicznej. Muszę powiedzieć, że nabrałem jeszcze większego szacunku dla tego wysiłku. Okazało się jednak, że z tego zamiaru nic nie wyszło. Jest wniosek o dotację publiczną. PISF decyzję w imieniu potencjalnych odbiorców, widzów podejmuje na podstawie oceny scenariusza.
Czy nie jest za wcześnie na „Smoleńsk"?
Uważam, że filmy o bardzo trudnych faktach, bardzo bolesnych, lepiej realizuje się z pewnego dystansu. Trzeba pamiętać, że tam gdzie są poważne kontrowersje, gdzie są silne emocje i niezagojone rany, lepiej poczekać i je ostudzić, rany opatrzyć. Z mojego punktu widzenia za wcześnie na film o Smoleńsku.
Obawia się pan, że film będzie częścią propagandy antyrządowej?
Może być, ale nie musi. Nie chciałbym zakładać złych intencji. W filmie o Smoleńsku łatwo o upolitycznienie. Ale bardzo obawiano się także filmu o Wałęsie, a okazało się, że nie jest to film o charakterze pomnikowym i nie wywołał wielkich dyskusji o charakterze politycznym.
Oglądam wiele filmów rocznie i cieszy mnie wyrobienie polskiej publiczności. Mamy teraz dziesięciokrotnie większą obecność na polskich filmach niż siedem lat temu. Żadne państwo w Europie nie może poszczycić się takim rezultatem. Warto szanować taką publiczność i środowisko.
Czeka pan na „Smoleńsk"?
Mam nadzieję, że kiedyś powstanie film na temat katastrofy w Smoleńsku, który nie będzie służył rozgrywkom politycznym. Dziś mam wrażenie, iż wciąż tkwimy w gigantycznym sporze,  i że ta atmosfera nie służy także tak uznanym reżyserom jak Antoni Krauze.
A co z pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej?
Wciąż nie mamy prawa dostępu do gruntu. Z tego też powodu sama realizacja wciąż nie może się rozpocząć. Czekamy też na zakończenie polskiego i rosyjskiego śledztwa . Dziś żadnego scenariusza wydarzeń nie możemy wykluczyć.
Ministerstwo Kultury obejmie patronat nad filmem „Jack Strong"? Dla części Polaków Ryszard Kukliński był również postacią niejednoznaczną.
Ministerstwo już wyraziło gotowość objęcia patronatem nad filmem Pasikowskiego.
Czy Kukliński był bohaterem narodowym?
Niejednoznacznym, ale bohaterem.
Małopolscy radni , w tym ośmiu z PO, w specjalnej rezolucji negatywnie ocenili działalność Teatru Starego w Krakowie i zaapelowali do pana o racjonalne wydawanie środków na kulturę.
Nigdy nie pozwoliłbym sobie na wskazywanie teatrowi, którego organizatorem jest sejmik, żeby określonego repertuaru nie realizował lub sugerował, domagał się zmian w obsadach dyrektorskich. Rezolucja jest także w kilku innych elementach dość kuriozalna. Radni, mając świadomość, że istnieje zapis konstytucji gwarantujący swobodę twórczą każdemu obywatelowi, uznają, iż z tej konstytucyjnej gwarancji nie należy przesadnie korzystać. To, co najbardziej budzi wątpliwość to fakt „eksperymentowania za publiczne pieniądze." Następnym krokiem będzie apel do ministra nauki, by także zrezygnować z dotowania z budżetu państwa rozwoju nauki, bo przecież dokładnie o to samo chodzi.
Rozwój kultury musi mieć gwarancje rządowe i, krótko mówiąc, nie mam zamiaru wykluczać także Krakowa z szans na udział w budowaniu nowych elementów na mapie kulturalnej Polski.
Aktorzy rezygnują z grania w teatrze, a podczas przedstawień Jana Klaty widzowie wychodzą z sali.
Mają do tego prawo. I jedni, i drudzy. To zresztą tradycja tego miasta i jego wspaniałej historii. Wspieram Jana Klatę i jego Teatr Stary. Cieszy mnie wzrost frekwencji na wszystkich scenach i pierwsze zagraniczne zaproszenia, nagrody i także debata o samym teatrze. Mam wielki szacunek do całego zespołu teatralnego, w tym tych, którzy obecnie nie znajdują identyfikacji estetycznej z proponowaną linią repertuarową.
Nie poddam się presji i nie zgadzam się na teatr jednej estetyki. Potrzebny jest teatr Klaty, Seweryna, Kijowskiego, Jandy, Englerta, Warlikowskiego, Glińskiej, Jarzyny, Szydłowskiego  i wielu innych.
Co pan powiedział kolegom z PO, którzy podpisali się pod rezolucją?
Przemilczałem. To ta część, która podobnie jak pozostali członkowie sejmiku, oczekuje kolejnych spektakli np. Jerzego Jarockiego. Ja też. Problem polega na tym, że i on, i Kantor, i Swinarski, i Grzegorzewski nie żyją. Mam szacunek do ich poglądów, oczekiwań, opinii. Ale oczekuję wzajemności.
Poseł Anna Sobecka postulowała, by natychmiast odwołać dyrektora CSW, a w miejsce placówki powołać Muzeum Żołnierzy Wyklętych, gdyż obecnie Centrum „nie spełnia wymogów narodowej instytucji kultury".
Nie zgadzam się z panią poseł Sobecką, a zwłaszcza z jej radykalną oceną. Fakt pokazania wśród wielu prac, jednej, rzeczywiście kontrowersyjnej, sprzed ponad 20 lat nie upoważnia do wysuwania propozycji likwidacji całej instytucji.
Dlaczego broni pan antyklerykalnych prac wystawianych m.in. w Centrum Sztuki Współczesnej?
Nie bronię i nie popieram. Jestem natomiast przeciwnikiem ukrywania faktu, iż takie prace od czasu do czasu powstają. Przeważnie są marne, choć bywają wyjątki. Tych marnych nikt by nie zauważył, gdyby nie protesty.
Decyzją warszawskich radnych, Gustaw Holoubek nie jest już patronem Teatru Dramatycznego. Zgada się pan z decyzją o wyrzuceniu aktora z teatru?
To bardzo niefortunna sytuacja. Chciałbym, żeby sprawę wyjaśniono bez uszczerbku dla pamięci Tadeusza Łomnickiego i Gustawa Holoubka.
Jak według ministra kultury i dziedzictwa narodowego powinniśmy obchodzić rocznice państwowe?
Stosownie. 3 maja i np. 11 listopada pogodnie, rocznice zbrodni katyńskiej czy też wybuchu II wojny światowej w powadze. Dziś w Europie mamy widoczny gołym okiem kryzys rocznic, jubileuszy, rozmaitej celebry i dość interesownego politycznie i finansowo powracania do określonych dat i postaci. Polska w tym ogólnym kryzysie nie jest wyjątkiem. Na prawie każdym posiedzeniu Sejmu oddajemy hołd komuś, lub przypominamy wydarzenie historyczne, a godzinę później prawie nikt o tym nie pamięta. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem tego typu inflacji.
Tęcza powinna zostać usunięta z warszawskiego pl. Zbawiciela?
Lokalizacja tęczy na placu Zbawiciela jest suwerenną decyzją samorządowców. Nigdy nie traktowałem tęczy jako symbolu praw mniejszości homoseksualnych, o ile się orientuję, artystka, twórczyni tęczy także.  Aktów wandalizmu na dziełach artystycznych nie można natomiast w żadnym wypadku ani tolerować, ani też usprawiedliwiać.
Jak zakończył się konflikt z były dyrektorem artystycznym CeTA Zbigniewem Rybczyńskim?
Nie zakończył. Finał ma jedynie czas współpracy z panem Zbigniewem Rybczyńskim. Dziś CeTA wychodzi z pewnego kryzysu, a zwłaszcza z sytuacji permanentnej prowizorki. Dokonywane są odbiory techniczne, korygowane są plany edukacyjne, pojawiają się konkretne propozycje współpracy z twórcami, a także projekty koprodukcyjne.
Jakie są plany MKiDN na 2014 r.?
Wdrażanie Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa, reforma pomocy socjalnej dla artystów znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji materialnej, otwarcie sali koncertowej NOSPR  w Katowicach,  Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku, Teatru Szekspirowskiego, stałej wystawy Muzeum Historii Żydów Polskich, nowego gmachu ASP w Łodzi, zakończenie reformy edukacji w szkolnictwie artystycznym i ostatniego etapu wdrażania edukacji kulturalnej w szkolnictwie powszechnym.
Komu w pierwszej kolejności należy się „AmicusVeritatis" - za zasługi w walce z kłamstwem katyńskim?
Wiele ważnych postaci walki o prawdę już nie żyje, jak np. Jan Nowak Jeziorański czy Józef Mackiewicz, wiele dla współczesnych uczynił Andrzej  Wajda, a jego film „Katyń" zmienił charakter debaty także w samej Rosji. Dziś pozyskujemy sojuszników we wszystkich krajach świata, ale walczymy też o prawdę, dlaczego to kłamstwo mogło tak długo trwać.
Poznaliśmy krytyczny raport o Wrocławiu jako ESK. Zapowiedział pan pomoc ministerstwa. Jaką sumą i zakresem pomocy będzie objęty Wieloletni Program Rządowy dotyczący finansowania Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 r.?
Zobowiązanie rządowe w obowiązującej aplikacji to kwota od minimum 35 mln zł do około 35 mln euro. Wiele zależy od samego Wrocławia. To  jakość wniosku i jego ocena przesądzi o ewentualnej partycypacji rządu. Pierwszy wniosek nie był jakościowo satysfakcjonujący. Jeszcze przed finalną oceną został też przez miasto wycofany. Dziś pracujemy nad kolejnym, już dużo bardziej dopracowanym i mam nadzieję, że do połowy roku Wrocław może liczyć na określenie poziomu pomocy finansowej.
Porównując chociażby program nadawany w wieczór sylwestrowy w telewizji publicznej i prywatnych stacjach, nie miał pan wrażenia braku misyjności?
To było pierwsze, dominujące wrażenie i najbardziej przykre. Spodziewałem się, że telewizja publiczna może nie walczyć o wielkość publiczności, ale musi powalczyć o to, aby jakość przekazu wyraźnie ją różnicowała od pozostałych stacji telewizyjnych. Z punktu widzenia utrzymania oglądalności na wysokim poziomie, wygrał zdecydowanie Polsat. Z punktu widzenia, jakości przekazu, obrazu, scenografii i grafiki wygrał zdecydowanie TVN. Telewizja publiczna znalazła się w tym rankingu w środku, co jest dla niej najmniej szczęśliwym rozwiązaniem.
Jak ocenia pan poziom artystyczny tych imprez?
Jeśli chodzi o poziom artystyczny to specjalnie nie ma czego oceniać. Na pewno też nie będziemy do tych „sylwestrów" wracać – no chyba, żeby przypomnieć, jak to dawniej się bawiono. Rywalizacja stacji telewizyjnych jest trochę bez sensu, niezwykle kosztowna i z ogólnym wrażeniem... nienajlepszym. Mam nadzieję, że to ostatnia tego typu rywalizacja.
Chciałby pan rewolucji artystycznej i organizacyjnej?
Tak i to każdym wymiarze. Również w sposobie budowania zainteresowania. Po pierwsze, umiejscawianie niezwykle głośnych i wielkich imprez w najpiękniejszych częściach miast, te cudowne miejsca zabijają i to na kilka dni. Najciekawsze miejsca, historyczne wnętrza tracą klientów i markę. Koncentracja aktywności artystycznej na jednej scenie daje efekt „papki", a artyści dzielą się na tych, którzy występują na żywo dla obecnych i tych, którzy liczą się przede wszystkim z przekazem antenowym. Umiejętność łączenia odbiorców dana jest nielicznym.
Włodarze miast bronią się tym, że taka forma to biznes i dążą do tego, aby była jak najbardziej ludyczna.
Zgadzam się, że jest to najbardziej ponętne, ale moim zdaniem posiada pewien skutek zgubny. Notabene Trójmiasto w największym stopniu uniknęło wymienionych powyżej błędów. Polsat postawił na oglądalność, to stacja komercyjna, wygrała dwukrotnie z telewizją publiczną i ta ostatnia ma teraz sporo do myślenia. Ciekaw jestem też kosztów obu realizacji. Moja ocena dziś nie ma specjalnego znaczenia. Jestem jednak przekonany, iż w długiej perspektywie wygra to miasto, które będzie gwarantem jakości swojej oferty. Ważne, by być tym ośrodkiem, które tworzy wzór, a nie tym, który obce wzory kopiuje.
Może dobrym pomysłem byłoby wymieszanie, urozmaicenie artystów popularnych z artystami mniej znanymi, ale zapewniającymi wyższy poziom, jakości?
Zdecydowanie tak. Rozmaitość ofert, rodzajów wydarzeń, dyslokacja projektów (oczywiście bez przesady), a także szacunek do interesów właścicieli lokali w najcenniejszych centrach miast to właściwy kierunek.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA