fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jest wśród nas

Bogusław Chrabota
Fotorzepa, Tom Tomasz Jodłowski
Czym jest zło? Czy to tylko brak dobra? Czy coś więcej? Nie tyle niesprecyzowana przestrzeń między dwoma pozytywnymi biegunami, ale byt osobny, osobne integrum, zło namacalne, może nawet wcielone? Jedno czy drugie? Brak, czyli nieistnienie? Czy odwrotnie; jednoznaczna obecność, uchwytność, sprawdzalność? Komuś się wyda, że to dylemat abstrakcyjny.
Niewart oceanu atramentu, który wylali, dyskutując ten temat etycy przez ostatnich tysiąc lat. Ale jest w błędzie. To kwestia zasadnicza. Bardziej nawet, fundamentalna. Bo jeśli złem jest brak dobra, to jego sprawcy są w najgorszym wypadku śpiochami, mało spostrzegawczymi bądź niedostatecznie czujnymi idiotami, ich intencje zaś opisuje brak refleksji lub mała aktywność w kierunku tego, co pozytywne.
Jeśli jednak jest inaczej, wtedy zło ma swą tożsamość i swoje imię, jest zamierzoną intencją. Porządek etyczny burzy z natury; można je nazwać z imienia i nazwiska. Jest szatanem, złem wcielonym, moralnością odwrotną. Mamy więc przed sobą taką oto regułę; sprawcy zła działają z pełną premedytacją, ze świadomością skutków i w najgorszych intencjach. Są po odwrotnej stronie niż ci, co wybierają dobro. Który z poglądów jest mi bliższy? Niech w moim imieniu przemówi taki oto obrazek. Rok 1943, wyludniona wcześniej przez komunistów, a całkiem niedawno przeorana niemieckimi czołgami Białoruś. Wioseczka nad Berezyną, nieledwie zaścianek. Kilkanaście domów. Dymy z kominów, ale mało kto tu już mieszka.
Niemcy przyjechali przed świtem. Domy otoczyli szpalerem ludzi z bronią automatyczną w ręku. Mieszkańców zapędzili na plac pośrodku wsi. Kto mógł, zabierał dzieci, drobną biżuterię, zegarki, ukryte zwitki pieniędzy. Zebranych pognano do miasta; wieś miała pójść z dymem. Ale nie wszyscy opuścili domy. Niektórzy nie mieli siły. Stara kobieta, matka mojej babci, była już po kilku udarach. Nie chodziła. Większość czasu spędzała w łóżku. Czasem ktoś ją brał furmanką do kościoła. Ktoś inny wystrugał kule, by mogła przejść kilka metrów, ze swojej sypialni do kuchni. Jakże więc mogła wyjść na podwórze? Młodych wygoniono kijami. Starzy i kalecy zostali w domach. Kobieta zakopała się w głębokich pierzynach w nadziei, że nikt jej nie znajdzie. Gromada zbitych ludzi stała w błocie pośrodku podwórza. Człowiek w czarnym mundurze wykonał prosty gest i kilku mężczyzn zaczęło wylewać benzynę na strzechy domów. Także na ten, w którym została moja prababka. Po chwili  zbliżył się z zapalniczką do strzechy. Płomienie szybko objęły dach i resztę domu. Huk był tak wielki, że nikt nie słyszał krzyków. Sam stał obok. Srebrną leiką pstrykał kolejne zdjęcia. Potem poszedł do samochodu. Gapa czy skurwysyn? Dylemat jak z podręcznika. Brak dobra czy w największym stopniu uosobione, skondensowane zło? Czy ów człowiek z naszywką SS był kimś, kto przespał okazję, by zachować się pozytywnie, czy inaczej, z pełną świadomością skutków bez cienia wahania  zabił przedstawiciela własnego gatunku? Nie mam wątpliwości. Działał świadomie i pewnie z satysfakcją. Gdzieś wewnętrznie uzasadniał to przekonaniem, że rozprawia się z ludzkimi pluskwami. Bo czymże, nawet bardziej niż kimże innym była dla niego siedemdziesięciokilkuletnia, schowana głęboko w pierzynach, sparaliżowana kobieta? Że modliła się do rzekomo wspólnego Boga o ocalenie? A kimże właściwie był On sam, ów Bóg dla nich wszystkich, wychowanych na bełkocie Rosenbergów młodocianych żołnierzy imperium? Gdyby podzielali Jego etykę, czyż zdarzyłyby się łapanki na ulicach Warszawy, Palmiry, Auschwitz, Majdanek, Treblinka, eksperymenty Mengelego, wymordowanie steki tysięcy mieszkańców Warszawy, palenie żywcem w krematoriach  żydowskich dzieci, pożar warszawskiego getta i tak dalej, i dalej. Gdyby zło nie istniało w wersji spersonalizowanej, czyż byłby możliwy bolszewizm, czy miałaby rację istnienia WCzK, dałoby się wymyślić Dzierżyńskiego, Jeżowa, Berię i Stalina? Czy możliwy byłby Katyń i milion innych zbrodni, za którymi stali konkretni ludzie? Ludzie o imionach i nazwiskach, które pamiętamy, ale też setki innych, pamięć o których pochłonęła historia. – Szatan jest wśród nas! – mawiają egzorcyści. Ale trudno uchwycić jego fizyczność. Poznać anatomię. Rozpoznać w tłumie. Miewa niekiedy piękne błękitne oczy. Kiedy indziej obłą twarz posępnego debila. Rozpoznać go trudno. Ale zawsze świadczą o nim czyny. Większość z nich uchodzi bezkarnie, jak tamten z płonącą strzechą w tle, w 1943 nad Berezyną. Czy coś nas może uratować? Tylko pamięć, pamięć i jeszcze raz pamięć. Choćby tak nieważna jak moja.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA