fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Kłócili się o prowadzenie domu

Czy rodzinne waśnie doprowadziły do zabójstwa dwóch kobiet? Ich ciała strażacy znaleźli w rozbitym aucie
Niewielki, otoczony podwórkiem dom przy jednej z bocznych ulic Swarzędza. To tutaj mieszkał 61-letni Mieczysław N.
– Dziwny człowiek – starszy mężczyzna nie ma najmniejszych wątpliwości. – Od lat byliśmy sąsiadami, a on nigdy nawet się nie ukłonił, nie powiedział „dzień dobry”. Jak wychodził z domu, spuszczał głowę, jakby nikogo nie chciał widzieć. Mieczysław N., jak mówią sąsiedzi, był z zawodu elektrykiem. Podobno pracował w Poznaniu, ale kilka lat temu przeszedł na emeryturę. Od pewnego czasu mieszkał z siostrą – 56 letnią Janiną J. Sąsiadka: – Jego nie znałam, ją owszem. Dobra, spokojna kobieta.
W sobotę wieczorem, może w niedzielę nad ranem, Mieczysław N. rzucił się na siostrę z ostrym narzędziem, prawdopodobnie siekierą. Zadał jej sześć ciosów w głowę. Następnie posprzątał mieszkanie, a owinięte w folię ciało zapakował do samochodu. Sam umył się i pojechał do mieszkającej kilka ulic dalej żony. Tam scenariusz się powtórzył. Po zamordowaniu żony i siostry Mieczysław N. prawdopodobnie popełnił samobójstwo W niedzielę rano Mieczysław N. odwiedził kuzynkę. Zostawił jej 6 tys. zł oraz walizkę, a w niej wypełnione PIT-y, trochę osobistych przedmiotów i historię choroby – od dawna leczył się u kardiologa. – Podczas wizyty mężczyzna był zdenerwowany, narzekał na dorosłe już dzieci. Kobieta nie dopytywała, dlaczego zostawia jej swoje rzeczy. Nie widziała też zaparkowanego nieopodal auta, w którym były ciała – mówi podinspektor Krzysztof Jarosz, zastępca komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu. Niedługo potem na bocznej drodze między Gieczem a Gułtowami prowadzony przez Mieczysława N. fiat punto z impetem uderzył w drzewo. Mężczyzna zginął na miejscu. Policjanci są niemal pewni: N. popełnił samobójstwo. – Na szosie nie było śladów hamowania – mówi Jarosz. Dlaczego doszło do tragedii? W tej sprawie nadal jest więcej pytań niż odpowiedzi. Mieczysław N. był żonaty, ale z żoną nie mieszkał. Ani policja, ani sąsiedzi nie potrafili jednak wczoraj powiedzieć dlaczego. Nadal nie wiadomo też do końca, czy mężczyzna działał w afekcie, czy też wcześniej zaplanował zbrodnię. – Na razie nie potrafię powiedzieć, czy zaatakowane kobiety się broniły – przyznaje Magdalena Mazur-Prus z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Policja podejrzewa, że przyczyną tragedii mogły być rodzinne spory. – To była przeciętna, niczym niewyróżniająca się rodzina. Prawdopodobnie jednak między domniemanym sprawcą a kobietami dochodziło do zatargów, których podłożem był sposób prowadzenia domu – tłumaczy Jarosz. Ale policja bada też inny wątek. Krótko po zbrodni pojawiła się informacja, że rodzina dostała niedawno w spadku 170 tys. zł. I właśnie podział pieniędzy miał się stać przyczyną tarć zakończonych tragedią. – Nie mamy żadnych informacji o spadku. Ale sprawdzamy i to – zapewnia Jarosz. Wczoraj policja przesłuchiwała rodzinę ofiar i domniemanego zabójcy. Poszukiwała też narzędzia zbrodni. Tymczasem w niewielkim Swarzędzu makabryczne morderstwo to nadal temat numer jeden. – Ci ludzie od lat żyli obok nas. Sprawiali całkiem zwyczajne wrażenie. W głowie się nie mieści, że pod naszym nosem doszło do tak strasznej zbrodni – mówi starsza pani. masz pytanie, wyślij e-mail do autora l.zalesinski@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA