fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Z chłodniejszego kraju

„Południe” w początkach XX wieku: lepkie raje białych ludzi. Zdjęcie z Cejlonu.
Corbis
Tytuł „Południe" jest, nie da się ukryć, trochę mylący: sugeruje bowiem, że oto mamy do czynienia z próbą opisu – no właśnie, czego? Krajów Południa? Mentalności ich mieszkańców? Odrębności kulturowych, które dzielą ich od nas? Takie próby są równie nęcące, zwłaszcza dla autorów z Północy, co ryzykowne, zwykle chybione. Przychodzi mi na myśl choćby bardziej zwarta treściowo od debiutu Andrzeja Muszyńskiego książka Elizy Griswold „The Tenth Parallel" (Dziesiąty równoleżnik), będąca opisem globalnego spięcia między chrześcijanami a muzułmanami, którego front przebiega właśnie gdzieś w okolicach 10. równoleżnika. Zobacz na Empik.rp.pl
Książka Griswold jest fascynująca, ale na koniec, po zapoznaniu się z dziesiątkami historii opisanych przez autorkę, czytelnik zadaje sobie pytanie: no i co z tego?
Z „Południem" Muszyńskiego jest trochę podobnie. To jest bardzo dobrze, miejscami porywająco napisana książka, której autor kluczy, nie będąc do końca pewnym, jak wykorzystać swoje pisarskie umiejętności. Muszyński jest najlepszy, kiedy pisze reportaż i nie stara się za wszelką cenę, żeby był on „literacki".
Opowieść o Duchu, osławionym szefie więzienia S21 w Kambodży, albo o Mohamedzie Bouazizim, symbolu rewolucji w Tunezji, od której zaczęła się arabska wiosna, to soczyste, pulsujące energią opowieści, w których spod potoczystej relacji wyłaniają się nie tylko postawy i dramaty ludzkie, ale wielka historia. W rozdziale o historii Gabonu ukazanej na tle zmian obyczajów kulinarnych w kraju Andrzej Muszyński dotyka istoty dobrego reportażu: odnajduje szczegół, na który „nawleka" opowieść. Jeśli ten szczegół jest wystarczająco nośny – a w tym wypadku jest – czytelnik otrzymuje ten rodzaj literackiego olśnienia, który, mówiąc potocznie, stanowi o przyjemności, którą można czerpać z czytania.

Narcyz na górskiej ścieżce

Od strony stylistycznej Muszyński jest w swojej książce dwuwątkowy. Z jednej strony pisze reportaż, z drugiej nie chce zrezygnować ze stylu podróżniczego. Celowo wprowadzam te dwie kategorie, bo w większości przypadków (są wyjątki: Andrzej Bobkowski, Graham Greene, William Dalrymple i jeszcze kilku innych autorów) oznacza to rozróżnienie na pisanie o świecie, czyli zapisywanie tego, co widać, słychać, czuć, opisywanie zachowań innych ludzi i ich sposobu życia – oraz pisanie o sobie. W paru miejscach autor nie unika tej narcystycznej pokusy – jego przygody na pustyni albo w dżungli są niespecjalnie odkrywcze, co najwyżej lepiej napisane niż większość zapisków z tego typu akcji (i relacji z nich, w których dowiadujemy się zwykle, co autora bolało i jak cierpiał, kiedy wchodził na górę albo z niej schodził) w magazynach podróżniczych.
Jednak i w tej dziedzinie Muszyński potrafi zaskoczyć, co widać na przykład w opowieści o indianach Kogi żyjących od wielu wieków na szczytach Sierra Nevada w Kolumbii. Ta historia jest niezwykle poruszająca właśnie dlatego, że same obrazy, słowa, postaci – wystarczą. Ubrane w płynną narrację budują świat odrębny, fascynujący, wciągający w siebie – po to tylko, by na koniec wypluć nas jako obcych.
Są w tej książce smakowite kąski, takie jak na przykład opis sprzedawcy maści z koki w opowiadaniu „Oriente boliviano". Otrzymujemy spisany na jednej stronie dramat z udziałem obwoźnego handlarza autobusowego i jego klientów. Jest tu smród potu pasażerów, świergot głosu handlarza, początkowa nieufność klientów, milczenie, które przeradza się w tumult dzięki czarodziejskiej mocy otwierania innych ludzi, jest cały zapis iluzji, dzięki której nudny, ociężały autobus na kilka chwil zmienia się w wibrujący życiem bazar.
Trochę szkoda, że Muszyński zbyt często ucieka w poezję. Rozumiem, że dla wielu czytelników jego książki wstawki nazwane „ulotne" będące zapewne nawiązaniem do zapisków z „Lapidarium" Kapuścińskiego mogą stanowić o bogactwie książki. Mnie się zdaje, że są one niezbyt udaną ucieczką w medytacyjną „metafizykę", próbą „dociążenia" książki, której wcale nie jest to potrzebne.
Podobnie jak niepotrzebne bywają w tej książce lekko naiwne uogólnienia polityczne. Nie wszystko musi być poezją i nie zawsze działa ona poprzez zestawienie „impresyjnych" obrazów z „poetyckim" językiem. I nie byłoby chyba dobrze, gdyby talent literacki autora ugrzązł w walce o wyzwolenie ludów Południa od postkolonialnej opresji Północy.

Ostrożnie z aforyzmami

Południe" Muszyńskiego ma wiele zalet: dla mnie jest przede wszystkim próbą przekroczenia siebie, wyjścia poza stereotypowe rozumienie innego. Takie próby różnie się kończą. Pisanie o biednej Azji czy Afryce z punktu widzenia dostatnio żyjącego, wychowanego w innej kulturze Europejczyka z natury jest jakoś ułomne, czasem nawet nie do końca stosowne. Jest w książce Andrzeja Muszyńskiego fragment pt. „Szok kulturowy": to w istocie zestaw różnorodnych iluzji, które produkujemy na potrzeby swojego opowiadania o świecie Południa. Ten tekścik dotyka istoty rzeczy – akurat pochodzi z serii „ulotne", choć nie jest jednak ani „poetycki", ani „metaficzny", tylko dowcipny i mądry:
Hiszpania – ale już przecież „czuć Afrykę".
Ceuta – ale już „jak w Maroku".
Tłum na granicy – „stratują".
Maroko – „jądro ciemności"
Dwadzieścia taksówek – „dwieście taksówek"
Kierowca bez zęba – „kierowca bezzębny"
Głośne radio – „ogłuchliśmy"
Miasto białe – „śnieżnobiałe"
Ciasnota – „nie przebrniesz"
Pusta medyna – „labirynt grozy"
Taniec – „trans"
Zaniedbany dworzec – „Czwarty Świat"
Naganiacz – „bandyta"
Prowadzi do taksówki – „chce nas okraść"
Targuje się – „chce nas zabić"
Krzyczy – „krzyczą"
Kopie mnie w nogę – „kopią mnie w nogę"
Przyjeżdża radiowóz – „akcja policji"
Wyjeżdżamy z miasta – „ucieczka"
Jest gorąco – „płoniemy"
Najwyraźniej oprócz talentu pisarskiego i pasji w poznawaniu świata Andrzej Muszyński ma dystans do siebie.
Andrzej Muszyński, „Południe", Czarne, 2013
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA