W styczniu został pan powołany na kolejną kadencję prezesa KIO. Zdecydował się pan objąć funkcję chyba w najtrudniejszym dla Izby momencie. Na wyrok czeka się dziś miesiącami, choć przepisy przewidują termin 15 dni. Nie boi się pan?
Sytuacja, tak jak pan mówi, jest zła, można powiedzieć, że kryzysowa, ale też z drugiej strony z uwagi na to, że kieruję działalnością Izby od kilku lat, to jestem w pewien sposób przygotowany, by się z tą sytuacją zmierzyć. Znam jej genezę i sposoby wyjścia na prostą. Oczywiście wyzwanie jest ogromne, ale ponieważ problemy zaczęły się za mojej pierwszej kadencji, to wypada po sobie też posprzątać. Nawet przez myśl mi więc nie przyszło, żeby zostawić Izbę w takiej sytuacji. Znajomość mechanizmów i procedur, które nie są nigdzie spisane, tylko przez lata wypracowane, będzie bez wątpienia pomocna, tylko prezes i wiceprezes Izby wiedzą, jak to działa. Wiem, że łatwo nie będzie, ale wiem też, co trzeba zrobić i widzę światełko w tunelu.
Czytaj więcej:
Pytani przez „Rzeczpospolitą” eksperci są zgodni, że wpis od odwołań w sprawach przetargowych jest zbyt niski i należy go podwyższyć. Zmiany zapowi...
Pro
Jak długo dziś czeka się na rozstrzygnięcie przed KIO?
Zazwyczaj niestety od miesiąca do dwóch. Oczywiście są sprawy, które kończą się wcześniej, ale są też na tyle skomplikowane, rozpoznawane na wielu rozprawach, w których na wyrok czeka się jeszcze dłużej.
Sprawy skomplikowane zdarzały się zawsze. Teraz zaś tygodniami czeka się na wyznaczenie samego terminu.
Z czego to wynika?
Widzi pan tę górkę teczek na moim biurku? Jest stosunkowo mała, to 26 spraw przekazanych mi przez Biuro Odwołań Urzędu Zamówień Publicznych. Trafiają one do mnie po wprowadzeniu danych do systemu i po wstępnej kontroli, po sprawdzeniu czy są braki formalne, czy nie. Dopiero gdy dostanę je na biurko, mogę wyznaczyć skład orzekający, a potem skład wyznacza termin.