fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Koronawirus: w czasach zarazy zębów nie wyleczysz

AdobeStock
Z braku środków ochronnych dentyści zamknęli gabinety. O pomoc trudno nawet w nagłych wypadkach. Samorząd lekarski chce jednak to zmienić.

Ogromny ból, opuchlizna części twarzy i oka, konieczność natychmiastowej wizyty u lekarza – choroby zębów nie biorą wolnego na czas epidemii. Kłopot w tym, że pacjent z takim bólem nie ma gdzie szukać pomocy. Z powodu braku wytycznych dotyczących bezpiecznego leczenia stomatologicznego większość dentystów pozamykała gabinety, a pracujący w państwowych ośrodkach stomatologicznych nie mają odpowiednich środków ochronnych.

– Lekarze dentyści i ich pacjenci są najbardziej narażeni na zakażenie koronawirusem. Nasza praca polega na bezpośrednim kontakcie ze śliną pacjenta, która miesza się z aerozolem wytwarzanym przez używane przez nas urządzenia. W dodatku specyfika naszej pracy sprawia, że stoimy w odległości ok. 30 cm od twarzy pacjenta. A wirus przenosi się drogą kropelkową – tłumaczy dr Dariusz Paluszek, przewodniczący komisji stomatologicznej przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie i członek prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej.

I choć podczas senackiej Komisji Zdrowia lekarscy samorządowcy wywalczyli poprawkę do nowelizacji specustawy o koronawirusie, która pozwala indywidualnym praktykom lekarskim na zakup środków ochrony osobistej, brakuje ich zarówno w aptekach, jak i w hurtowniach.

– W dodatku brak oficjalnych wytycznych resortu zdrowia co do bezpiecznego sposobu leczenia pacjentów stomatologicznych tak, by lekarz nie zakaził się od pacjenta albo sam nie przeniósł wirusa. Nic więc dziwnego, że większość stomatologów pozamykała gabinety. Może nawet bardziej ze strachu przed ewentualnymi roszczeniami pacjentów, gdyby się okazało, że nie wiedzieli o tym, iż są zakażeni, i nieświadomie narazili pacjenta, niż w obawie przed samym zakażeniem – mówi nam jeden ze stołecznych stomatologów.

Dodaje, że nawet gdyby udało się zdobyć strój ochronny, kosztowałby on dziś ok. 150–200 zł, a trzeba go wymieniać przy każdym pacjencie.

– Prócz tego, że służymy naszym pacjentom, jesteśmy też przedsiębiorcami i musimy utrzymać gabinet na odpowiednim poziomie. Zamknięcie praktyki to dla nas utrata dochodu. Nie mamy jednak wyjścia – zaznacza dr Paluszek. Dodaje, że taka sytuacja dotyczy 100 tys. prywatnych praktyk.

W czasach epidemii nie będzie więc mowy o zabiegach planowych – zrobieniu korony czy licówki, ale samorząd chciałby ulżyć pacjentom z bólem. Dlatego proponuje, by potencjalnie wolnych od koronawirusa przyjmowały ośrodki referencyjne znajdujące się w każdym województwie (na Mazowszu to Mazowieckie Centrum Stomatologiczne i Uniwersyteckie Centrum Stomatologii na kampusie Banacha), osoby zakażone były leczone w szpitalach zakaźnych, a do poddanych kwarantannie stomatolodzy jeździli dentobusami.

Czytaj też:

Nie ukrywajcie choroby. Grożą za to kary

Epidemia: to nie jest dobry czas dla kobiet w ciąży

Lekarze boją się zakażenia na porodówce

Mieszkańcy domów jednorodzinnych mogliby być leczeni wewnątrz dentobusa, który byłby każdorazowo dezynfekowany, a do lokatorów bloków ubrany w kombinezon lekarz dentysta wchodziłby z przenośnym urządzeniem do borowania.

Nieoficjalnie udało nam się potwierdzić, że Narodowy Fundusz Zdrowia pracuje nad określeniem szczegółowych wytycznych dotyczących osób w kwarantannie, które wymagają pilnego leczenia stomatologicznego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA