fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Smartfony z 5G będą kreować popyt ze strony użytkowników

materiały prasowe
Politykę zostawiamy politykom. W drugiej połowie października zaplanowana jest nasza premiera w Europie i w Polsce – mówi Seon-Il Hwang, wiceprezes Vivo Europe ds. marki i e-commerce.

Vivo po hiszpańsku to „żywy". A po chińsku coś to znaczy?

To dobre pytanie i odpowiedź na nie brzmi: po chińsku nie ma określonego znaczenia. Wprowadziliśmy tę nazwę świadomie, żeby się wyróżnić, ponieważ w kilku europejskich językach oznacza ona „żywy" i odzwierciedla kulturę naszej firmy. Jesteśmy młodymi pasjonatami, z otwartymi głowami. Mówimy, że jesteśmy 25-letnim start-upem. Jako firma istniejemy od 1995 r. Koncentrowaliśmy się od początku na biznesie telefonicznym: od telefonów przewodowych, po bezprzewodowe feature phone'y, po smartfony. Vivo uruchomiło markę smartfonów w 2011 r. W 2014 r. wyszliśmy poza Chiny i zaczął się międzynarodowy rozwój. W zależności od firmy badawczej w drugim kwartale tego roku zajmowaliśmy piąte lub szóste miejsce na świecie pod względem sprzedaży smartfonów. Jesteśmy obecnie numerem dwa w Chinach, w Indiach, i jeden w Indonezji. Szybko przesuwamy się w górę na innych rynkach. W sumie – licząc razem z biurami europejskimi – jest ich ponad 30.

Teraz w Europie pojawią się nasze produkty. To dla nas bardzo ważny rynek. Wchodzimy tu z lekkim opóźnieniem zarówno z powodu Covidu i odwołanych targów MWC 2020, ale i dlatego, że chcieliśmy dobrze przygotować się do tego debiutu.

Kiedy zatem oficjalna premiera?

Nasza premiera będzie miała miejsce w drugiej połowie października (20 października podała firma w poniedziałek - red.), a smartfony Vivo trafią na półki sklepowe już niedługo po niej.

Kiedy de facto zaczęliście działać jako firma w Europie?

Pierwsze biura w Europie otworzyliśmy w listopadzie 2019 r. Obecnie w europejskiej centrali zatrudniamy ponad 70 osób różnych narodowości i z doświadczeniem w różnych dziedzinach. W Polsce pracuje dla nas obecnie 20 osób.

Wybraliście już sposób dystrybucji w Polsce?

Na każdym z rynków, na który wchodzimy, współpracujemy z siostrzanymi firmami, które nazywamy „national sales companies". Z jednej strony ściśle współpracują z nami, z drugiej mają wyłączność. Wszędzie chcemy być obecni w trzech kanałach dystrybucji: u operatorów, w sieci detalicznej i w e-commerce. O ile nam wiadomo, w Polsce otwarty rynek i e-commerce bardzo silnie rosną, stąd też taka decyzja. Mamy już w Polsce ustalenia co do sprzedaży z jednym z operatorów, dwoma–trzema sieciami sprzedaży detalicznej i kanałem online.

Jak pod względem biznesowym radzi sobie Grupa BBK, spółka-matka Vivo?

Vivo jest niezależną firmą i nie należy do żadnej firmy-matki. Inwestujemy we własne zasoby badawczo-rozwojowe, nie dzielimy się z żadną marką zarówno w zakresie rozwoju oprogramowania, jak i sprzętu. Mamy prawie 10 tys. pracowników w dziewięciu centrach B&R w Azji i USA i jesteśmy z tego bardzo dumni.

W wielu źródłach można znaleźć informację o powiązaniach kapitałowych z BBK. Więc kto jest obecnie właścicielem Vivo?

Jesteśmy firmą prywatną, której prezesem jest pan Shen Wei.

Twierdzicie też, że jesteście 25-letnim start-upem.

To kwestia mentalności. Firma ma płaską strukturę, brak wyraźnej hierarchii opartej o tradycję, co można zwykle zobaczyć w chińskiej firmie. Nie zobaczy pani u nas ludzi w garniturach.

Start-up oznacza też raczkującą firmę, przepalającą pieniądze. Zarabiacie?

Muszę przyznać, że i nam nie zawsze było łatwo. Droga była wyboista. Raz rośliśmy, raz spadaliśmy. W Chinach, na naszym rodzimym rynku, było kiedyś ponad 100 różnych marek smartfonów.

Wracając do pytania. Tak zarabiamy pieniądze. W 2018 r. sprzedaliśmy 100 mln smartfonów. W 2019 r. – 110 mln. To dość stabilny wzrost. Jesteśmy teraz numerem dwa w Chinach, a w sumie mamy 370 mln użytkowników. Poza tym jednak różnimy się od innych firm. Nie robimy niczego na siłę. We wszystkim musi być sens. To także jeden z powodów późnego wejścia do Europy. Chcieliśmy zrozumieć naszych klientów, poznać ich, porozmawiać twarzą w twarz. Za miesiąc pokażemy też, że przy tym wszystkim ceny naszych urządzeń są przystępne, a jakość naprawdę dobra.

Europejski rynek jest regulowany i bardzo konkurencyjny. Dlaczego tu wchodzicie?

Chcemy jednak być globalnym graczem i działać na rynkach rozwiniętych. Europa na pewno nie jest łatwym rynkiem, ale dobrze się przygotowaliśmy i nie przestajemy się uczyć.

Według IDC w tym roku na świecie sprzeda się o 10 proc. smartfonów mniej. Jakie są wasze ambicje, jeśli chodzi o udziały w rynku europejskim i polskim?

Trudno przewidzieć. W Europie jeszcze nawet nie wprowadziliśmy naszych produktów na rynek i nie wiemy, jak ludzie zareagują, ale jestem pewien, że odniesiemy sukces. Będziemy podkreślać obecność Vivo jako głównego sponsora FIFA w latach 2018–2022, co stanowi dużą inwestycję i odpowiada na potrzeby użytkowników. Wkrótce ogłosimy kolejny duży sponsoring, ale to na razie rozmowy objęte poufnością.

Jak chcielibyście wyróżniać się na tle konkurencji?

Myślę, że trzeba rozważyć dwie rzeczy. Po pierwsze to, na jakiej półce cenowej chcemy się pozycjonować, a po drugie, jaki produkt zaoferować. Widzimy, że użytkownicy nadal muszą rezygnować z pewnych funkcji, aby było ich stać na zakup aparatu. Uważamy, że jesteśmy w stanie pogodzić te dwie rzeczy. Z jednej strony możemy zaproponować ciekawe innowacje w telefonie za nieco ponad 400 euro, ale z drugiej bardzo ważną półką cenową jest dla nas przedział 200–400 euro, która dynamicznie rozwija się w Europie.

Oczywiście na rynku jest wielu producentów, także nowych, ale... Nie chcę powiedzieć, że ich produkty są nudne, to byłoby nie fair, ale nie są już tak interesujące jak trzy–cztery lata temu, jeśli chodzi o nowe funkcje, z których mogliby korzystać użytkownicy.

Wiemy, że Europejczycy lubią swoisty minimalizm. Z badań wynika, że wśród młodszych osób można wyróżnić dwie grupy: „towarzyskich fotografów" i „poszukiwaczy rozrywki". Ta pierwsza grupa to osoby, które często robią zdjęcia, głównie selfie, i dzielą się nimi z innymi. Druga zaś to osoby, które chcą oderwać się na chwilę od codziennych kłopotów, zapomnieć o rzeczywistości.

Jak ważne będzie 5G, by zdobyć użytkowników?

Mamy Covid, wydłuża się cykl wymiany telefonów, w Polsce telefony tańsze niż 400 euro stanowią około 85 proc. rynku. To tło dla odpowiedzi na pytanie o 5G. Dla nas i konsumentów będzie to oczywiście ważna cecha, gdy urośnie zasięg sieci i narzekania na siłę sygnału się skończą. Spodziewamy się, że na kurczącym się rynku 5G będzie kreowało zapotrzebowanie użytkowników. Pytanie brzmi: jak konkurencyjne mogą być nasze telefony 5G, jeśli chodzi o cenę. Łatwo jest wprowadzić model kosztujący 1900 euro. Ale wprowadzić telefon z 5G za mniej niż 300 euro – to wyzwanie.

Nie zamierzamy kłaść nacisku na telefony 5G także z innego powodu. Według danych Canalys użytkownicy 5G stanowią obecnie około 3,5 proc. całego polskiego rynku, a 4G stanowią zdecydowaną większość.

Nie obawia się pan, że historia Huawei może zdarzyć się wam?

Zostawiamy politykę politykom. Możemy powiedzieć, że lubi nas ponad 350 milionów ludzi na świecie, a wśród naszych partnerów są Qualcomm, odpowiadający za część sprzętową, i Google, odpowiadający za oprogramowanie. Jesteśmy więc globalną firmą z chińskim dziedzictwem.

Tak pan mówi, ale z powodu antychińskich nastrojów Vivo rozwiązało umowę sponsoringu z indyjską Premier League Krykieta. A jeśli w Europie będzie podobnie?

Indyjska federacja krykieta BCCI i Vivo zawiesili współpracę dotyczącą sponsoringu tytularnego dla indyjskiej ligi krykieta w 2020 r. Naszym głównym celem jest zapewnienie korzyści klientom oraz długoterminowe zaangażowanie na rynkach europejskich.

W Indiach 13,5 tys. telefonów Vivo miało ten sam numer IMEI, co utrudnia np. poszukiwanie przestępców. Jak do tego doszło?

Vivo India bada sprawę. Niestety, ze względu na wrażliwość tej kwestii i trwające oficjalne dochodzenie firma nie może w tej chwili ujawnić więcej informacji.

Seon-Il Hwang jest wiceprezesem ds. marki, PR i e-commerce w firmie Vivo na Europę. Pracuje dla tej chińskiej firmy od 2017 roku. Do czerwca ub.r. był starszym dyrektorem ds. marki. Wcześniej zdobywał doświadczenie w koncernach motoryzacyjnych: Grupie BMW i Infinity, uczestnicząc w ich rozwoju na rynkach Azji i Oceanii. Hwang ukończył zarządzanie na Uniwersytecie Hanyang w Korei Południowej i zdobył tytuł MBA na China Europe Business International School (CEBIS). ?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA