fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Pancerny „Wilk” miałby szansę przełamać impas w zbrojeniówce

materiały prasowe
To nie rakietowe systemy – bo te kupujemy za granicą – ale nowy czołg dla polskiej armii miałby dać impuls rozwojowy i rozpędzić technologicznie Polską Grupę Zbrojeniową – twierdzi jej prezes Witold Słowik.

Już trzeci rok spada wartość zamówień MON lokowanych w państwowym przemyśle, bo z zagranicy, przede wszystkim z USA, sprowadzamy najnowsze rakietowe systemy potrzebne armii. To oręż dla powietrznej tarczy Wisła czy HIMARS, dalekosiężna broń dla wojsk lądowych. W planach jest też przyspieszony zakup kosztownych samolotów nowej generacji. A przecież mieliśmy przede wszystkim rozwijać krajowe zakłady i stopniowo awansować w gronie producentów nowoczesnego sprzętu.

Rozumiemy, że import niestandardowego sprzętu jest konieczny, bo chodzi o nasze bezpieczeństwo i siły zbrojne muszą szybko odpowiadać na nowe zagrożenia. Rzeczywiście zmniejszył się udział naszych spółek w podziale budżetowego tortu przeznaczonego na zamówienia wojskowe. Wciąż jednak PGZ osiąga przychody z dostaw sprzętu rzędu kilku mld zł rocznie. Nie mam powodu wątpić, że ta suma będzie rosła, bo wraz ze wzrostem PKB sukcesywnie podnoszone będą nakłady na obronność, w tym inwestycje w technologię. Mamy kilka projektów, które są blisko finalizacji, np. opracowany przez naszych konstruktorów i chwalony przez wojsko zdalnie sterowany system wieżowy ZSSW-30 dla transporterów opancerzonych, nowy pływający bojowy wóz piechoty Borsuk, system dowodzenia i zarządzania polem walki ROSOMAK BMS. Wiemy, jak wydobyć zbrojeniówkę z przedłużającego się impasu. Chcemy ruszyć w końcu do przodu. Ostatnie miesiące musieliśmy poświęcić na generalne porządki i próbę zażegnania doraźnych kłopotów w najsłabszych firmach Grupy PGZ. Te działania, a także optymalizacja zarządzania organizacją powiodły się. W innym razie groziłaby nam istotna strata na poziomie skonsolidowanego wyniku i zapewne zagrożenie utratą zdolności kredytowej Grupy PGZ w bankach.

MON, które odpowiada za państwową zbrojeniówkę, w porę dosypało grosza?

To nie tak. Dzięki wprowadzeniu optymalizacji procesu technologicznego w konkretnych zakładach poprawiliśmy standardy produkcji i uratowaliśmy przed poważnymi problemami. Tak było m.in. z naszą największą, zatrudniającą ok. 2,3 tys. pracowników, amunicyjną spółkę Mesko. Na szczęście testy już po działaniach sanacyjnych w firmie potwierdziły jakość precyzyjnych pocisków Piorun i przenośnych zestawów przeciwlotniczych. Realizacja rakietowego kontraktu za prawie miliard złotych nie jest już zagrożona.

Także nasz biznes stoczniowy ulokowany w funduszu MARS pozyskał zamówienia na modernizację trzech ważnych okrętów o wartości 200 mln zł. Pamiętajmy, że cała branża kolejny rok przeżywa głęboką dekoniunkturę. Szacuję, że aby utrzymać na powierzchni nasze stocznie, potrzebujemy wojskowych zamówień o wartości ok. 600 mln zł rocznie. I na nie czekamy. Także w mniejszych zakładach naszej grupy wyzwań nie brak. Mam satysfakcję, że w podkarpackich „Autobusach" w końcu coś drgnęło. Efekty nie są spektakularne, ale mam nieco więcej powodów do optymizmu niż jeszcze pół roku temu. Ogólny bilans też się poprawia: na 45 znaczących spółek konsolidowanych w Grupie PGZ 29 zakończyło rok 2018 z dodatnim wynikiem netto, a niektóre w ostatnich miesiącach notują zupełnie przyzwoite, rosnące przychody. Zaudytowany zysk netto Grupy PGZ za ubiegły rok wyniósł 37,4 mln zł. Wynik ten jest lepszy o 151,7 mln zł w porównaniu z rokiem 2017 i lepszy o 141,7 mln zł w porównaniu z 2016 r.

Kto jest prymusem?

Z dużym impetem idzie do przodu produkująca transportery opancerzone siemianowicka spółka Rosomak – zysk netto w ostatnim roku się podwoił. Radykalnie poprawiły wynik netto poznańskie Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne remontujące ciężkie pojazdy. Prawdziwe żniwa związane z produkcją armatohaubic Krab i samobieżnych moździerzy Rak w ramach wieloletniego programu modernizacji artylerii trwają w Hucie Stalowa Wola.

Wielokrotnie już narzekaliśmy w „Rzeczpospolitej", że offset towarzyszący zakupom zagranicznych systemów uzbrojenia, w tym zestawów przeciwrakietowych Patriot, jest wciąż poniżej oczekiwań. Czy coś się zmieniło?

Nadal negocjujemy warunki kompensacyjnej współpracy z integratorem broni, amerykańskim koncernem Raytheon. Już wiadomo, że wszystkie 16 wyrzutni dla patriotów zamówionych w ramach I fazy programu „Wisła" wyprodukuje podkarpacka HSW.

Na razie jednak największe nadzieje wiążemy z powstaniem laboratorium badań rakietowych, do którego utworzenia w Polsce zobowiązał się Lockheed Martin – producent rakiet dla patriotów, czyli pocisków PAC-3 MSE. Chcemy, by ośrodek był wyposażony w rozszerzone kompetencje i można było w nim pracować nad polskimi konstrukcjami pocisków – na początek takich, jak rakiety Piorun czy Feniks przeznaczone dla naszych „katiusz", czyli wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Langusta. Laboratorium rakietowe powinno być w przyszłości istotnym elementem łańcucha technologicznego szykowanego dla programu budowy systemu obrony powietrznej krótkiego zasięgu o kryptonimie „Narew". Przygotowujemy się, aby wziąć odpowiedzialność za rozwój tego rozwiązania w kraju. Wieloma elementami przyszłego systemu rodzimej, przeciwlotniczej broni już dysponujemy, potrafimy też integrować złożone bojowe układy elektroniczne odpowiedzialne za dowodzenie i łączność, kierowanie ogniem czy rozpoznanie i dozór przestrzeni powietrznej.

W MON nie zapadły jednak jeszcze ostateczne decyzje w sprawie uruchomienia przygotowań do realizacji programu „Narew".

Spodziewamy się ich jeszcze przed końcem tego roku i nie ukrywam, że byłby to jeden z ważnych impulsów dla skokowego podniesienia kompetencji oraz poziomu technologicznego Grupy PGZ.

Nie mniej istotne, że byłaby to wyraźna oznaka przełamywania rozwojowego impasu prześladującego od lat zbrojeniówkę. Chciałbym też, aby kolejnym, istotnym sygnałem wychodzenia z marazmu i kompleksu wobec Zachodu sektora obronnego w Polsce była budowa własnymi siłami nowego czołgu podstawowego.

Myśli pan, że jesteśmy w stanie udźwignąć taki projekt? Niemcy i Francuzi dobrze liczą koszty i planują właśnie wspólnie budowę przyszłego czołgu nowej generacji. Europejski projekt byłby zresztą rozłożony na dekady.

Zasoby i know-how, jakie mamy już dziś, pozwalają nam poważnie myśleć na temat tego projektu. W Polsce jest zapotrzebowanie na kilkaset pojazdów kategorii MBT, tj. main battle tank. Trzeba oczywiście jeszcze doliczyć pojazdy wsparcia na tym samym podwoziu i potencjalne zabudowy specjalne, jak np. samobieżne zestawy przeciwlotnicze. Nasz potencjał opiera się na doświadczeniach zdobytych podczas realizacji projektów i modernizacji wozów bojowych m.in. z prac nad wozem wsparcia ogniowego Anders i projektu badawczo- rozwojowego kryptonim „Gepard". Możemy wykorzystać także gotowe rozwiązania i komponenty przetestowane i zastosowane już przez inżynierów HSW w bojowym wozie piechoty Borsuk. Zrobimy też użytek z wiedzy naszych spółek modernizujących czołgi Leopard czy całą rodzinę tanków T-72.

Dla przykładu w gliwickim ośrodku badawczo-rozwojowym urządzeń mechanicznych OBRUM mamy naprawdę znakomitych fachowców. To inżynierowie OBRUM w swoim czasie zaprojektowali wspomniany wcześniej prototyp tzw. wozu wsparcia ogniowego Anders. Państwo zainwestowało też w inny projekt – wozu bojowego Gepard. Pojawiają się głosy, że właśnie ta ostatnia konstrukcja odpowiednio zmodyfikowana i dostosowana do wojskowych oczekiwań byłaby w stanie sprostać zagrożeniom i wyzwaniom współczesnego pola walki. Jesteśmy w stanie wykorzystać pozyskaną przy reaktywowanym czołgowym programie „Wilk" wiedzę do dalszego rozwoju pojazdów gąsienicowych w przyszłości. Aby przyspieszyć powstanie nowego, polskiego czołgu, trzeba oczywiście wykorzystać komponenty i podzespoły pozyskiwane od światowych, renomowanych producentów i integrować je u nas w finalny produkt, ale to obecnie w branży obronnej normalna i jak najbardziej racjonalna praktyka.

Co więc stoi na przeszkodzie?

Okazuje się, że problemem nie są pieniądze, bo źródła finansowania projektu znalazłyby się, rozmawialiśmy już nawet o tej sprawie z ekspertami Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Potrzebujemy z MON jasnej deklaracji chęci pozyskania nowego, rodzimego pancerza, od przyszłych użytkowników sprecyzowanych wymagań i oczekiwań. I przede wszystkim konsekwentnego współdziałania ze strony wojska przez co najmniej kilka lat.

Witold Słowik, prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej, to prawnik, menedżer z doświadczeniem pracy w stołecznym samorządzie i bankowości. Były wiceminister inwestycji i rozwoju. Zanim trafił do rządu PiS, pracował m.in. w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych, sprawował również funkcje przewodniczącego rad nadzorczych kilku warszawskich spółek. Jest specjalistą od zarządzania funduszami europejskimi i kierowania administracją publiczną.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA