fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prezydent USA

Kolegium elektorów: Prezydent Trump wskazany z musu

Trump zakończył dziękczynny objazd USA w Mobile w Alabamie, skąd 16 miesięcy wcześniej rozpoczął kampanię wyborczą.
AFP, Jim Watson
Elektorzy najpewniej wybiorą w poniedziałek Trumpa. Ale już sama wątpliwość w tej sprawie to rewolucja.

Aby na sześć tygodni przed spodziewaną datą inauguracji miliarder został pozbawiony prezydentury, przynajmniej 37 elektorów musiałoby głosować inaczej, niż zrobiła to większość wyborców w ich stanach 8 listopada. W niedzielę wydawało się to bardzo mało prawdopodobne, bo nawet według najbardziej radykalnych ocen, taką opcję „rozważało" maksymalnie 25 elektorów, a tylko jeden, Chris Suprun z Teksasu, jasno zapowiedział, że nie poprze Donalda Trumpa. Jednak, jak ostrzegają amerykańscy eksperci, żyjemy w czasach, w których każda prognoza jest obarczona poważnym ryzykiem błędu. Także ta.

Od kilku tygodni 306 elektorów, którzy zgodnie z wynikami wyborów powinni poprzeć Trumpa, jest dosłownie bombardowanych e-mailami, listami i apelami o wskazanie innego kandydata. Powodów jest wiele. Jednym jest to, że Hillary Clinton otrzymała prawie o 3 miliony głosów więcej niż Trump. Jeszcze nigdy w historii USA prezydent nie został wybrany przy tak dużej przewadze rywala.

Innym problemem jest Rosja. W sobotę szef FBI James Comey przyznał, że zgadza się z opublikowanym kilka dni wcześniej raportem CIA, wskazując na bezpośredni udział Władimira Putina w akcji wdarcia się do skrzynki mailowej szefa kampanii Clinton Johna Podesty i szerzej czołowych działaczy Narodowego Komitetu Demokratycznego. Zdaniem Comeya nie ulega teraz wątpliwości, że Kreml chciał w ten sposób pomóc zwyciężyć Trumpowi.

Jest wreszcie zachowanie Trumpa już po zwycięstwie. Republikanin, który prezentował się jako przywódca rewolty „porzuconych przez globalizację" przeciwko „establishmentowi", mianował na kluczowe stanowiska w państwie ludzi ze ścisłej elity finansowej kraju, jak Rex Tillerson, szef Exxon-Mobil, który został nowym sekretarzem stanu. A swoimi tweetami podważa fundamentalne założenia amerykańskiej dyplomacji.

– W imię Boga, proszę nie głosować na Trumpa – takie, zdaniem „Washington Post", kartki otrzymuje na święta Carole Joyce, która jako elektorka z Arizony powinna oddać w poniedziałek głos na Trumpa. Inni elektorzy mają podobne przeżycia.

Zgodnie z amerykańskim prawem prezydentem zostaje oficjalnie ten, kto uzyska poparcie większość 538 elektorów, czyli przynajmniej 270 głosów. Każdy stan ma tyle głosów, ile łącznie senatorów i przedstawicieli w izbie reprezentantów. Ale wszystkie głosy powinien oddać na tego kandydata, który w powszechnym głosowaniu uzyskał większość. Taki kompromis został uzgodniony na początku XIX wieku, gdy w USA ścierali się zwolennicy wyboru głowy państwa przez Kongres i przez wszystkich obywateli.

Jednak ani amerykańska konstytucja, ani prawo federalne nie obliguje elektorów do głosowania jak większość wyborców danego stanu. Jeśli tego nie zrobią, nie grozi im żadna kara.

– System głosowania przez kolegium elektorskie to relikt – przyznał Barack Obama, sygnalizując, że odsunięcie od Białego Domu kandydata, który uzyskał najwięcej władzy, jest błędne.

W czasie kampanii wyborczej, kiedy wydawało się, że przegra wybory, także Trump podawał w wątpliwość sens utrzymania kolegium elektorów. Ale teraz, nie bez racji, wskazał na Twitterze, że gdyby o wyniku wyborów decydowało powszechne głosowanie, skoncentrowałby swoją kampanię na takich stanach jak Kalifornia, które są najbardziej zaludnione. Nie zrobił tego, bo wiadomo było z góry, że Kalifornijczycy w większości poprą demokratów.

8 listopada Trump uzyskał 56,9 proc. głosów elektorskich (306 do 232 dla Clinton), co jest 46. najgorszym wynikiem z 58 wyborów prezydenckich, jakie rozgrywały się w historii USA. To teoretycznie zwiększa prawdopodobieństwo, że kolegium zablokuje zaprzysiężenie miliardera. Jeśli żaden kandydat nie otrzyma w poniedziałek 270 głosów, decyzje podejmuje Kongres, ale w systemie, w którym każdy stan ma jeden głos. Na 50 takich delegacji w 32 większość mają republikanie. Ale i wielu z nich wolałoby poprzeć bardziej umiarkowanego kandydata ze swojej partii, takiego jak John Kasich z Ohio.

Trump, który w weekend zakończył w Mobile w Alabamie objazd po Ameryce, mający na celu podziękowanie zwolennikom, w tej sytuacji woli nie ryzykować. W miejscu, gdzie 16 miesięcy wcześniej zorganizował pierwszy wielki wiec poparcia, dał do zrozumienia, że stoją za nim dziesiątki milionów Amerykanów, z którymi lepiej nie zadzierać.

– To jest ruch. Nigdy nie zapominajcie, że do wyborów oni w ogóle nie wiedzieli, że istniejecie – mówił o establishmencie Trump, a tłum odpowiadał: „Make America great again" i „do więzienia z nią" (chodzi o Clinton).

42-letni Chris Suprun, który nie tylko zapowiedział, że będzie głosował przeciw Trumpowi, ale także jako jedyny republikański elektor wystąpił o raport CIA w sprawie udziału Rosji w wyborach, codziennie otrzymuje teraz groźby śmierci. Niewielu więc rozważa, aby pójść jego śladem.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.bielecki@rp.pl

Ambasada USA może zostać przeniesiona do Jerozolimy

Donald Trump mianował nowym ambasadorem USA w Izraelu Davida Friedmana. To może doprowadzić do wzrostu napięcia na Bliskim Wschodzie.

Friedman, adwokat specjalizujący się w obsłudze bankrutujących przedsiębiorstw i ortodoksyjny Żyd, jest zwolennikiem przeniesienia amerykańskiej ambasady do, jak mówi, „wiecznej stolicy Izraela, Jerozolimy". W czasie kampanii wyborczej kilka razy wspominał o tym też sam Trump. Friedman uważa także, że budowa nowych kolonii żydowskich na terenach okupowanych nie powinna być blokowana, zaś koncepcja powstania obok Izraela państwa palestyńskiego, na czym do tej pory opierał się proces pokojowy, „jest iluzją".

Po wybuchu wiosny arabskiej, a w szczególności wojny w Syrii, konflikt palestyński zszedł na drugi plan. Ale eksperci uważają, że jeśli Waszyngton pójdzie za zaleceniami Friedmana, spór może w regionie rozgorzeć na nowo. Stanowisko Friedmana jest trudne do zaakceptowania dla takich kluczowych sojuszników Ameryki jak Jordania, gdzie 60 proc. mieszkańców stanowią Palestyńczycy, czy Arabia Saudyjska, gdzie Amerykanie mają bazy wojskowe. Może to także przyczynić się do nowej fali terroryzmu, skoro nadzieja na pokojowe rozwiązanie sporu z Izraelem zniknie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA