fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory prezydenckie 2020

Bogusław Chrabota: Nadzieja na powrót normalności

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Nad polską demokracją wciąż wiszą groźby pandemii i autokratyzmu prawicy. Jednak wycofanie się tej ostatniej z wyborów 10 maja jest światełkiem w tunelu.

Po twardych negocjacjach z Jarosławem Gowinem lider PiS ostatecznie pogodził się z faktem, że majowe głosowanie na prezydenta jest nie do przeprowadzenia. Czeka nas teraz stwierdzenie nieważności wyborów przez Sąd Najwyższy, po czym marszałkowi Sejmu nie pozostanie nic innego, jak rozpisać nowe z poszanowaniem konstytucyjnych terminów.

To, co wydarzyło się w środowy wieczór, nie jest oczywiście ze snu demokraty o najlepszych rozwiązaniach konstytucyjnych. Wybory nie odbędą się nie dlatego, że podjęto legalną decyzję o ich formalnym przełożeniu, tylko ze względu na faktyczną – co powtarzaliśmy w „Rzeczpospolitej" jak mantrę – niemożliwość ich przeprowadzenia.

Ważną skazą na tym rozstrzygnięciu jest fakt, że zostało podjęte w ramach rządzącej koalicji, a nie przy pełnym konsensusie klasy politycznej. Niemniej trudno nie odnotować, że opozycja sama zrezygnowała z wejścia w proces polityczny, który mógł do jakiegoś porozumienia doprowadzić. Jedynym, który opowiedział się za faktami i sprzeciwił woli Jarosława Kaczyńskiego, okazał się były wicepremier Gowin, który zagrał va banque i wygrał. Liderowi PiS nie udało się skorumpować posłów Porozumienia, więc musiała wygrać kalkulacja, że ważniejsze jest utrzymanie większości parlamentarnej niż ryzyko przeprowadzenia wyborów do końca maja i słaba legitymacja prezydenta Andrzeja Dudy, który zapewne w tym głosowaniu by wygrał.

To jednak nie jest – co błędnie podpowiada wielu komentatorów – porażka Jarosława Kaczyńskiego. Lider PiS wciąż ma większość sejmową, bezpieczny rząd i rozstrzygnie o kolejnym terminie wyborów.

Co przed nami? Bez wątpienia kluczem do przyszłości polskiej polityki będzie orzeczenie SN, który – i nie jest to żadna manipulacja sądem – nie powinien zachować się inaczej, jak tylko stwierdzić nieważność całego procesu wyborczego. Nie jego fazy finalnej, czyli głosowania. Proces wyborczy był wadliwy niemal od początku ze względu na brak równych szans prowadzenia kampanii. Brak finalnego aktu wyborczego tylko wieńczy i potwierdza wadliwość procesu.

To da szansę opozycji nie tylko na przeprowadzenie kampanii, ale również na zmiany w strategii wyborczej, a nawet wyłonienie nowych kandydatów. I to może kwestia najważniejsza. Po stwierdzeniu nieważności wyborów należy przeprowadzić cały proces wyborczy od nowa, a tzw. prawa nabyte ograniczyć do ważności list poparcia zebranych przez kandydatów podczas dotychczasowych zgłoszeń.

Ważna jest też nowelizacja tzw. ustawy kopertowej. Zmiany powinny iść w kierunku spełnienia przez ten proces konstytucyjnych wymogów głosowania w zakresie jego równości, powszechności i tajności. Do takich zmian zobowiązał się zresztą w czwartek rano Jarosław Gowin. Bez wątpienia wyłączny nadzór nad całym procesem powinna sprawować Państwowa Komisja Wyborcza.

Czy to koniec narodowej loterii z wyborami prezydenckimi? Zapewne nie. Z wyjątkową przykrością należy stwierdzić, że nad polską demokracją wciąż wiszą dwie groźby – pandemii i autokratyzmu prawicy. Jednak wycofanie się tej ostatniej z oprotestowanych solidarnie przez wyborców i autorytety wyborów jest światełkiem w tunelu. Słabym, ale dającym nadzieję na powrót do normalności. Bardzo chciałbym wierzyć, że jeden z najtrudniejszych przełomów wzburzonej rzeki polskiej demokracji mamy za sobą.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA