fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Uchodźcy

Niemcy są zbyt atrakcyjne dla imigrantów

Kanclerz Niemiec Angela Merkel i szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel
AFP
Mniejsze zasiłki dla dzieci cudzoziemców z UE pracujących w Niemczech miały ograniczyć imigrację.

Wbrew przewidywaniom niemiecki rząd nie zdecydował się w środę na ograniczenia zasiłku dla mieszkających za granicą dzieci pracujących w Niemczech cudzoziemców z krajów UE. Projekt zgłosił minister finansów w trosce o budżet państwa, ale sprzeciwiła się SPD, która jeszcze niedawno chciała tego samego.

Niemcy nie pójdą więc śladem regulacji wynegocjowanych przez Wielką Brytanię przed ubiegłorocznym referendum. Na ich podstawie zasiłki dla dzieci cudzoziemców, które mieszkają w swych krajach, miały zostać zredukowane do poziomu świadczeń w państwach ich pobytu. Projekt niemieckiego ministra finansów zakładał zmniejszenie o połowę świadczeń na dzieci, do poziomu 96 euro miesięcznie w przypadku Polaków, Rumunów czy Bułgarów. Dzieci Greków czy Czechów miałyby otrzymywać 144 euro, a Szwedów czy Belgów całe 192 euro. Pozwoliłoby to zaoszczędzić 159 mln euro rocznie. Ale nie o pieniądze wyłącznie chodzi.

W roku ubiegłym niemieckie władze wypłacały zasiłki 14,6 mln dzieciom (Kindergeld). Pieniądze płyną oczywiście na konta rodziców. Minimalna stawka na jedno dziecko to 192 euro miesięcznie na pierwsze i drugie dziecko. Przy trzecim suma wzrasta do 198 euro.

Spośród ogólnej sumy beneficjentów 2,5 mln dzieci otrzymujących świadczenia ma zagraniczne obywatelstwo. Zdecydowana większość tych dzieci mieszka w Niemczech. Ale są i dzieci, których rodzice pracują w Niemczech, lecz one same mieszkają w jednym z 27 krajów UE. Takich dzieci było w roku ubiegłym 161 tys. Z tego lwia część, bo aż 87 tys., dzieci mieszka w Polsce. Dla porównania na drugim miejscu są Rumuni, którzy otrzymują świadczenia na 15 tys. dzieci pozostawionych w domu.

Cały program świadczeń dla dzieci kosztuje rząd rocznie 32 mld euro, z czego na dzieci mieszkające za granicą przypada 476 mln euro. Przynajmniej połowa z tych pieniędzy płynie do Polski.

Kto ma np. trójkę dzieci, może liczyć na prawie 600 euro miesięcznie, a więc grubo ponad 2 tysiące złotych. To znacznie więcej niż świadczenia z programu 500+. To w przypadku Polski. W sytuacji pracowników z Rumunii przebicie jest jeszcze większe. W dodatku zgodnie z orzeczeniem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 2014 roku zasiłek na dzieci przysługuje wszystkim zagranicznym pracownikom z krajów UE, także sezonowym. Niemcy mają z tym problem nie od dzisiaj.

– Swoboda przemieszczania się w ramach UE nie powinna być nadużywana – argumentował jeszcze kilka miesięcy temu przewodniczący SPD Sigmar Gabriel, obecny szef niemieckiej dyplomacji. Jak tłumaczył, w dużych niemieckich miastach są „całe ulice" zamieszkane przez bezrobotnych imigrantów z państw UE, którzy przybyli do Niemiec skuszeni szczodrymi świadczeniami społecznymi. Podobnie argumentowała bawarska CSU, domagając się likwidacji zachęt imigracji do Niemiec z racji wypłaty wysokiego Kindergeld. Podobne postulaty zgłaszała Alternatywa dla Niemiec (AfD), ugrupowanie ksenofobiczne niechętne wszystkim imigrantom w Niemczech.

Niemieckim planom sprzeciwia się Komisja Europejska. Opowiada się za utrzymaniem obecnego systemu, a gdyby nawet miało dojść do jego zmiany, to sprzeczne z zasadami UE byłoby ustalenie wysokości zasiłków w zależności od kraju pochodzenia dzieci je otrzymujących. Tak twierdzi Marianne Thyssen, komisarz ds. spraw społecznych i mobilności pracowników.

Niemcy mają jednak w UE sojuszników w postaci Austrii, Irlandii i Danii, a najbardziej zaawansowane plany ograniczenia świadczeń na dzieci ma rząd w Wiedniu. Idą w tym samym kierunku co Niemcy i spotykają się z takim samym sprzeciwem Brukseli. Jak pisze „Süddeutsche Zeitung", powołując się na źródła w KE, nie ma w obecnej sytuacji mowy o zmianie stanowiska instytucji europejskich w tej sprawie. Plany Berlina i Wiednia są tam postrzegane jako wyraz braku solidarności europejskiej.

Gazeta spekuluje, że projekt plan ograniczenia świadczeń nadaje się na kartę przetargową rządu Merkel, której można by użyć w jakichś negocjacjach unijnych. Jak na razie rząd jest podzielony, gdyż SPD zmieniło nagle zdanie. Ma to związek z przekazaniem kierownictwa SPD Martinowi Schulzowi, który jest kandydatem socjaldemokratów na kanclerza. Jako były szef Parlamentu Europejskiego występuje jako zagorzały zwolennik dalszej integracji oraz obrońca przywilejów i praw pracowniczych.

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA