fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Premiera "Wiedźmina" na Netfliksie

YouTube, Netflix PL
Wielkie wydarzenie wzbudzające miłość i nienawiść – dla fanów, i serial równie intrygujący co “Korona królów” – dla widzów niewprowadzonych w temat. Tak można opisać wrażenia po piątkowej premierze “Wiedźmina” w Netfliksie.

Wiadomo, że "Wiedźmin" Andrzeja Sapkowskiego największym naszym kulturowym dobrem narodowym jest. 33 mln sprzedanych egzemplarzy gry komputerowej na świecie - jeden z rekordów na rynku gier, zrobiło wrażenie nawet na autorze sagi Andrzeju Sapkowskim, który postanowił jednak renegocjować kontrakt z producentami gry, by mieć udział w milionowych zyskach.

Przed Netflixem "Wiedźmina" zekranizował w Polsce jako film i serial Marek Brodzki z Michałem Żebrowskim w roli głównej. Poziom tej adaptacji Sapkowski skomentował wulgarnym słowem. Jedno wystarczyło!

Nie wiadomo jak odbierze najnowszą produkcję, za której realizacją Tomasz Bagiński, laureat Oskara za komputerową animację "Katedra" według Jacka Dukaja, również jako zapalony czytelnik, chodził przez wiele lat.

W końcu udało się namówić Netflix, Bagiński został producentem wykonawczym, zaś za całość odpowiada Lauren Schmidt. W tytułowej roli występuje Henry Cavil, psychofan "Wiedźmina" od wielu lat. W polskim dubbingu głosu użyczył mu Michał Żebrowski, operując wymuszenie niskim głosem. Szorstko ma być! Z Polaków na ekranie zobaczymy Macieja Musiała jako rycerza Lazlo i Marcina Czarnika w roli jednego z czarodziei.

Z czarodziejami i pogromcami potworów, wśród których najważniejszy jest oczywiście Wiedźmin – związana jest pewnie największa radość dla części oglądających i największy kłopot – dla pozostałych, którzy od bajek wolą inne gatunki. Wiadomo wszakże, że zbiorową wyobraźnię wielu już pokoleń na świecie zawojowała Narnia, Harry Potter, "Gra o tron" czy zrealizowany na najwyższym poziomie "Władca pierścieni". Z faktami się nie dyskutuje, bo "Korona królów" w TVP też ma swoich wiernych widzów. Co nie znaczy, że "Wiedźmin" Netflixa jest serialem subtelnie wyrafinowanym. Infantylność bije po oczach i uszach niemiłosiernie, a kolejnym obciążeniem jest niekonsekwentnie pisany scenariusz. Zderza stylizowany na staropolszczyznę język z prostackimi wulgaryzmami oraz serią pokracznych neologizmów, opisujących ludzi, zwierzęta i przedmioty. Istne zoo!

Gdy ma być podniośle - pada kwestia, która brzmi jak autoparodia czy pastisz i nie wiadomo, czy mamy zapłakać z powodu dramatu bohaterów czy też śmiać się z naiwności kolejnych fraz.

Osobiście z galerii wielu czarowników, scen bitewnych, zdobywania zamku, pojedynków na miecze, niesamowitych czarów, a nawet sceny pocałunku - zapamiętałem kwestię o łysym potworze z popsutymi zębami (proszę sobie wyobrazić, że potwory nie chodzą do dentysty) oraz następujący dialog:

Księżniczka: - Z kim rozmawiasz?

Wiedźmin: - Czasem gadam do konia….

Cóż, przydałby się Bogdan Zagajny, charyzmatyczny reżyser „Ostatniej paróweczki Hrabiego Barry’ego Kenta” z "Misia" Stanisława Barei, który podpowiedziałby swoje klasyczne pytanie: "Czy konie mnie słyszą!?".

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA